Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Wójcik  23 stycznia 2019

Pękająca wspólnota. Polacy i Żydzi w cieniu wojny

Bartosz Wójcik  23 stycznia 2019
przeczytanie zajmie 19 min
Pękająca wspólnota. Polacy i Żydzi w cieniu wojny Magdalena Karpińska

Jedną z konsekwencji klęski poniesionej przez Polskę jesienią 1939 r. było swoiste pęknięcie wielonarodowościowego dotąd państwa „po szwach etnicznych”. Zaistniały stan rzeczy, od samego początku okupacji wyzyskiwany przez obu okupantów, znajdował swoich zwolenników również po stronie polskiej, istotnie wpływając na optykę, tak wojskowych, jak i politycznych, struktur rodzącego się podziemia. Obowiązującą do tragicznego Września – wprawdzie nie bez licznych nierówności – kategorię obywatelskiej przynależności do państwa, w brutalnych warunkach okupacji coraz wyraźniej wypierać zaczął model polskości rozumianej w ujęciu etnicznym. Fakt ten miał poważnie rezonować także w podejściu „czynników miarodajnych” – jak określano kierownictwo polskiego podziemia – do znajdującej się w szczególnym położeniu mniejszości żydowskiej.

W lipcu 1941 r. demokratyczne stronnictwa polskiej emigracji: Polska Partia Socjalistyczna (PPS), Stronnictwo Ludowe (SL) oraz chrześcijańsko-demokratyczne Stronnictwo Pracy (SP), przy oficjalnej aprobacie Premiera i Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych gen. Władysława Sikorskiego, ogłosiły deklarację podstaw ustrojowych odrodzonej Rzeczpospolitej. W punkcie dotyczącym mniejszości dokument stwierdzał: „[…] Polska będzie państwem demokratycznym, opartym na równości wszystkich obywateli bez różnicy rasy, wyznania i narodowości wobec prawa, na poszanowaniu wolności jednostki i praw obywatelskich, wreszcie na poszanowaniu praw narodowych mniejszości: narodów słowiańskich, litewskiej i żydowskiej […]”.

Jednak punkt widzenia konspiracji krajowej był w tym czasie daleki od perspektywy Londynu. Przy modelu obywatelskim, spośród liczących się sił politycznych, na ogół konsekwentnie – choć nie bez zastrzeżeń wobec przedwojennego status quo – stały kręgi socjalistyczne. Dominowało, zyskujące popularność także poza ośrodkami proweniencji narodowej, przekonanie, że mniejszości nie zdały egzaminu – niekiedy po prostu „zdradziły” – a „robota niepodległościowa” i wynikające z niej przywileje winny stać się domeną żywiołu etnicznie polskiego. Kwestia żydowska szybko zaczęła budzić na tym polu emocje szczególne.

Polacy i Żydzi w obliczu niemieckiego zagrożenia

U progu hitlerowskiej inwazji prezydent RP, Ignacy Mościcki, wygłosił orędzie wzywające do obrony kraju „wszystkich obywateli Rzeczpospolitej”. Odpowiedź przywódców społeczności żydowskiej była jednoznaczna. Uchodzący w 1939 r. za najsilniejsze jej ugrupowanie socjalistyczny Bund, opowiadający się za koegzystencją obu narodów – pozostaniem w Polsce i przyznaniem Żydom autonomii kulturowo-narodowej – wzywał do walki, dodając: „Pamiętajcie towarzysze, walczycie o wolność kraju ojczystego, z którym związani jesteśmy tysiącami nici!”. Również prawa strona silnie spolaryzowanej żydowskiej sceny politycznej nie pozostawiała wątpliwości. „My Żydzi, obywatele Rzeczpospolitej, stoimy dziś w karnych i zwartych szeregach, by jako dobrzy synowie Państwa Polskiego, świadomi swych obywatelskich powinności, ruszyć z najgłębszym entuzjazmem do walki o Wielkość Rzeczpospolitej” – wołali syjoniści-rewizjoniści dążący do realizacji we współpracy ze stroną polską „programu emigracyjnego” i utworzenia w Palestynie własnego państwa. Zbliżone w tonie apele rozległy się także ze strony tradycyjnych organizacji koncentrujących się głównie na życiu religijnym z Agudą na czele.

Brak jest wiarygodnych źródeł pozwalających jednoznacznie stwierdzić ilu Żydów stanęło ostatecznie do walki w szeregach Wojska Polskiego (WP). Najczęściej przytaczana w literaturze liczba ok. 100 tysięcy budzi wątpliwości. Oznaczałaby bowiem, że żydowskiego pochodzenia był co dziesiąty zmobilizowany żołnierz, podczas gdy ich liczba w latach poprzednich nigdy nie przekroczyła 7% stanu armii. Ta swoista „podreprezentacja” – w skali społeczeństwa ludność żydowska stanowiła właśnie ok. 10% – wynikała zresztą ze świadomej polityki władz wojskowych, starających się maksymalizować w swoich szeregach odsetek etnicznych Polaków, kosztem „mniej pewnych politycznie” mniejszości. Na 7 tysięcy – i ta ilość bywa kwestionowana – szacuje się liczbę Żydów poległych we wrześniowych walkach.

Część niepowołanych do służby obywateli pochodzenia żydowskiego zaangażowała się w inicjatywy oddolne na rzecz obrony państwa. Wymownym tego świadectwem była ich aktywność podczas trwającego blisko miesiąc oblężenia stolicy. Żydowskich ochotników spotkać można było w szeregach pepeesowskiej Robotniczej Brygady Obrony Warszawy (RBOW), ale także – przy pracach umocnieniowych oraz odgruzowywaniu. „Kamienie z bruku, płyty z chodników darły w uniesieniu żylaste ręce robotnicze, słabe ręce kobiet, nerwowe palce Żydów, aby rzucać je na zwał, na grudy, na bastiony, które niby kły grożą wrogowi okrutną rozprawą, grożą klęską i pohańbieniem” – donosił w połowie września, w reportażu z oblężonej stolicy, „Robotnik”.

Oczywiście nie było to jedyne oblicze Września – znane są choćby niemieckie relacje o przychylnym witaniu wkraczających kolumn przez Żydów zamieszkujących niektóre miejscowości zachodniej Polski czy też żydowskie, o antysemityzmie panującym w Wojsku Polskim. Zasadniczo jednak doświadczenie wspólnej walki z najazdem niemieckim przyniosło zauważalne – zwłaszcza po burzliwym schyłku lat 30. – zbliżenie między Polakami i Żydami. Szczególnie widoczne było ono z perspektywy Warszawy. „Należy podkreślić, że zupełnie wyraźną grupę [wśród ochotników z RBOW] stanowili bundowcy, którzy w sposób bardzo zdecydowany solidaryzowali się pod każdym względem z naszą akcją” – relacjonował dowódca jedynej tego rodzaju, niejako oddolnie sformowanej jednostki, kpt Marian Kenig.

