Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  8 lutego 2019

Projekt „demokracji losowanej”

Piotr Trudnowski  8 lutego 2019
przeczytanie zajmie 12 min
Projekt „demokracji losowanej” autorka ilustracji: Magdalena Karpińska

Rację mają ci wszyscy, którzy w trwającym przesileniu demokracji liberalnej dostrzegają impuls do poszukiwania ustrojowych innowacji. Pamiętając, że paliwem antydemokratycznych przewrotów jest zwykle wściekłość ludu na oderwane od rzeczywistości „stare elity”, powinniśmy szukać inspiracji tam, gdzie rzeczywiście udział narodu politycznego w sprawowaniu władzy był największy, a rola elit – najlepiej kontrolowana.

Trafna diagnoza, niewystarczające remedium

Michał Rzeczycki i Arkadiusz Radwan w dwóch znakomitych, erudycyjnych szkicach, które możecie przeczytać w tym numerze, przekonują, że to reforma Senatu  może okazać się dzisiaj najlepszym remedium na postępującą chorobę polaryzacji polskiej polityki. Trudno nie zgodzić się z ich diagnozą.

„Płonna jest nadzieja na to, że polityczna polaryzacja nakręcając tę spiralę, zniknie sama wraz z upływem czasu. (…) Jedynym wyjściem z tego pata jest refleksja ustrojowa oraz takie przemodelowanie formy prawnej państwa, żeby wojna polsko-polska nie była w stanie swoimi konsekwencjami rozlewać się na wszystkie najważniejsze instytucje. Inspiracji do rozwiązań powinniśmy szukać w klasycznych koncepcjach rządu mieszanego. Instytucją, którą można zreformować podług tej koncepcji jest Senat” – proponuje Rzeczycki.

„Monteskiusz, Locke, Rousseau, Burke, Tocqueville, Madison, Hamilton, ale także Jellinek, Kelsen i wielu innych – oni byli w swoim czasie awangardą w myśleniu o ustroju i z ich dziedzictwa korzystamy do dziś. To nie znaczy, że w obszarze dyskusji ustrojowych powiedziano już wszystko, włączając recepty na rozwiązanie problemów, z którymi nasi poprzednicy nie musieli się mierzyć. Jak oni za swoich czasów, tak my powinniśmy być innowatorami ustrojowymi według potrzeb i wyzwań, ale także narzędzi i stanu wiedzy naszych czasów” – argumentuje Radwan, przychylając się do pomysłu, by instytucjonalną osią próby „odświeżenia” polskiego ustroju uczynić właśnie reformę Senatu.

Obawiam się niestety, że proponowane przez obu autorów dość zachowawcze pomysły na sposób wyboru senatorów mogą nie wystarczyć, by poradzić sobie z wyzwaniami, przed którymi stoimy. Sądzę, że mając w sobie coś z arystokratyczno-merytokratycznego marzenia o polityce, nie zyskają przychylności Polaków. Niespecjalnie wiem też na kim – w ujęciu stricte personalnym, czyli potencjalnych przyszłych senatorach – miałyby bazować, by faktycznie przybliżyć nas do celu, jakim ma być deeskalacja konfliktu plemiennego i pewne „uszlachetnienie” polskiej polityki. Przedstawione przez Rzeczyckiego i Radwana w tym zakresie propozycje nie przekonują.

W samorządach politycy nie są lepsi

Rzeczycki wylicza z aprobatą obecne w debacie koncepcje obsadzania Senatu: ideę izby wirylistów (a więc złożonej z byłych prezydentów, premierów, prezesów najważniejszych sądów i szefów kluczowych instytucji konstytucyjnych) oraz przypomnianą przez Kazimierza Michała Ujazdowskiego, a popieraną m.in. przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców czy Bezpartyjnych Samorządowców, koncepcję izby samorządowej. Sam zaś opowiada się za skorygowaniem koncepcji samorządowej o dodatkowy czynnik: reprezentantów senatów uniwersyteckich. Radwan, przychylając się również do koncepcji samorządowej, postuluje dodatkowo, by samorządy wojewódzkie (lub ich reprezentacja, jak w koncepcji Ujazdowskiego) desygnowały swoich przedstawicieli w sposób zróżnicowany w czasie.

