Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  16 stycznia 2019

Adamowicz a Pieracki. Konserwatyści wobec mordu

Piotr Trudnowski  16 stycznia 2019
przeczytanie zajmie 7 min

Od pierwszych chwil po gdańskim ataku wielu przywołuje porównania z zabójstwem prezydenta Narutowicza. Bardziej adekwatnym ostrzeżeniem dla naszej wspólnoty politycznej jest jednak spojrzenie na konsekwencje zamachu na przedwojennego ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Przy zachowaniu wszystkich różnic między międzywojennymi mordami a niedzielnym zamachem na Pawła Adamowicza aktualne wydaje się wezwanie, byśmy pod wpływem wielkich emocji nie wykorzystywali mordu do „załatwiania rozmaitych porachunków”. Apel o pielęgnowanie kultury budowanej na „wolności i godności człowieka” pozostaje zaś ostrzeżeniem dla tych wszystkich, którzy w emocjonalnej atmosferze ostatnich dni oczekują błyskawicznych zmian prawnych.

I.

1 grudnia 1934 r. od strzału w plecy ginie Siergiej Kirow – działacz bolszewicki, któremu niewiele wcześniej, na XVII Zjeździe Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej, miano proponować zastąpienie Józefa Stalina na stanowisku sekretarza generalnego partii. Kirow odmówił i doniósł o wszystkim Stalinowi, ale przebieg późniejszego głosowania ujawnił istnienie wewnątrzpartyjnej opozycji. Do dziś budzące spory historyków zabójstwo Kirowa staje się pretekstem do „wielkiej czystki”. Już 2 grudnia Stalin ogłasza „dekret o terrorze”, dzięki któremu  sprawy o „akty terrorystyczne” i podżeganie do nich mają toczyć się błyskawicznie. W ten sposób zaczyna się najtragiczniejszy, gdy chodzi o prześladowania polityczne i liczbę ofiar, czas w historii Związku Sowieckiego.

Kilka tygodni później jedno z polskich czasopism politycznych przygotowuje do publikacji manifest, którego zarówno podniosły ton, jak i wzniecona nim ostra reakcja piłsudczykowskich władz mogą zaskakiwać. Tekst nie dotyczy bowiem polskiej polityki, ale właśnie zabójstwa niedoszłego komunistycznego genseka. Sygnowany przez „redakcję” tekst jest wyrazem oburzenia wobec sowieckich elit kulturalnych, które po zabójstwie Kirowa wystąpiły z apelem „o przeprowadzenie jak najpełniejszego śledztwa i o jak najsurowsze ukaranie winnych”. Nakład czasopisma zostaje skonfiskowany przez cenzurę, a tylko ostry sprzeciw na najwyższym szczeblu rządowym sprawia, że redaktor naczelny pisma nie trafia do „miejsca odosobnienia” w Berezie Kartuskiej.

W manifeście zatytułowanym W obronie kultury czytamy: „Jest rzeczą zrozumiałą, że państwo na akty terroru odpowiada represjami. (…) Cóż mają do roboty argumenty mdławego humanitaryzmu, stosowane w atmosferze politycznej walki, szczególnie w tej najbardziej wynaturzonej, naładowanej elektrycznością, w której cieniu kiełkują i wybuchają akty indywidualnego terroru. Jednak – choćbyśmy nie wiem ile mieli zrozumienia dla karzącej i ciężkiej nieraz dłoni państwa. Choćbyśmy nawet nie wiem jak wierzyli, że ta właśnie, a nie inna forma rządu ma prawo i słuszność za sobą – że tym samym karząc, wykonuje prawa słusznej sprawiedliwości. To jednak: dookoła miejsca kary i kaźni zazwyczaj jedynie motłoch gromadził się i motłoch wnosił ręce do oklasku.

Że natomiast ci, którzy są przedstawicielami sił twórczych społeczeństwa, ci mieli prawo i obowiązek prosić jedynie o łaskę, a nie o represje… Lub zachowywać milczenie, jeśli w swym sumieniu nie mogli znaleźć żadnego usprawiedliwienia dla apelu o litość wobec tych, których do białości rozpalony fanatyzm lub ślepa rozpacz kierowała na beznadziejne drogi indywidualnego terroru. Do tego przyzwyczaiła nas nasza stara, ponoć już nawet w oczach wielu strupieszała, gnijąca kultura Europy”.

Apel kończy się krytyką przedstawicieli polskich elit kulturalnych, które stanowiska wobec odezwy swych sowieckich odpowiedników nie zabrali. Dwa przywołane przez redakcję chlubne wyjątki to Antoni Słonimski („z przyjemnością to podkreślmy, choćby dlatego, że tak często musimy zwalczać tego pisarza”) i Marian Zdziechowski („ten zawsze czujny żuraw, walczący o każdą piędź duszy ludzkiej tak łatwo ulegającej trującym miazmatom Wschodu”).