Żydowski kronikarz, Emanuel Ringelblum, zaistniałą atmosferę porównywał nawet do stanu sprzed powstania styczniowego, entuzjastycznie zapowiadając „erę zbratania polsko-żydowskiego”. Niestety, rzeczywistość szybko zweryfikowała tak optymistyczne interpretacje. Nie doświadczenie wspólnej walki w obronie Rzeczpospolitej, lecz przeżycia biegunowo przeciwne, stać się miały głównymi determinantami wzajemnego postrzegania.

Kresy państwa i kresy lojalności

Znacznie silniej od lojalnej postawy w obliczu zagrożenia niemieckiego, na świadomość polskiego społeczeństwa, ale i dużej części elit polityczno-wojskowych, wpłynąć miały pogłoski o zachowaniu Żydów wobec okupujących Ziemie Wschodnie RP Sowietów. O ile w przekazach struktur konspiracyjnych doniesienia te niekiedy – dokonując rozróżnienia między prosowiecką z reguły orientacją zubożałych mas żydowskich oraz bardziej złożonym, niekiedy także przychylnym Polsce stanowiskiem inteligencji i warstw lepiej sytuowanych – starano się niuansować, o tyle docierające ze Wschodu plotki kreśliły jednoznaczny obraz „żydowskiej zdrady”. Obraz tym nośniejszy, że dla istotnej części społeczeństwa, znajdującej się od lat w sferze wpływów obozu narodowego i zbliżonej doń dużej części prasy katolickiej, wręcz pożądany – potwierdzający dotychczasowe intuicje i obawy, przejawiające się m.in. odruchowym łączeniem pochodzenia żydowskiego z sympatiami komunistycznymi.

Pozostający dotąd często „obywatelami drugiej kategorii” przedstawiciele mniejszości – w tym liczni w miastach i miasteczkach Kresów Wschodnich, głównie spauperyzowani, Żydzi – w zaprowadzanych przez Sowietów „porządkach” rzeczywiście dostrzegli perspektywy awansu, zwłaszcza początkowo stając się dla okupacyjnej administracji swoistym rezerwuarem kadr. Stanowiąca dotąd lokalną elitę społeczność polska rzeczoną nielojalność często rozpatrywała jako potwierdzenie wrogiego wobec państwowości polskiej nastawienia ogółu Żydów. Według licznych relacji, wzrostowi lokalnej pozycji beneficjentów nowej rzeczywistości towarzyszyły drwiny i groźby wymierzone przeciw „niedawnym panom”, rugowanym obecnie z życia publicznego, a niekiedy także – choć, jak wskazuje prof. Andrzej Żbikowski, źródła sowieckie nie potwierdzają, by Żydzi wyróżniali się tu na tle innych narodowości z Polakami włącznie – denuncjacje.

Wrażenie „żydowskiej wszechobecności” wzmacniało pojawienie się na Wschodzie tysięcy uciekinierów z terytoriów zajętych przez wojska niemieckie.

Ta eskalacja wzbierających od lat antagonizmów – w warunkach kresowego tygla problem dalece wykraczał poza same stosunki polsko-żydowskie – ułatwiała pracę organom sowieckim, przysłaniając zarazem fakt analogicznych prześladowań, jakim poddawane były „niepewne politycznie” elity wszystkich zamieszkujących ziemie wschodnie RP narodowości.

Co charakterystyczne – napływające do władz podziemnych i emigracyjnych wnioski oraz oceny zaistniałego na Kresach stanu rzeczy bywały bardzo zróżnicowane, pozostając w wyraźnej zależności od reprezentowanego przez daną strukturę kierunku politycznego. Gdy związany z obozem narodowym gen. Marian Żegota-Januszajtis, opisując sytuację we Lwowie, donosił o Żydach „potwornie męczących Polaków i wszystko co z polskością związane” oraz prognozował krwawą zemstę „o jakiej żaden antysemityzm nie miał pojęcia”, utworzony przez lwowską lewicę niepodległościową Rewolucyjny Związek Niepodległości i Wolności raportował: „Większość żydowska jest ponad wszelką wątpliwość propolska”. „Utrzymanie – dodawał dalej autor analizy, dr Stanisław Olszewski – a zarazem rozszerzenie i pogłębienie tych nastrojów można dokonać przez stałe i konsekwentne, a zarazem szczere podkreślanie, że przyszła Polska będzie naprawdę demokratyczna, obywatele jej [zaś] nie będą już nigdy różnicowani na poszczególne kategorie”.

Niemieckie divide et impera

Jednak problem narastania wzajemnych pretensji – powszechnego wśród ludności polskiej przekonania o żydowskiej zdradzie i rosnącego w społeczności żydowskiej rozczarowania brakiem solidarności ze strony Polaków – był faktem. Podnosiły go liczne korespondencje podziemia z pierwszych miesięcy okupacji. Do zagadnienia tego odniósł się m. in. przybyły do Paryża u progu roku 1940 Jan Karski. Kreśląc zarys nastrojów panujących pod obiema okupacjami, stwierdzał: „Uważa się powszechnie, że Żydzi zdradzili Polskę i Polaków, że w zasadzie są komunistami, że przeszli do bolszewików z rozwiniętymi sztandarami”. Jednocześnie, nie negując zasadności części wysuwanych wobec nich zarzutów a zarazem istotnie niuansując referowane zjawisko, zwracał uwagę na niebezpieczny proceder coraz powszechniejszego wykorzystywania antysemickich tendencji społeczeństwa polskiego przez władze niemieckie.

Nie były to obawy bezpodstawne. Niemcy szybko przystąpili bowiem do realizacji polityki wygrywania polsko-żydowskiego antagonizmu. W prasie gadzinowej roztaczano lukratywne wizje „Nowego Porządku”, którego pierwszy etap stanowić miało dokonujące się właśnie – dzięki niemieckiej opiece – „wyzwolenie Polaków spod żydowskiego jarzma”. Zapowiadając konieczność odseparowania „żydowskiego szkodnika” od zdrowej, latami zwodzonej i wykorzystywanej przez kolejne rządy tkanki polskiej, to na niego zrzucano odpowiedzialność za liczne patologie, takie jak plagi spekulacji oraz korupcji, czy też za samo rozpętanie kolejnego konfliktu.

Podsycaniu antysemickich nastrojów towarzyszyło swoiste wyciąganie Żydów spod prawa, „elementowi stojącemu najniżej moralnie” stwarzające pokusę do wykorzystywania zaistniałej sytuacji. W jednym z raportów podziemia, jaki dotarł na Zachód jesienią 1940 r., stwierdzano wprost: „Żydzi de iure są obiektem praw wyjątkowych, de facto są poza prawem”. Dalej, przyznając, że oficjalnie Niemcy zabraniają fizycznych przeciw nim wystąpień, nadmieniano: „Równocześnie ciągle podburza się ludność polską przeciw Żydom, szerzy się niechęć do Żydów jako spekulantów, demoralizatorów i wyzyskiwaczy”.