Nie wchodząc nadto w szczegóły: nie wierzę, że elity polityczne samorządu terytorialnego prezentują dziś jakościowo odmienny sposób myślenia o państwie, niż elity partyjne na poziomie ogólnopolskim. Zgoda, poprzez większą niezależność i sprawczość samorządowcy bywają często dużo bardziej doświadczeni i sprawni niż politycy w Sejmie i Senacie. Nie oznacza to jednak, że polityka samorządowa jest dziś jakkolwiek „lepsza” od tej ogólnopolskiej. Wprost przeciwnie. Upadek mediów lokalnych, wynikająca z betonującej system ordynacji wyborczej niska skuteczność obywatelskiej opozycji, czy słaba pozycja rad względem wójtów, burmistrzów i prezydentów skłaniają raczej do innych wniosków.

Korupcja, kolesiostwo, nepotyzm, nadużywanie władzy do tworzenia lokalnych „układów zamkniętych” – obawiam się, że jakkolwiek uczyniliśmy w ostatniej dekadzie istotny postęp w radzeniu sobie z tymi patologiami, to jednak te wszystkie problemy wciąż żywsze są w polityce samorządowej, niż ogólnokrajowej. Nie jestem też przekonany, że proporcjonalna reprezentacja polityków lokalnych w istotny sposób osłabi temperaturę sporu partyjnego. „Pozapartyjność” samorządowców jest co prawda zauważalna, ale często dość fasadowa – lokalny interes wyborczy każe im chować partyjne szyldy lub z nich rezygnować, ale sądzę, że znakomicie przypomnieliby sobie o partyjniackich korzeniach pojawiwszy się w polityce centralnej.

Również korekta „merytokratyczna” w postaci przedstawicieli senatów uczelni mnie nie przekonuje. Raczej nie mam najlepszego zdania o polskich elitach uniwersyteckich, a zwłaszcza ich politycznej cnotliwości i kompetencjach eksperckich. To oczywiście nie znaczy, że nie ma na polskich uczelniach setek lub tysięcy cnotliwych obywateli i znakomitych ekspertów! Obawiam się jednak poważnie, czy to właśnie oni staliby się reprezentantami swojego środowiska. Dlatego nie widzę żadnego powodu, by właśnie akademików wyróżniać zaszczytem zasiadania w ławach izby wyższej.

W którą stronę do ustroju mieszanego?

Powyższe wątpliwości mają jednak charakter subiektywny i najpewniej wynikają z różnego oglądu określonych środowisk w III RP. Istotniejszym punktem ewentualnego sporu jest ocena stanu faktycznego dzisiejszej Rzeczypospolitej.

Otóż Michał Rzeczycki słusznie postuluje korektę polskiego ustroju w stronę klasycznych koncepcji ustroju mieszanego. Zdaje się przy tym zakładać, że jeśli mamy dziś w Polsce problem z nadmierną przewagą któregoś z pierwiastków składających się na rząd mieszany, to jest to pierwiastek demokratyczny. Stąd w postulatach – znanych przecież nie tylko z tekstu Michała –  wprowadzenia do Senatu wirylistów czy „merytokratów” widzę raczej skłonność ku wzmocnieniu pierwiastka arystokratycznego. Błąd moim zdaniem polega na założeniu, że ustrój, w którym dziś funkcjonujemy winniśmy zwać w istotnym stopniu demokratycznym.

Nie chcąc wchodzić w obszerne rozważania o podobieństwach demokracji ateńskiej do dzisiejszej – czytelników zainteresowanych tematem odsyłam do niedługich rozważań prof. Ryszarda Kuleszy pt. Demokracje antyczne i współczesne – przypomnieć trzeba, że starożytna forma rządów ludu w niewielkim stopniu przypominała dzisiejsze realia polityczne. Na fundamenty ateńskiej demokracji składały się dwa mechanizmy. Po pierwsze, były to bezpośrednie rządy wszystkich uznanych za obywateli poprzez ich uczestnictwo w Zgromadzeniu Ludowym. Po drugie, była to idea losowania na urzędy, łącznie z sądami i kluczową dla funkcjonowania ateńskiej demokracji Radą Pięciuset.