Całość wieńczy górnolotne stwierdzenie: „Chcemy protestować – w swoim, a musimy i w waszym imieniu – w imię tego, w co my wierzymy i w co wy powinniście wierzyć, w imię wolności i godności człowieka. Chcemy i musimy protestować w trosce o los kultury polskiej (…) – tej kultury polskiej, która bodajby sczezła i była niczym, jeśli miałaby być z ducha swego kałmucka”.

II.

Niedoszłym więźniem Berezy jest sam Jerzy Giedroyc. Pismem – „Bunt Młodych”, organ młodych konserwatystów sympatyzujących z Józefem Piłsudskim, ale pozwalający sobie jednocześnie na odważną krytykę jego otoczenia i realiów „Polski pomajowej”. W efekcie publikacji dwutygodnik znika z dystrybucji na dwa miesiące. Przyszły redaktor „Kultury” unika kary, bo dymisję w razie internowania zapowiada minister rolnictwa Juliusz Poniatowski, dla którego resortu Giedroyc pracuje (pismo redaguje „po godzinach” pracy urzędniczej).

Skąd tak ostra reakcja władz na tekst dotyczący spraw sowieckich? Sygnowanemu przez „redakcję” manifestowi towarzyszył na pierwszej stronie „Buntu Młodych” drugi artykuł –  pod tytułem Kirow a Pieracki. Aleksander Bocheński stawia w nim „analogię reakcji dwóch światów rządzących, rosyjskiego i polskiego, po skrytobójczym morderstwie członka rządu”. Dopiero teksty czytane razem tworzą całość, a i jasny staje się powód represji.

Przypomnijmy – zamach na ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego miał miejsce kilka miesięcy wcześniej, 15 czerwca 1934 r. Członka rządu i jednego z najbliższych Piłsudskiemu przedstawiciela „grupy pułkowników” zamordowano w biały dzień przy warszawskiej ulicy Foksal. Początkowo o morderstwo oskarżano polskich narodowców, by później okazało się, że odpowiadają za nie nacjonaliści z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Organizacja bojowa przyznała się do zamachu jesienią tego samego roku.

„Historyk naszej epoki znajdzie wszędzie dokładne opisy mordu i niezwykłej ucieczki mordercy. Ale wątpić należy, czy źródła historyczne potrafią wiernie oddać nastrój, jaki panował w Warszawie wieczorem po morderstwie. Grupy akademików z Legionu Młodych chodziły po ulicach i wchodziły do wszystkich lokali, okrzykami domagając się kary na endeków za zabójstwo Pierackiego” – pisze Bocheński.

Kto chciałby potwierdzenia, niech zajrzy do źródeł. „Bez względu na osobę mordercy, ukarani być muszą wszyscy ci moralni sprawcy tego mordu, co jadem skrytobójczej agitacji podważają autorytet i podstawy Rzeczypospolitej” – możemy przeczytać w jednej z odezw wspomnianego Legionu Młodych, radykalnej młodzieżówki piłsudczykowskiej. Dalej w tej samej ulotce znajdziemy wyliczenie obok siebie jako współwinnych tak nacjonalistów ukraińskich, Obozu Narodowo-Radykalnego i endecji starszego pokolenia. Na propagandzie się nie skończyło – w nocy po zamachu zdemolowano redakcję endeckiej „Gazety Warszawskiej”, zamkniętej zresztą przez sanacyjne władze rok później.

Wróćmy do Bocheńskiego. „Prasa rządowa również orientowała opinię w tym kierunku. Potem założono obóz w Berezie, gdzie zesłano kilkunastu narodowców, ale, jak podają źródła urzędowe, wkrótce znalazło się tam znacznie więcej Ukraińców” – pisze publicysta „Buntu Młodych”.

Już 17 czerwca, dwa dni po zamachu na Pierackiego, prezydent Mościcki wydał rozporządzenie ws. osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu, na podstawie którego rzeczywiście powstaje „miejsce odosobnienia” w Berezie Kartuskiej.

Oddajmy na chwilę głos przywołanej rządowej prasie: „Porządek musi być – czy rozumiecie to, wy wszyscy? Musi – i będzie. Nie będzie się w Polsce strzelać do ministrów. (…) Musi być porządek. Musi być powaga i będzie. Obozy koncentracyjne. Tak. Dlaczego? Dlatego, że widać owych osiem lat pracy nad wielkością Polski, osiem lat przykładu i osiem lat osiągnięć, osiem lat krzepnięcia – nie wystarczyło dla wszystkich”pisała kilka dni po zamachu i wydaniu rozporządzenia „Gazeta Polska”.