W międzyczasie wprowadzano kolejne dyskryminujące rozwiązania. Jedno z dwóch głównych pism Związku Walki Zbrojnej (ZWZ-AK) – wyróżniający się wrażliwością wobec losu polskich Żydów „Biuletyn Informacyjny”, wspominał w tym kontekście m.in. o drastycznych restrykcjach ekonomicznych, przymusie pracy, zakazie korzystania z kolei oraz wstępu do kawiarni, parków i instytucji kultury; obowiązku kłaniania się Niemcom, ograniczaniu racji żywnościowych oraz napiętnowaniu poprzez oznakowanie. Kolejnym etapem była tzw. gettoizacja. Polityce postępującej separacji towarzyszyły cyniczne posunięcia, takie jak wcześniejsze wypuszczenie z obozów jenieckich żołnierzy pochodzenia żydowskiego czy oficjalne zwolnienie Żydów z budzących powszechną grozę wśród Polaków branek na roboty w Rzeszy.

Niemniej, mimo szeregu wspomnianych wyżej represji i zbierającego śmiertelne żniwo wyniszczania ekonomicznego, ludności żydowskiej na przestrzeni pierwszych kilkunastu miesięcy wojny zasadniczo nie tracono w planowych egzekucjach. Fakt, że równolegle z różnych regionów kraju napływały informacje o rozstrzeliwaniu – Niemcy realizowali wówczas Akcję AB – polskiej inteligencji bynajmniej nie poprawiał wzajemnych relacji. W podziemnej prasie o zabarwieniu skrajnie narodowym spotkać można było nawet sugestie o rzekomej cichej współpracy niemiecko-żydowskiej.

Polskość etniczna wypiera polskość obywatelską

Pogorszenie stosunków znajdowało wyraźne odbicie także w łonie dość słabej jeszcze i silnie sfragmentaryzowanej konspiracji. Doszło tu do sytuacji na swój sposób paradoksalnej – o ile na wychodźstwie Żydzi nadal wchodzili w skład Polskich Sił Zbrojnych, a nawet jako jedyna mniejszość posiadali, jednoosobowe wprawdzie, z czasem zwiększone do dwóch reprezentantów, przedstawicielstwo polityczne w Radzie Narodowej przy Rządzie RP, o tyle mająca stanowić krajową odnogę emigracyjnej armii oficjalna organizacja wojskowa, zasadniczo – jak wskazują badacze tematu – pozostawała dla nich zamknięta. Obok przeciwwskazań obiektywnych, związanych z często zagrażającą bezpieczeństwu pracy konspiracyjnej „semicką fizjonomią”, niewątpliwie istotną rolę odgrywał tu potęgowany relacjami ze Wschodu brak zaufania do Żydów oraz świadomość niechętnych im nastrojów polskiej większości. Model patriotyzmu etnicznego w tragicznych okolicznościach okupacyjnego terroru coraz skuteczniej wypierał dotychczasowy model patriotyzmu obywatelskiego.

Wprawdzie – jak wykazał prof. Dariusz Libionka – w 1940 r. kierownictwo ZWZ-AK rozważało nawiązanie na gruncie państwowym kontaktów z Ukraińcami i Białorusinami, jednak wciągania do pracy niepodległościowej, bądź też rozwinięcia bliższej współpracy z Żydami nie przewidywano. W strukturach podziemia wojskowego znalazła się oczywiście pewna część żołnierzy i pracowników pochodzenia żydowskiego, jednak w zdecydowanej większości byli to ludzie całkowicie zasymilowani, którzy Żydami pozostawali jedynie w świetle nazistowskiego ustawodawstwa.

Wbrew optymistycznym przesłankom Września, i tu nastąpiło swoiste rozdzielenie dramatu obu narodów. Jedną z jego konsekwencji było stosunkowo niewielkie zainteresowanie polskiego – przymiotnik ten coraz wyraźniej zawężał się do ram etnicznych – podziemia losem współobywateli-Żydów. Także ci – co również podnoszono w konspiracyjnych zestawieniach, niekiedy wyraźnie naznaczonych poglądami autorów – odnosić mieli się do Polaków z narastającym zawodem i niechęcią. Jednym z nielicznych łączników między światem polskim a żydowskim, pozostawały utrzymujące ograniczone kontakty podziemne struktury PPS i Bundu.

To socjaliści podejmowali też nieliczne próby publicznego przeciwdziałania postępującej izolacji. W odpowiedzi na serię przeprowadzonych wiosną 1940 r. przez Narodową Organizację Radykalną [marginalna grupa skrajnie prawicowa współpracująca z Niemcami – red.] pogromów, utrwalanych zresztą dla celów propagandowych przez okupanta, jedno z pism PPS „Wolność Równość Niepodległość” (PPS-WRN), piętnując nie tylko obojętność Polaków wobec „zwierzęcego antysemityzmu uprawianego przez okupantów w stosunku do żydowskich obywateli Polski”, ale wskazując również na zagrożenie „odrodzenia polskiego ruchu antysemickiego pod opieką i protektoratem hitlerowców”, alarmowało: „Przejawom tym trzeba wypowiedzieć bezwzględną walkę. Gdyby tę szczelinę podłości ludzkiej udało się okupantowi rozszerzyć, w brudnej fali utonąć może wszystko, co zdrowe w Polsce”.

W podobne tony regularnie – choć z uwagi na swój państwowo-apartyjny charakter w sposób bardziej zachowawczy – uderzał także szczególnie popularny, redagowany przez znanego działacza harcerskiego, Aleksandra Kamińskiego, „Biuletyn Informacyjny”. Pismo starało się wywoływać odruchy solidarności, poprzez uświadamianie czytelnikom analogii między tragicznymi losami obu narodów oraz eksponowanie zjawisk o potencjale łączącym. Przykładowo, gdy latem 1940 r. Sowieci dokonali trzeciej już „wielkiej deportacji” – ponad 80% wywiezionych w niej osób stanowili obywatele polscy pochodzenia żydowskiego, głównie uchodźcy z Polski centralnej – „Biuletyn” podkreślał ich patriotyczną postawę, donosząc, że jadący w nieznane Żydzi manifestowali swoje przywiązanie do polskości śpiewając Rotę. Komentując z kolei „podziemne obchody” Święta Wojska Polskiego, jakich świadkiem była okupowana Warszawa, dodawano: „Znamiennym jest fakt przyłączenia się do manifestacji społeczeństwa żydowskiego: w dzielnicy żydowskiej znaczna część sklepów była cały dzień nieczynna”.