Badacze myśli antycznej raczej nie mają wątpliwości – przywołajmy choćby wspomnianego Ryszarda Kuleszę czy cytowanego przez niego duńskiego profesora Morgensa Hermana Hansena – że starożytni spojrzawszy na ustrój, w którym żyjemy, uznaliby go za taki, w którym zdecydowanie przeważa pierwiastek oligarchiczny nad demokratycznym.

Jeśli nawet uznamy, że w omawianych propozycjach reformy Senatu nie chodzi o wzmocnienie pierwiastka demokratycznego arystokratycznym, a jedynie celowe w procesie naprawy ustroju zastąpienie pierwiastka oligarchicznego arystokratycznym, to cały czas sądzę, że w tak zmieszanym ustroju owego pierwiastka demokratycznego zwyczajnie dziś brakuje. Potrzebę wzmocnienia go uzasadnić może m.in. fikcyjność przewidzianych w polskim prawie mechanizmów demokracji bezpośredniej, zamknięta w praktyce struktura partii politycznych i sprzyjająca dalszej oligarchizacji polskiej polityki ordynacja wyborcza ograniczająca w sposób radykalny realne bierne prawo wyborcze.

Oba obszary powyższej polemiki skłaniają do oczywistego wniosku. Zgadzając się, że potrzeba fundamentalnego zreformowania Senatu jest szansą na zrównoważenie polskiego ustroju powinniśmy myśleć o jego przekształceniu w duchu klasycznie demokratycznym, a więc dobierać jego skład w drodze losowania.

Poniżej postaram się przekonać, że taki sposób wyłaniania izby wyższej nie jest niczym groźnym, a przynajmniej w kilku obszarach ma szansę realnie ulepszyć polską politykę. Postaram się udowodnić, że pomysł ten nie jest tak egzotyczny, jak części Czytelników może się wydawać na pierwszy rzut oka. Wreszcie, będę się starał również wykazać, że w czasach coraz głębszego kryzysu demokracji przedstawicielskiej i wartości liberalnych taka ustrojowa innowacja powinna raczej długofalowo wspierać stabilność systemu politycznego.

Losowanie w praktyce

Zacznijmy od formalności – najprostszą inspiracją dla „losowanego senatu” są dziś zyskujące coraz większą popularność na świecie panele obywatelskie, do których siłą rzeczy będziemy się jeszcze wielokrotnie w tych rozważaniach odwoływać. Polscy czytelnicy od niedawna mogą dowiedzieć się o nich więcej dzięki publikacji Panele obywatelskie. Przewodnik po demokracji, która działa autorstwa niestrudzonego popularyzatora tego rozwiązania Marcina Gerwina.

„Panel obywatelski powinien być reprezentatywny pod względem demograficznym. Jakie kryteria wybrać? Przygotowując panele w Polsce, na poziomie miasta, stosujemy cztery podstawowe kryteria – płeć, grupa wiekowa, dzielnica oraz poziom wykształcenia. (…) Organizując panel na poziomie całego państwa, warto uwzględnić podział na mieszkańców dużych miast, małych i wsi. Co natomiast z kryterium ekonomicznym? Z naszego doświadczenia w Polsce wynika, że gdy uwzględni się cztery podstawowe kryteria oraz przeprowadzi losowanie, to wystarcza to do zapewnienia, że w skład panelu wchodzą osoby o różnych dochodach” – przekonuje Gerwin. Dokładnie te same kryteria należałoby wziąć pod uwagę przy „losowaniu senatu”. Ewentualne dodatkowe cenzusy merytoryczne wydają się zbędne, niemniej i o nich być może warto rozpocząć debatę. W przytaczanej publikacji Gerwin przedstawia szczegółowo rozwiązania technologiczne, które bez żadnych wątpliwości powinny gwarantować pełną losowość i transparencję wyboru.