Zarówno jednak pepeesowcy, jak i stojący za „Biuletynem”, nawiązujący do etosu legionowego przedstawiciele lewicującej inteligencji dominującej w Biurze Informacji i Propagandy (BIP) przy Komendzie Głównej ZWZ-AK, w tłumaczeniu swoistej polsko-żydowskiej wspólnoty cierpień i interesów pozostawali osamotnieni. Ogół podziemia albo – zgodnie z sygnalizowanym tu procesem – wyraźnie koncentrował się na problemach ludności polskiej, losowi Żydów nie poświęcając większej uwagi, albo też, co było charakterystyczne głównie dla środowisk narodowych, podbijał bębenek antysemicki.

Podobne tendencje, w ciągle wówczas jeszcze rozproszkowanym podziemiu, utrzymywały się przez kolejne miesiące. Życie żydowskie – już przed wojną, o czym należy pamiętać, silnie wyodrębnione – teraz, w cieniu niemieckich prześladowań, zostało niemal zupełnie oderwane od życia polskiego, skoncentrowanego na wymierzonym w narodowe elity terrorze politycznym. Mimo to podziemie polskie informowało władze emigracyjne o sytuacji „na odcinku żydowskim”, eksponując m.in. trudne położenie ekonomiczne gett.

Na przełomie lat 1940/41, obok oficjalnej organizacji wojskowej – dla Żydów na ogół niedostępnej, za to, głównie dzięki „Biuletynowi” Kamińskiego, publicznie upominającej się o los tej części polskiego społeczeństwa – w okupowanym kraju funkcjonować zaczęła także cywilna ekspozytura emigracyjnych władz. Na jej czele stanął Delegat Rządu na Kraj. Ten pozornie korzystny dla obywateli pochodzenia żydowskiego zwiastun, zwłaszcza początkowo, okazał się jednak nie mieć większego znaczenia. Delegatura – zdominowana raczej przez osobistości kojarzone z przedwojenną prawicą – jeszcze wyraźniej niż wojsko skoncentrowała się bowiem na położeniu ludności etnicznie polskiej.

Pewne widoki na zmianę dotychczasowego stanu rzeczy pojawiły się latem, gdy po agresji Niemiec na ZSRR, napływać zaczęły wiadomości o pierwszych masowych rzeziach Żydów na Wschodzie. Zbrodnie – szczególnie dokładne dane otrzymywano z terenu Litwy; znacznie gorzej orientowano się w realiach Wołynia czy Galicji Wschodniej – nie umknęły uwadze polskiego podziemia. Informowano o nich Londyn, a także, za sprawą oficjalnych pism, zarówno wojskowych, jak i cywilnych, polskie społeczeństwo. Doniesienia te – choć podkreślające niemieckie okrucieństwo, to utrzymane w tonie odbiegającym od bardzo emocjonalnych wystąpień dotyczących prześladowań Polaków – nie mogły jednak diametralnie ograniczyć narosłej niechęci.

Charakterystyczne, że na kolejne – poza cytowaną we wstępie deklaracją zapowiadającą równouprawnienie mniejszości, chodziło m.in o objęcie londyńskiego resortu sprawiedliwości przez reprezentującego PPS Hermana Liebermana – odbierane jako prożydowskie kroki Rządu RP na Uchodźstwie, struktury krajowe odpowiadały jesienią 1941 r. w tonie zgoła alarmistycznym. Londyn przestrzegano, że wobec powszechnego, „żywiołowego – jak stwierdzano w jednym z raportów – antysemityzmu”, potęgowanego pogłoskami o niechlubnej roli, jaką Żydzi mieli odegrać pod okupacją sowiecką, wszystkie podobne posunięcia wręcz oddalają społeczeństwo od legalnych władz. W oficjalnej prasie podziemia – „Rzeczpospolitej Polskiej” stanowiącej organ Delegata oraz „Wiadomościach Polskich”, drugim obok wspomnianego już wyżej „Biuletynu Informacyjnego” kluczowym piśmie ZWZ-AK – ukazały się nawet sprzeczne z deklaracjami rządowymi artykuły, w których odcinając się zdecydowanie od zbrodniczej polityki niemieckiej, jednocześnie wyraźnie postulowano – „dla dobra Polaków i Żydów” – powojenną realizację programu żydowskiej emigracji.

Mimo tak nieprzychylnej atmosfery – popularności przekonania jakoby Żydzi sami, wskutek swej postawy na Wschodzie i nadmiernej uległości wobec Niemców, postawili się poza obrębem polskiego społeczeństwa – w oficjalnych strukturach podziemia nadal znajdowały się ośrodki dostrzegające złożoność sytuacji, zdające sobie sprawę ze szkodliwości zaistniałego stanu rzeczy. Niemal równolegle do ukazania się wspomnianych tekstów, Wydział Informacji BIP KG ZWZ-AK, dokonując gruntownej krytyki, „sprawiającej – jak stwierdzano – wrażenie przypadkowej”, polityki informacyjnej rządu, opracował i przesłał do Londynu projekt proponowanej – szerokiej i długofalowej strategii propagandowej. Jednym z postulatów w niej zawartych było zwiększenie nacisku na informowanie o bezprzykładnym w swej skali, porównywanym do rzezi Dżyngis-Chana, procederze masowego mordowania Żydów. W tym samym czasie w ramach Wydziału Informacji BIP uruchomiono też specjalny Referat Żydowski, na którego czele stanął związany ze Stronnictwem Demokratycznym (SD) prawnik, Henryk Woliński.

W stronę polsko-żydowskiej współpracy

Wobec ewidentnych prób tuszowania przez Niemców popełnianych na Żydach zbrodni, właśnie w natężeniu akcji informacyjnej – wątek żydowskiej tragedii poruszano m.in. w części BIP-owskich depesz z propozycjami audycji dla BBC – podziemie upatrywało szans na skłonienie sprawców do przerwania zbrodniczego procederu. Przyjęty punkt widzenia podzielała zresztą konspiracja żydowska, która w tym właśnie okresie, w początkach roku 1942, na bazie kontaktów bundowsko-pepeesowskich, nawiązała kontakt z AK oraz Delegaturą.

Co charakterystyczne, w oficjalnych pismach do Delegata Rządu Żydzi występowali wyraźnie jako obywatele polscy. „Wiele z tych depesz, meldunków i raportów – stwierdza badacz tematu, dr Adam Puławski z Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) – także otrzymanych od żydowskich konspiratorów, było wysyłanych [do Londynu] w najszybszym możliwym terminie”.

Z drugiej jednak strony, przynajmniej do drugiej połowy roku 1942 r. – będzie to widoczne szczególnie w zabiegach Delegatury, mniej w postępowaniu AK – starano się przy tym nie dopuścić, by tragedia Żydów przysłaniała dramat Polaków. Ta swoista „licytacja cierpień” prowadziła do charakterystycznych dysproporcji w nagłaśnianiu niemieckich zbrodni.

Niemniej w relacjach polsko-żydowskich, a także interpretowaniu obowiązków państwa polskiego wobec żydowskich obywateli, następowała wyraźna zmiana. Była ona niejako konsekwencją uświadomienia sobie skali problemu. Pierwotnie obie strony potraktowały masowe zbrodnie na Żydach, dokonywane głównie na Wschodzie, jako zjawisko ograniczone terytorialnie. Wiosną i latem 1942 r., po uruchomieniu pierwszych obozów zagłady, w obliczu brutalnych likwidacji gett na terenie Generalnego Gubernatorstwa (GG), stało się jasne, że zbrodnicze zamierzenia Niemców sięgają znacznie dalej.

Podjęcie współpracy na płaszczyźnie wymiany i przekazywania informacji – choć ważne – nie rozwiązywało wszystkich problemów. Szczególnie istotnym, na co nacisk kładli Żydzi, pozostawało przerwanie milczenia wykuwających się stopniowo struktur Podziemnego Państwa wobec propagandy antysemickiej prowadzonej nieprzerwanie na łamach części konspiracyjnych wydawnictw. „Cały szereg podziemnych pisemek, strojących się w szaty rzekomej walki z okupantem, w istocie sekunduje mu, uprawiając propagandę antysemicką” – alarmowali Delegata działacze Bundu wiosną 1942 r.

Problemu nie wyolbrzymiali. Na łamach prasy, głównie – lecz nie tylko, podobne głosy dobiegały z części kół ludowych i postsanacyjnych – tytułów proweniencji narodowej, niezmiennie powracały bowiem wątki antyżydowskie. Krótko przed spisaniem niniejszego apelu oenerowski „Szaniec” przekonywał, że Żydzi dążą do utworzenia Judeo-Polski, w której Polacy byliby ich parobkami, a na pytanie – jak ich traktować? – odpowiadał jednoznacznie: „Jak wrogów”. W tym samym tekście redakcja pisma odniosła się także do niepodległościowych ośrodków występujących w obronie Żydów. „Uciszcie się – pisano – mężowie szlachetni aż do obrzydliwości i sprawiedliwi aż do idiotyzmu, uspokójcie się i pocieszcie: nie tylko Niemcy, Żydzi i Ukraińcy, lecz i wy praw politycznych nie dostaniecie, albowiem nie tylko wrogowi, lecz i szalonemu miecza do ręki się nie daje. Dla tamtych będą prawne ograniczenia, a dla was – kaftan bezpieczeństwa i troskliwa opieka w Tworkach, które w tym celu zostaną odpowiednio rozszerzone”.

Bundowcy, żądając interwencji, powoływali się na rządową deklarację zasad z lipca 1941 r. Za palący uznali także problem niedostatecznego uświadomienia Polakom wymiaru żydowskiej tragedii i uczulenia ich przed współpracą z Niemcami. Choć bliskie pożądanym przez konspirację żydowską akcenty jeszcze wiosną 1942 r. pojawiły się w prasie katolickiego Frontu Odrodzenia Polski (FOP) oraz części szeroko rozumianej lewicy z PPS-WRN na czele, organy oficjalne podziemia jeszcze przez jakiś czas ograniczać miały się do działań stricte informacyjnych.

Przełom w tej kwestii nastąpił dopiero we wrześniu 1942 r., w obliczu traumy wywołanej likwidacją getta warszawskiego. W oficjalnych pismach podziemia rządowego ukazało się wówczas specjalne oświadczenie podległego Delegaturze Kierownictwa Walki Cywilnej (KWC). Wskazując na dokonujący się – co jednak charakterystyczne – „obok tragedii przeżywanej przez społeczeństwo polskie” dramat Żydów, stwierdzano: „Nie mogąc czynnie temu przeciwdziałać Kierownictwo Walki Cywilnej w imieniu całego społeczeństwa polskiego protestuje przeciw zbrodni dokonywanej na Żydach. W tym proteście łączą się wszystkie polskie ugrupowania polityczne i społeczne. Podobnie jak w sprawie ofiar polskich, odpowiedzialność fizyczna za te zbrodnie spadnie na katów i ich wspólników”. Mimo że – wbrew treści enuncjacji – nie wszystkie polskie ośrodki podzielały stanowisko KWC, niniejsze oświadczenie było krokiem dużej wagi, a częstotliwość akcentów antysemickich w prasie innej niż narodowa uległa jesienią 1942 r. wyraźnemu ograniczeniu.

Ostrzejsze wystąpienia „wychowawcze” spotkać można było w nielicznych, mniej krępowanych względami politycznymi, tytułach lokalnych. Przeznaczona dla Warszawy i okolic mutacja akowskiego „Biuletynu Informacyjnego”, piętnowała nie tylko zbrodnie niemieckie, ale także problem masowego udziału ludności polskiej w grabieży mienia zabijanych Żydów oraz – w narracji pisma zjawisko było znacznie bardziej ograniczone – w samych morderstwach. Jeden z tekstów wieńczyło przejmujące wezwanie: „Poruszamy te jasne sprawy, ażeby obudzić czujność społeczeństwa. Bijemy na alarm, ażeby zmusić zdrowszą część ludności do silnego przeciwdziałania tym objawom rozkładu moralnego. Zmęczeni wojną i walką z najazdem, zajęci osobistymi kłopotami, nie mamy ochoty i czasu zajmować się haniebnymi czynami swojego otoczenia. Sądzimy, że wystarczy bierne uczucie pogardy dla wyrzutków społecznych. Rzeczy jednak zaszły tak daleko, że trzeba przejść do czynnego, silnego przeciwdziałania, do tępienia tych strasznych objawów, które przyszłość Polski mogą obarczyć potwornym dziedzictwem”.

Blaski i cienie współpracy. Narodziny „Żegoty”

Druga połowa 1942 r. przyniosła kolejne ważne kroki na drodze zbliżenia. Latem – próby takie w stosunku do innych komórek AK podejmowano już wcześniej, jednak bez odzewu ze strony polskiej – przedstawiciele żydowskiego podziemia nawiązali kontakt ze wspomnianym Referatem Żydowskim BIP KG AK. W obliczu akcji likwidacyjnej warszawskiego getta i związanego z nią diametralnego wzrostu liczby Żydów ukrywających się po „stronie aryjskiej”, kierowana przez Henryka Wolińskiego komórka – dotąd w dużej mierze o BIP, z naciskiem na jego Wydział Informacji, opierała się prowizoryczna jeszcze akcja pomocy – wystąpiła z inicjatywą powołania cywilnej organizacji, której głównym celem byłaby opieka nad pozostałymi przy życiu żydowskimi współobywatelami.

Nie przypadkiem asumpt do podjęcia takiej akcji wyszedł właśnie z rzeczonego Biura. Część jego pracowników pomoc Żydom rozpatrywała bowiem zarówno w kategoriach obowiązku państwa wobec swoich obywateli, jak i mającego istotną wagę, wzmacniającego pozycję Polski w obozie alianckim, posunięcia politycznego. Posunięcia będącego wymownym zaprzeczeniem popularnej na Zachodzie opinii o Polsce, jako kraju niedojrzałym do demokracji, podatnym na tendencje nacjonalistyczne.