Oczywiście na tym etapie nie powinniśmy rozstrzygać szczegółowych mechanizmów powoływania do takiego senatu. Inspirując się choćby systemem powoływania przysięgłych w amerykańskich sądach, można wyobrazić sobie wizję ambitną, w której korzystanie z „losu” i objęcie stanowiska w senacie jest uważane za obowiązek obywatelski, a rezygnacja z niego wiązałaby się wręcz z grzywną. Dużo bardziej realistyczne wydaje się jednak przyjęcie – choćby ze względu na czteroletnią kadencję – prawa obywatela do odmowy objęcia mandatu. Prozaiczny problem „wakatów” po odmowach można rozwiązać w sposób niezwykle prosty: od razu przystępując do losowania większej próby i przez uzupełnianie składu pierwotnej setki w oparciu o potrzebę zachowania demograficznej reprezentatywności (na marginesie warto wspomnieć, że również do ateńskiej Rady Pięciuset losowano od razu 1000 obywateli).

Wydaje się niezbędne, by zapewnić wylosowanym senatorom wynagrodzenie, niemniej dzisiejsze uposażenie parlamentarne przekraczające dwukrotnie tzw. średnią krajową i kilkukrotnie przewyższające najczęstsze wynagrodzenie Polaków powinno w zupełności wystarczyć, by zapewnić wylosowanym niezależność i skłonić ich do dość odważnej, kilkuletniej przygody parlamentarnej.

Jakie zalety wynikną z samego faktu losowania? Po pierwsze, w demokratyczny proces decyzyjny włączony zostanie pełen przekrój obywateli – a więc również ta połowa, która z różnych powodów nie bierze udziału w wyborach. Po drugie, będziemy mieli zapewnioną wysoką reprezentatywność – wszak w senacie ułożonym zgodnie z regułą demograficzną będziemy mieli w sposób zupełnie naturalny i niewymuszony swoiste „kwoty” kobiet i mężczyzn, osób młodych i starych, mieszkańców wielkich miast i prowincjonalnych ośrodków. Po trzecie wreszcie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że dzięki losowaniu będziemy mieli do czynienia z senatorami o reprezentatywnych poglądach politycznych. Dziś w izbie wyższej mamy co do zasady reprezentantów jedynie dwóch największych partii politycznych, a w losowanej próbie 100 osób najpewniej znajdą się sympatycy wielu mniejszych ugrupowań (pamiętajmy, że poparcie dwóch największych partii liczone łącznie rzadko przekracza 70% wszystkich głosujących). Jednocześnie nie będą mieli oni żadnego interesu w tym, by kierować się partyjnym partykularyzmem. Mimo różnic ich światopoglądów temperatura ich prezentowania i głoszenia powinna być istotnie niższa, niż ta „sejmowa”.

Spokojnie, to niegroźne!

Nim rozlegnie się chór krytyków mówiących o absurdalności tego rozwiązania, niekompetencji wylosowanych senatorów oraz zagrożeniu, jaki reforma przyniosłaby Rzeczpospolitej przypomnijmy, co w Polsce może dziś Senat.

Najważniejszym uprawnieniem Senatu jest udział w procesie legislacyjnym, a więc możliwość zatwierdzania, odrzucania lub wprowadzania poprawek do ustaw, które zostały przyjęte w Sejmie. Jeśli jednak Senat zdecyduje się odrzucić lub zmodyfikować proponowaną zmianę prawa – ta wraca do izby niższej i musi być przegłosowana większością bezwzględną posłów (a więc liczba głosujących „za” musi przewyższać liczbę głosujących „przeciw” i wstrzymujących się przy obecności połowy izby). Drugim wymiarem legislacyjnej kompetencji izby wyższej jest inicjatywa ustawodawcza, którą jednak Senat dysponuje jako ciało (w przeciwieństwie do Sejmu, gdzie ma ją zaledwie piętnastu posłów). W oczywisty sposób ustawa z inicjatywy senackiej musi przejść przez pełną ścieżkę legislacyjną.