Po stronie społecznej – BIP był częścią podziemnego wojska, a więc instytucją państwową – bliska podobnej perspektywie była lewica: socjaliści, syndykaliści i demokraci. Nieco inne motywacje przyświecały elitarnemu, od wiosny 1942 r. silnie zaangażowanemu w sprawę żydowską, katolickiemu FOP-owi. Jego działacze – na ogół krytyczni wobec roli mniejszości żydowskiej na ziemiach polskich – kierowali się bowiem przede wszystkim „chrześcijańskim obowiązkiem pomocy bliźniemu”, akcentując nie tyle obywatelską wspólnotę z Żydami, co konieczność ratowania mordowanych ludzi.

Właśnie dzięki inicjatywie BIP, przychylności Delegatury oraz wyjątkowemu w skali całej okupowanej Europy porozumieniu nie tylko wymienionych wyżej środowisk polskich, ale także grup żydowskich – socjalistycznego Bundu oraz lewicowo-syjonistycznego Żydowskiego Komitetu Narodowego (ŻKN), w październiku 1942 r. „Rzeczpospolita Polska” mogła ogłosić: „[…] na skutek inicjatywy szeregu organizacji społecznych z kół katolickich i demokratycznych organizuje się Komisja Pomocy Społecznej dla ludności żydowskiej dotkniętej skutkami bestialskiego prześladowania Żydów przez Niemców”.

Po blisko trzech miesiącach, skromny komitet społeczny zostanie przekształcony w oficjalnie działającą przy konspiracyjnym przedstawicielstwie państwa polskiego Radę Pomocy Żydom (RPŻ), działającą pod kryptonimem „Żegota”. Do jej kierownictwa wejdą wówczas – krok ten, istotnie podnoszący rangę oraz możliwości podmiotu, wiązał się także z koncepcją politycznego zdyskontowania przez stronę polską akcji pomocowej – reprezentanci dwóch spośród trzech głównych stronnictw Podziemnego Państwa: socjalistów oraz ludowców. Wraz z „upolitycznieniem” charytatywnej początkowo akcji formalnie wycofa się z niej FOP. Jego działacze – Władysław Bieńkowski i Władysław Bartoszewski – staną jednak wkrótce na czele Referatu Żydowskiego Delegatury Rządu, koordynującego współpracę RPŻ z Delegatem.

W szczytowym momencie pod opieką poszczególnych referatów „Żegoty” znajdzie się ok. 3,5 tysięcy polskich Żydów. W 1943 r. miesięczna oficjalna norma zapomogowa „na podopiecznego” wyniesie 500 zł, a więc – na co wskazał swego czasu prof. Waldemar Grabowski, historyk specjalizujący się w dziejach podziemnej administracji – równowartość zapomogi dla polskich rodzin, których członkowie zostali straceni.

Poza działalnością opiekuńczą – prowadzoną po „stronie aryjskiej” oraz w gettach i przeznaczonych dla Żydów obozach – Rada wszczęła również własną, niestety dość ograniczoną, akcję propagandową. W jej ramach starano się budzić współczucie dla Żydów i piętnować nastroje antysemickie. Odwoływano się przy tym zarówno do argumentów etyczno-religijjnych, jak i polskiej racji stanu. „Żaden Polak wyznający moralność chrześcijańską nie przyłożył i nie przyłoży ręki do tej potwornej zbrodni. W laurowym wieńcu bohaterstwa Polski Podziemnej nie mniejszym blaskiem niż inne czyny opromienione będą również czyny i bohaterstwa w dziedzinie ratowania człowieka przed bestią hitlerowską” – wołała jedna z odezw wzywających do niesienia pomocy Żydom.

Niedoszłe braterstwo broni

Gdy „Żegota” do spółki z Bundem i ŻKN – organizacje te, kanałami rządowymi wspierane finansowo przez diasporę żydowską, prowadziły równolegle własną, zakrojoną na szerszą nawet od RPŻ skalę, akcję pomocy – rozwijały działalność opiekuńczą, wspominany tu już Referat Żydowski BIP KG AK podjął współpracę z Żydowską Organizacją Bojową (ŻOB). Przychylna dążeniom obywateli-Żydów zabiegających o porozumienie komórka AK wskazywała dowództwu liczne korzyści płynące z takiego rozwoju sytuacji. W specjalnym piśmie do Komendy Głównej argumentowano m.in: „Deklaracja ŻKN [chodzi o deklarację lojalności wobec władz polskich; ŻKN był politycznym zwierzchnictwem ŻOB – red.] podporządkowuje siły żydowskie kierownictwu polskiemu, a więc daje możliwość użycia ich w ramach polskiej racji stanu i separowania ich od wpływów [komunistycznej] PPR”.

Niestety zabiegi rzeczników wojskowej kooperacji polsko-żydowskiej na dłuższą metę nie przyniosły pożądanych efektów. Choć z czasem uzyskali oni poparcie dowódcy AK, gen. Grota-Roweckiego, jego instrukcje zalecające współpracę z rozsianymi na ziemiach polskich gettami oraz sugestie tworzenia wspólnych oddziałów partyzanckich, nie zostały podjęte przez dowódców terenowych. Poważniejsza współpraca ograniczyła się do specyficznej pod każdym względem Warszawy, gdzie gettu zdążono przekazać niewielką, choć odczuwalną dla bojowców, ilość broni i materiałów instruktażowych oraz zorganizowano szkolenie z zakresu działalności saperskiej. Charakter symboliczny miały nieudane akcje solidarnościowe warszawskiej AK po „aryjskiej stronie” muru już po wybuchu walk w getcie.

Poza stolicą, gdzie zabiegi o współpracę również niewolne były od istotnych trudności, podziały okazały się zbyt głębokie. Żydów – ze świadomością ich pochodzenia – przyjmowały głównie relatywnie nieliczne oddziały AK proweniencji socjalistycznej. Charakter wyjątkowy, niejako sprowokowany okolicznościami, miało zjawisko współpracy polsko-żydowskiej w walkach z Ukraińską Powstańczą Armią (UPA) na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Częstsze – na co wskazują historycy tematu – były jednak przypadki traktowania przetrwaniowych grup żydowskich jako „band rabunkowych bądź komunistycznych”, co niekiedy wiązało się także ze zwalczaniem ich.

Czynników składających się na fiasko idei swoistego „braterstwa broni” było wiele. Poza kwestiami prozaicznymi: biurokratyzacją struktur oraz częstą niechęcią do Żydów w eklektycznych ideowo, niekiedy dalekich od perspektyw lewicującego BIP-u, strukturach podziemnej armii, istotną rolę odgrywały poważne rozbieżności celów polskich i żydowskich.

Priorytetem AK było przygotowanie i skuteczne przeprowadzenie ogólnopolskiego powstania, mającego doprowadzić do odbudowy niepodległego państwa w obliczu zagrożenia sowieckiego. Tymczasem, Żydzi nie chcieli – często też po prostu nie mogli – czekać, dążąc do zwracających uwagę świata na Zagładę oraz „ratujących żydowski honor” wystąpień zbrojnych w likwidowanych przez Niemców gettach. Nie bez znaczenia pozostawały także względy polityczne: z jednej strony przesadzone, ale niepozbawione pewnych podstaw podejrzenia o kontakty strony żydowskiej z komunistami; z drugiej – nośne społecznie i utrudniające położenie AK propagandowe ataki skrajnej prawicy, zarzucające głównej organizacji wojskowej nadmierną wrażliwość na sprawy żydowskie, a niekiedy wręcz, czego ofiarą padał przede wszystkim rzeczony BIP – zdominowanie jej przez „czynniki obce Polsce”.

„To przecież rzecz notorycznie znana, że całe dziesiątki żydów utrzymywanych jest za pieniądze państwowe. »Zapomogi« udzielane im sięgają przedwojennych ministerialnych pensyj, a pochłaniają dziesiątki i setki tysięcy. Bierze je zaś nie jakaś tam nędzota żydowska, pejsaty motłoch, ale tuzy brzuchate i syte, wojenni macherzy od zakulisowej polityki. To ich przechowuje się i zachowuje w ukryciu. Na po wojnie. Nie to, że nie ma pieniędzy na wydobywanie z łap hitlerowskich podziemnych żołnierzy, że rodzinami więźniów konających w obozach i rozstrzelanych zakładników nikt się nie interesuje. Dla wszystkich przecież pieniędzy nie starczy. Trzeba ratować cenniejszych. Tych najcenniejszych! Znane to rzeczy. Pamiętamy o nich i nie zapomnimy” – odgrażał się jeszcze w 1944 r. oenerowski „Szaniec”, potępiając publiczne rozważania jednego z przedstawicieli ruchu syjonistycznego przy Rządzie RP, dotyczące możliwości uzbrojenia przez AK resztki ukrywających się Żydów. Tytuł nie był wydawnictwem trzeciorzędnym, był głównym pismem, konkurencyjnego dla Państwa Podziemnego, politycznego zaplecza Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ).

Mimo rosnących trudności, niektórzy oficerowie i pracownicy BIP, jeszcze na krótko przed Powstaniem Warszawskim apelowali o wciągnięcie do pracy w AK pozostałych przy życiu członków ŻOB. Charakterystyczny dla perspektywy podobnie myślących akowców jest emocjonalny list redaktora „Biuletynu Informacyjnego”, Aleksandra Kamińskiego „Huberta”, który interweniując w sprawie pozostawionych bez opieki mimo chęci dołączenia do AK Żydów ocalałych z powstania w getcie, alarmował: „W sercach najlojalniejszych dla Rzeczypospolitej Żydów rodzą się wątpliwości, które mogą wydać fatalny plon. […] Jestem pełen trosk. Jedyny dziś lojalny element mniejszościowy straci do nas wiarę, jeżeli nie złamie się małostkowości i biurokracji »urzędującej« w tych sprawach. Nie mogę bowiem uwierzyć, że to zła wola. To chyba tylko biurokracja i nieumiejętność naszych urzędów, które właśnie my, BIP, dla dobra propagandy w najszerszym tego słowa znaczeniu powinniśmy przełamać”.

Niestety obawy Kamińskiego sprawdziły się. Choć w sierpniowym zrywie stolicy udział wzięło wielu, niekiedy ujawnionych, niekiedy przyłączających się do oddziałów AK bez zdradzania swej tożsamości, Żydów, „niechciani” bojownicy ŻOB walczyli już w ramach konkurencyjnej dla AK, „grającej na Moskwę” Armii Ludowej (AL).

Państwo Podziemne przeciw „szmalcownikom”

Jesień 1942 r., poza wszczęciem akcji opiekuńczej „Żegoty” oraz nawiązaniem ograniczonej współpracy AK z ŻOB-em, przyniosła także eskalację zjawisk negatywnych. Wobec rosnącej liczby ukrywających się Żydów, coraz poważniejszym problemem stawała się plaga szantaży. „Zwalczanie tego zjawiska jest konieczne z uwagi na masowy charakter oraz z uwagi na to, że tępienie go przyczyni się do większej efektywności pomocy, wreszcie na konieczność zahamowania moralnej dezorganizacji w społeczeństwie” – apelowało już w pierwszym piśmie do Delegata Rządu polsko-żydowskie Prezydium „Żegoty”. Domagano się publikacji kolejnych – po cytowanym wyżej, wrześniowym oświadczeniu KWC – enuncjacji zapowiadających zaostrzenie środków w walce z gangreną „szmalcownictwa”.

Niestety, na co zwracają uwagę badacze tematu, pozytywne kroki podejmowane przez podziemie w tej materii, szczególnie początkowo cechowała pewna – wynikająca po części ze wspomnianej już „biurokratyzacji podziemnych instytucji”; po części jednak z uwarunkowań politycznych i braku równego traktowania obywateli pochodzenia żydowskiego – opieszałość.

W kwestii zwalczania szantażów problem ten ujawnił się w sposób szczególnie palący. Działacze RPŻ wystąpili nawet z inicjatywą opublikowania fikcyjnych komunikatów o wyrokach wykonanych na szantażystach. Ze względu na ewentualność podważenia tym samym autorytetu podziemnych władz została ona odrzucona.

Sygnalizowany m.in. przez „Żegotę” brak wyraźnej reakcji przełamano częściowo w marcu 1943 r., kiedy na łamach oficjalnych organów Polski Walczącej opublikowano kolejny komunikat KWC, Szantaże i ich zwalczanie. „Szmalcowników” ostrzegano w nim, że „wypadki szantażu są rejestrowane i będą karane z całą surowością prawa, w miarę możności już obecnie, a w każdym razie w przyszłości”. Początkowo nie poszły za tym jednak realne kroki. „Gdy w całym kraju, a zwłaszcza w Warszawie szaleje plaga szantaży anty-żydowskich – nie ogłoszono dotąd dosłownie ani jednego wyroku w tej sprawie!” – alarmował w sierpniu (komunikaty o wykonanych wyrokach publikowano od stycznia 1943 r.), domagając się skuteczniejszej egzekucji dotychczasowych ostrzeżeń, organ zaangażowanego w akcję „Żegoty” SD.