Dodatkowo Senat realizuje też funkcję kreacyjną: zgadza się na powołanie przez Sejm części organów (m.in. prezesa Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Obywatelskich czy prezesa Instytutu Pamięci Narodowej) i powołuje niewielką część członków organów kolegialnych (Kolegium IPN, Rady Polityki Pieniężnej, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji). Zatwierdza prezydencki wniosek o referendum ogólnokrajowe i może występować z jego inicjatywą do Sejmu. Wreszcie, może wnioskować do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie konstytucyjności już obowiązujących przepisów.

W praktyce więc – przy zachowaniu dzisiejszych kompetencji i w normalnych warunkach, przy stabilnej większości sejmowej – Senat z losowania nie ma właściwie żadnych możliwości, by „nabroić”. Jeśli ktoś bałby się, że wylosowani senatorowie będą stosować obstrukcję lub zechcą forsować rekordowo głupie ustawy (co wobec silnej konkurencji dotychczasowych prawodawców wcale nie byłoby takie łatwe), to musi mieć świadomość, że w lwiej części sytuacji większość sejmowa znakomicie sobie z nią poradzi.

Prawdę mówiąc słabość uprawnień Senatu jest tak uderzająca, że w przypadku jakiegokolwiek zróżnicowania składu izby względem dzisiejszej większości sejmowej (a takie mogłoby zagwarantować nie tylko losowanie, ale też każda z omawianych w tym tekście reform, a nawet samo czasowe oddzielenie wyborów do obu izb), wzmocnieniu jego racji bytu służyłoby wprowadzenie wymogu odrzucania stanowisk Senatu w procesie legislacyjnym sejmową większością kwalifikowaną 3/5 głosów. Równolegle warto pomyśleć nad zwiększeniem roli tej izby w sprawowaniu funkcji kreacyjnej, co postulowali również Rzeczycki i Radwan. Inaczej dalej będziemy wydawać co roku 200 milionów złotych rocznie na funkcjonowanie ciała, które właściwie nic nie może.

Parlament wraca do korzeni

Stworzenie izby parlamentarnej z losowania stworzyłoby szansę na przywrócenie parlamentowi jego naturalnej roli. Tą jest zaś – przypomnijmy – dyskusja i wzajemne przekonywanie się przez deputowanych. Dziś, gdy w Sejmie i Senacie zasiadają w większości bezwolni nominaci plemiennych wodzów skrępowani dyscypliną partyjną, ta perswazyjna funkcja debat parlamentarnych stała się fikcją. W dniu trafienia projektu do Sejmu w przytłaczającej większości przypadków wiadomo, jak zagłosują w jego sprawie poszczególni posłowie i senatorowie. Zwykle nie zadają oni sobie trudu, by specjalnie wnikliwie analizować uchwalane, a nawet zgłaszane przepisy – ufają (lub z założenia nie ufają) rządowi czy szefowi klubu.

Tymczasem „zwykłych obywateli”, którzy trafiliby do Senatu w wyniku losowania, szefowie klubu, partii czy przedstawiciele resortów stojących za projektem zmiany prawa tak łatwo nie spacyfikują. Można mieć nadzieję, że nie dadzą się tak łatwo przekonać argumentem, że ustawa jest dobra „bo zgłosił ją rząd”, ani nie uwierzą w to, że jest zła, bo „stoi za nią opozycja”. Wydaje się, że przynajmniej istotna część z nich będzie pytać tak długo, aż zrozumie racje stojące za jakimiś przepisami. Nie mając kompetencji w ocenie problemów, losowani senatorowie powinni wsłuchiwać się w głos nie tylko przedstawicieli sejmowych partii, ale też zapraszanych interesariuszy, ekspertów i przedstawicieli strony społecznej. Wreszcie – powinni głosować nie zgodnie z dyscypliną, ale zgodnie z tym, do czego ktoś ich przekona w czasie senackich dyskusji.

Dokładnie na tym samym polega idea wspomnianych już paneli obywatelskich – wylosowani przedstawiciele danej wspólnoty mają szansę na spokojne zapoznanie się z różnymi poglądami interesariuszy i ekspertów, a następnie w oparciu o argumenty, których wysłuchali mają podjąć, kierując się prymatem dobra wspólnego, najlepszą ich zdaniem decyzję. Na tym w teorii polega też praca w parlamentarnych komisjach – problem w tym, że „przedstawiciele narodu” niechętnie słuchają jakichkolwiek argumentów.