Podjęcie bardziej energicznych kroków w tej palącej kwestii umożliwiło przejęcie dotychczasowych kompetencji egzekucyjnych przez wojsko. W miejsce działającego przy Delegaturze Rządu KWC utworzono wówczas podległe dowódcy AK Kierownictwo Walki Podziemnej (KWP). Ostatecznie, we wrześniu 1943 r. w podziemnej prasie pojawiły się pierwsze informacje o wykonanych na prześladowcach obywateli polskich narodowości żydowskiej – w przypadku komunikatów KWP kwalifikacja ta z reguły była już podkreślona – wyrokach. „Kierownictwo Walki Podziemnej i Sądy Specjalne już karzą śmiercią zdrajców i szantażystów wydających Żydów w ręce katów niemieckich, a miary sprawiedliwości w stosunku do tych jednostek dopełnią już niezadługo Sądy Wolnej Rzeczpospolitej Polskiej” – konstatowała w specjalnej odezwie „Żegota”.

By odstraszyć potencjalnych wykolejeńców, do publicznej wiadomości, poza nazwiskami, podawano niekiedy także adresy zamieszkania ukaranych oraz symbolicznie pozbawiano ich praw honorowych. Obwieszczenia, za „Biuletynem” i „Rzeczpospolitą”, przedrukowywały pisma środowisk zaangażowanych w akcję pomocy: socjalistów, demokratów oraz katolików z FOP-u (co charakterystyczne, w tym przypadku nie pisano jednak o obywatelach polskich, lecz po prostu o prześladowanych Żydach); zdecydowanie rzadziej – wydawnictwa ludowe. Konsekwentnie i zgodnie – choć zdarzały się przypadki narodowców z narażeniem życia przechowujących Żydów – „przeoczały” ten rodzaj komunikatów władz polskich liczne tytuły proweniencji narodowej.

Do wybuchu Powstania Warszawskiego w oficjalnej prasie Państwa Podziemnego poinformowano o wykonaniu ośmiu tego typu wyroków. Ilu szmalcowników zostało na mocy decyzji podziemnych sądów zlikwidowanych w rzeczywistości? Szacunki są bardzo rozbieżne i słabo poparte źródłami. Wahają się od kilkunastu do ok. 70 osób, przy czym nie ma wątpliwości, że wyraźna intensyfikacja walki z rzeczonym procederem nastąpiła latem 1943 r., po wspomnianym już przejęciu „problemu” dotąd pozostającego w gestii Delegatury przez energiczniejszą, a jak wskazują badacze – także na swój sposób życzliwszą problemowi żydowskiemu – Armię Krajową.

Próba podsumowania

Początkowo pełne nieufności wobec Żydów nastroje dominujące w łonie polskiego podziemia, z czasem, także wskutek szoku wywołanego wszczętą przez Niemców masową akcją eksterminacyjną, ulegać zaczęły stopniowej zmianie.

Ewolucja ta – choć relacje na ogół pozostały dalekie od prognozowanej przez Ringelbluma „ery zbratania polsko-żydowskiego”, a wzajemny sceptycyzm w wielu przypadkach okazał się niemożliwy do przezwyciężenia – objawiała się kolejnymi ważnymi krokami: podjętą na dobre w roku 1942 i kontynuowaną do końca wojny współpracą na płaszczyźnie informowania o losie Żydów „Wolnego Świata”; nie mającą analogii w całej okupowanej Europie kooperacją polsko-żydowską w opiekuńczej – częściowo finansowanej z budżetu państwowego – akcji „Żegoty”; czy też ograniczoną, choć nie zupełnie bezowocną, próbą podjęcia współpracy wojskowej.

Wymownymi jej znakami były wreszcie wyczekiwane komunikaty o wykonanych z ramienia Podziemnego Państwa wyrokach na prześladowcach ukrywających się Żydów.

Z drugiej strony musimy pamiętać, że wszystkie te – tak często dziś przypominane – przejawy pomocy instytucjonalnej, swoiste akty solidarności Polski Walczącej ze znajdującymi się w szczególnym położeniu obywatelami RP pochodzenia żydowskiego, nie były dziełem powszechnego wobec bezprecedensowej tragedii konsensusu. O ich zaistnieniu zdecydowała determinacja stosunkowo wąskich środowisk (spośród czterech czołowych stronnictw na dobre zaangażowała się w nią jedynie PPS-WRN), niekiedy nawet – konkretnych osób, które nie tylko dostrzegły na czas wagę problemu, ale także nie wystraszyły się konsekwencji swojego stanowiska.

Część z nich, wbrew postępującemu w warunkach okupacji „etnizowaniu się” polskości, motywowała swe zaangażowanie poczuciem obowiązku wobec żydowskich współobywateli, manifestacyjnie podkreślając swoje państwowe pojmowanie patriotyzmu. Tak było w przypadku zaangażowanych w akcję pomocy niejako społecznie organizacji lewicowych czy też środowiska wspominanych tu akowców z BIP-u. Przejawy analogicznego myślenia – zbieżnego skądinąd z oficjalnym, uwzględniającym polityczny wymiar międzynarodowy takiej postawy, stanowiskiem Rządu RP – dostrzec można także we wspomnianych komunikatach KWP, podkreślających polskie obywatelstwo żydowskich ofiar szantaży.

Odmienna pod tym względem, co wiązało się m.in. z zastrzeżeniami wobec ewentualnej roli Żydów w odrodzonej Polsce, była perspektywa kręgów katolickich. Te zasadniczo rozpatrywały dzieło pomocy w kategoriach stanowiącego obowiązek wynikający z wyznawanej wiary, chrześcijańskiego wyciągnięcia ręki do prześladowanych bliźnich. Pogląd ten, jak się zdaje, przeważał także w angażujących się na rzecz Żydów komórkach Delegatury, powiązanych głównie z nurtem chadeckim.

Specyficzne podejście przyjęła legendarna „Żegota”. Jej zdominowane przez lewicę kierownictwo, w korespondencji z władzami państwowymi nie unikające eksponowania polskiego obywatelstwa podopiecznych, w odezwach skierowanych do społeczeństwa prezentowało linię pośrednią – wystrzegając się nieakceptowalnego dla wielu potencjalnych odbiorców argumentu obywatelskiego, odwoływało się do autorytetu gen. Sikorskiego bądź Delegata Rządu, poruszających problem żydowskiej tragedii w swych enuncjacjach. Posługiwało się przy tym uniwersalnymi motywami „moralności chrześcijańskiej”, „wartości ogólnoludzkich” oraz „humanitaryzmu”.

* * *

W marcu 1944 r. ukazała się oficjalna deklaracja Polskiego Państwa Podziemnego zatytułowana O co walczy Naród Polski? W ustępie dotyczącym mniejszości stwierdzano w niej: „Naród polski mieć będzie na względzie w całej pełni interesy innych narodów mieszkających na terenie państwa. Wymagając od nich lojalności i wierności w stosunku do państwa polskiego i życzliwego stosunku do praw i interesów narodu polskiego, Polska oprze swój stosunek do tych narodowości na zasadzie równouprawnienia politycznego oraz zapewnienia im warunków pełnego rozwoju kulturalnego, gospodarczego i społecznego w ramach jedności państwowej i wspólnego dobra wszystkich obywateli”. Historia zdecydowała inaczej.