W efekcie takiej zmiany dużo trudniejsze będzie błyskawiczne przepychanie przez parlament najbardziej kontrowersyjnych przepisów. Legislacyjny ekspres będzie musiał zwolnić, a debata nad stanowionym prawem będzie musiała być dużo bardziej wnikliwa. Wydaje się też, że pozytywnym skutkiem ubocznym będzie mniejsza ilość i lepsza jakość stanowionego prawa. Trudno uwierzyć, że wylosowani obywatele dadzą sobie wmówić, że czymś normalnym jest uchwalanie przepisów, których nie mieli szansy ze zrozumieniem przeczytać.

Przeciwko polaryzacji, ku lepszemu prawu

Już powyższe argumenty powinny wystarczyć, by utrudnić dalszą polaryzację polityczną przez forsowanie najbardziej dzielących Polaków zmian prawa. Jednak jeżeli kogoś te założenia nie przekonują, to warto odesłać do ustaleń interdyscyplinarnego zespołu badawczego politologów, ekonomistów i fizyków pracującego nad tym zagadnieniem na Uniwersytecie w Katanii. Zespół Allesandro Pluchino, Cesare Grofalo i Salvatore Spagano, posługując się dość zawiłym dla laika modelem matematycznym, próbował przekonać, że dodanie do spolaryzowanego parlamentu pewnej grupy losowych głosujących spoza dwubiegunowego podziału zwiększa szansę na jego dobrą pracę.

Jak miałoby to zadziałać? Naukowcy uznali, że decyzje parlamentarzystów można rozpisać na osiach pod względem kierowania się interesem partykularnym i publicznym. Na interes partykularny składają się w przypadku tradycyjnych posłów również interesy związane z przynależnością partyjną i walką o reelekcję. Często zatem głosują nie zgodnie z sumieniem czy własnymi poglądami, ale kierując się potrzebą zachowania dyscypliny partyjnej. Projekty realizujące interes publiczny (które nigdy nie pojawiają się tylko ze strony jednej formacji politycznej, ale zdarzają się różnym stronnictwom) często bywają odrzucane przez większość parlamentarną ze względu na fakt, że zgłoszone zostały przez konkurencyjne ugrupowanie. Gdy zatem w parlamencie pojawi się grono niezależnych, wybranych losowo parlamentarzystów bez dalszych ambicji wyborczych (by nie można było ich dokooptować do żadnego z obozów) okazuje się, że projekty tworzone w interesie publicznym będą miały większe szanse powodzenia, a cały parlament pracował będzie bardziej efektywnie.

To oczywiście koncept nieco inny, niż pełne losowanie jednej z izb, niemniej równie interesujący. Na marginesie warto jeszcze przywołać esej Michaela Donovana z kanadyjskiego Uniwersytetu Simona Frasera, który zaproponował, by do parlamentu… losować przedstawicieli niegłosujących. Przykładowo – gdy frekwencja wyborcza wynosi 55%, to właśnie 55% składu izby powinno odpowiadać preferencjom głosujących, a pozostałe 45% – niech będzie losową reprezentacją tych, którzy do urn się nie pofatygowali. Trudno nie uznać takiego pomysłu za sprawiedliwy i wysoce reprezentatywny.

Debata już trwa

Większość pomysłów na innowacje ustrojowe – nawet tak bliskich części konserwatystów, jak choćby głosowanie rodzinne – pojawia się dziś w coraz poważniejsze debacie politycznej na Zachodzie za sprawą lewicy. Nie inaczej jest w tym przypadku – korekta polityczna inspirowana losowaną demokracją ateńską, która w Polsce AD 2018 brzmi jak absolutne political fiction, jest coraz poważniej dyskutowana na świecie.

We Francji przed kilkoma laty Jean-Luc Melenchon proponował, by transformację Francji ku VI Republice przeprowadziło Zgromadzenie Narodowe wybrane drogą losowania. Przekształcenie francuskiego Senatu z „izby emerytów politycznych” w ciało wyłonione w drodze losowania w 2016 r. proponował były minister gospodarki w rządach socjalistów Arnaud Montebourg. W Wielkiej Brytanii od lat krąży postulat zastąpienia Izby Lordów losowaną „Izbą Obywateli”, a stojąca za nim Sortition Foundation w tym roku chwaliła się, że na jej postulat z entuzjazmem zareagował Ed Miliband, niedawny lider Partii Pracy.

To tylko te najprostsze do odnalezienia przykłady formułowania analogicznego do naszego postulatu przez mainstreamowych polityków w dużych i poważnych państwach. Oczywiście dużo więcej doświadczeń i postulatów odnajdziemy, gdy nie będziemy koncentrowali się wyłącznie na pomyśle wykorzystania losowania w parlamencie, ale przyjrzymy się różnym mechanizmom losowanej demokracji wykorzystywanym w polityce ogólnokrajowej, o samorządowej już nie wspominając.

Oddolny proces tworzenia konstytucji w Islandii opisywaliśmy obszernie na łamach portalu Klubu Jagiellońskiego i korzystając z tej inspiracji sugerowaliśmy, że analogicznie do Islandczyków losowe zgromadzenie pracujące nad pytaniami referendalnymi winien był zaproponować prezydent Andrzej Duda, gdy forsował swój pomysł referendum konstytucyjnego. W 2012 r. Irlandczycy powołali z kolei Konwencję Konstytucyjną, w której wspólnie z 29 przedstawicielami parlamentu obradowało 66 losowo wybranych obywateli. Eksperyment został przyjęty na tyle pozytywnie, że w 2016 r. powołano Zgromadzenie Obywateli złożone już w całości z wylosowanych obywateli, którzy przygotowywali dla parlamentu swoje rekomendacje w najbardziej palących sporach.

Pochwała losowości

Pomysł losowania parlamentarzystów w naturalny sposób irytuje nas, bo wyobrażamy sobie nasz system polityczny i czasy, w których przyszło nam żyć jako bezprecedensowo racjonalne. Losowanie starożytnych miało przecież wymiar zawierzenia się woli bogów, tymczasem my chcemy żyć w przekonaniu, że wszystkie procesy podporządkowane są naszej rozumnej woli. Z takim spojrzeniem polemizuje w głośnej Antykruchości Nassim Nicholas Taleb, zdeklarowany zwolennik losowości w polityce i gospodarce.

„Odrobina zamieszania w istocie stabilizuje system. Lekko zbijając ludzi z tropu, wywołuje się korzystny efekt – zarówno dla siebie samego, jak i dla nich. Kiedy pewne systemy trwają w niebezpiecznym impasie, to losowość i tylko losowość może je z niego wyrwać i uwolnić” – przekonuje autor Czarnego łabędzia.

Zaskakujący przykład na prawdziwość tej tezy można zaczerpnąć… z najnowszej historii polskich wyborów. Głębokie przekonanie o racjonalności naszych czasów każe nam bowiem wyprzeć, że i dzisiaj w procedurze wyborczej stosuje się element losowy. W aktualnym Kodeksie Wyborczym o losowaniu mowa jest blisko pięćdziesiąt razy. Oczywistym kontekstem jest losowanie numerów list wyborczych i kolejności nadawania spotów w audycjach komitetów wyborczych. Wielu zaskoczy pewnie, że od wyniku zorganizowanego przez komisję wyborczą losowania zależeć może, kto będzie pełnił funkcję wójta, burmistrza, prezydenta lub senatora – ale właśnie taką procedurę polskie prawo przewiduje, gdy będziemy mieli do czynienia zarówno z równą nominalnie liczbą głosów, jak i wyrównanym poparciem w okręgach. Wreszcie – kodeks przewiduje losowy wybór jednego przedstawiciela Sejmu w Państwowej Komisji Wyborczej, jeśli w izbie znajdą się tylko dwa ugrupowania.

Gdzie w tym wszystkim „wyrwanie z impasu”, o którym pisał Taleb? Otóż właśnie dzięki wynikom losowania ustawodawca i społeczeństwo zorientowało się w 2014 r., jak niebezpieczne dla odzwierciedlenia preferencji wyborczych skutki przynosić może książeczka wyborcza. Dzięki temu, że Polskie Stronnictwo Ludowe wylosowało „jedynkę” w wyborach do sejmików, to w głosowaniu otrzymało co najmniej kilkupunktową premię. Spotkało się z to z krytyczną refleksją, zdiagnozowaniem istnienia „efektu książeczki” i w konsekwencji rezygnacją z jej użycia w kolejnych wyborach na rzecz płachty. Gdyby zamiast losowania procedura wyborcza przewidywała jakiś inny, w teorii bardziej sprawiedliwy i merytoryczny sposób porządkowania list, moglibyśmy dłuższy czas jeszcze nie zauważyć anomalii w wynikach głosowania…

Ostatni moment na takie eksperymenty

Rosnący w siłę populizm, zyskujący coraz więcej wyznawców anty-scjentyzm wszelkiej maści i coraz popularniejsza anty-establishmentowość to reakcja na wieloletnią pychę hiperracjonalnych we własnym mniemaniu ekspertów i technokratów. Lękom obywateli i utracie zaufania do elit trzeba wyjść naprzeciw i reformować ustrój w taki sposób, który wyprowadzi nas z fałszywej wiary w nieomylność „systemu”. W innym wypadku tempo, w jakim oddalamy się od stabilnych czasów demoliberalnego konsensu ku jakiemuś nowemu – oświeconemu lub nie – autorytaryzmowi będzie coraz szybsze.

Za każdym razem, gdy czytam, że reakcją na te niebezpieczne zjawiska ma być wzmocnienie niewybieralnych ciał merytorycznych, finansowane z podatków granty na edukację „ciemnego ludu” w zakresie liberalnych wartości (projektowany Europejski Fundusz Wartości) albo eliminacja mechanizmów demokracji bezpośredniej (rozważania post-Brexitowe), to przechodzą mnie ciarki. Jakkolwiek życzyłbym sobie pokojowej i stabilnej przyszłości dla świata zachodniego, to mam wrażenie, że postulujący takie remedia chcą raczej dolać benzyny do ognia. W chwili, gdy realna decyzyjność demosu za pośrednictwem Internetu jest na wyciągnięcie ręki, próba pouczania go i odbierania mu głosu raczej tylko go, skądinąd słusznie, rozwścieczy.

Pamiętając, że paliwem antydemokratycznych przewrotów jest zwykle wściekłość ludu na oderwane od rzeczywistości „stare elity”, powinniśmy szukać inspiracji tam, gdzie rzeczywiście udział narodu politycznego w sprawowaniu władzy był największy, a rola elit – najlepiej kontrolowana. Musimy szukać takich mechanizmów demokratycznych, które pozwolą wybrzmieć głosom dotychczas niesłyszanym i zaistnieć postawom niedostrzeganym, nim ignorowane zaczną się radykalizować. Taki potencjał – polegający choćby na włączeniu w debatę niegłosujących – ma właśnie tworzenie organów kolegialnych przez losowanie.

Decydując się na taki senacki eksperyment, właściwie niewiele możemy stracić. Już tylko inicjując debatę na temat tej reformy, mamy szansę skierować debatę publiczną na tory potrzebnej dziś refleksji nad naturą naszego ustroju, postępującą polaryzacją polityczną, fatalnym stanem procesu prawodawczego i powodach utraty zaufania do instytucji reprezentatywnych na całym Zachodzie.

Gdyby eksperyment się powiódł – moglibyśmy wnieść na arenę międzynarodową istotne doświadczenie, które być może przysłuży się odnowie zachodnich demokracji miotanych dziś między skrajnościami. Włączenie w proces legislacyjny elementu demokracji losowanej może bowiem okazać się dobrą alternatywą dla wyboru między dalszymi absolutnymi rządami słabo kontrolowanych reprezentantów a nieprzewidywalnymi torami demokracji bezpośredniej.

Cóż zatem, ryzykujemy?

Tekst otwiera blok „Majstrowanie przy ustroju” 54. teki Pressji pt. „Ekologia integralna”. Całość dostępna nieodpłatnie na naszej stronie.