Obok możemy przeczytać oświadczenie premiera Leona Kozłowskiego komentujące wydanie rozporządzenia: „Miejsca odosobnienia — nie trzeba tego chyba ukrywać — będą miały regulamin bardzo ciężki i surowy i nie będą niczem innem, jak tylko narzędziem surowej i karzącej ręki Państwa”.  

III.

Nic dziwnego, że w tejże Berezie chciano umieścić odpowiedzialnych za stworzenie niewygodnego dla piłsudczykowskich władz porównania. „Środkowy” wiekiem z braci Bocheńskich sugerował wszak wprost, że polskie władze wykorzystały zamach na Pierackiego do rozprawy z dwoma wrogami – konkurencją z szeregów narodowców i zagrożeniem ze strony ukraińskich radykałów. Zarzucił sanacyjnej władzy i jej zwolennikom, że rozpętano prześladowania polityczne, podobnie jak – toutes proportions gardées („Rzeczpospolita nie rozstrzelała nikogo po zamachu na śp. Pierackiego”) – Stalin wykorzystał mord na koledze do wyeliminowania konkurencji i rozpoczęcia powszechnego terroru.

„Analogia zaszczytu nam nie przynosi. Społeczeństwo i rząd muszą bronić się przeciw skrytobójczym zamachom na swoich ministrów, ale społeczeństwo nie powinno przy okazji mordu załatwiać rozmaite porachunki, bo wtedy łatwo może się zdarzyć, że zamgli się rzeczywistość tego, dla kogo to mord był stratą, a dla kogo zyskiem” – konkludował w przejmujących słowach tekstu Kirow a Pieracki późniejszy autor Dziejów głupoty w Polsce.

W tym kontekście górnolotne słowa o „obronie kultury polskiej w imię wolności i godności człowieka” z umieszczonego obok manifestu nabierają cech nie tylko komentarza do polityki sowieckiej, ale też – a może i przede wszystkim, przebranego w kostium w imię gry z sanacyjną cenzurą – radykalnego ostrzeżenia przed kierunkiem, w jakim zmierza i krajowa rzeczywistość. Przeciw wszelkim przejawom oddalania się od wzorców chrześcijańskiej kultury europejskiej publicyści „Buntu Młodych” rzeczywiście konsekwentnie się na swych łamach przeciwstawiali, a Bereza była dla nich momentem szczególnie bolesnym.

IV.

„Obóz koncentracyjny” w Berezie i prześladowania polityczne narodowców, komunistów i Ukraińców mogą wydawać się igraszką, gdy spojrzymy na nie przez pryzmat tego, co niedługo później uczyniły dwa sąsiednie wielkie totalitaryzmy. Trudno uznawać je jednak za chlubny moment polskiej historii. Przy zachowaniu wszystkich różnic między międzywojennymi mordami (te bowiem uznać należy jednoznacznie za akty terroru politycznego) a niedzielnym zamachem na Pawła Adamowicza aktualne wydaje się zatem wezwanie, byśmy pod wpływem wielkich emocji nie wykorzystywali mordu do „załatwiania rozmaitych porachunków”. Apel o pielęgnowanie kultury budowanej na „wolności i godności człowieka” pozostaje zaś ostrzeżeniem dla tych wszystkich, którzy w emocjonalnej atmosferze ostatnich dni oczekują błyskawicznych zmian prawnych.

Jedni już wiedzą, że moralną odpowiedzialność za niedzielny mord ponoszą politycy Prawa i Sprawiedliwości oraz dziennikarze i internauci sympatyzujący z „dobrą zmianą”. Inni wskazują, że wina leży po stronie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i ewentualnie miasta Gdańska – bo zły tryb organizacji imprezy, bo wielkie emocje i kontrowersyjne wypowiedzi Jurka Owsiaka.

Jedni wiedzą, że mord nie ma politycznego podłoża i pomijają wykrzyczane przez zamachowca ze sceny słowa o Platformie Obywatelskiej, by minutę później przypomnieć słowa łódzkiego zamachowca, który przed biurem poselskim krzyczał o Prawie i Sprawiedliwości. Inni mają jasność, że w psychice mordercy przeważyła propaganda mediów publicznych, którą sączono mu w więzieniu. Od niedzieli jeszcze częściej niż dotąd słyszymy też słowa, że „tym razem nie może być żadnej symetrii”. Dobiegają oczywiście po równo z obu przeciwnych stron.

Wyroki wydali już samorodni eksperci od bezpieczeństwa imprez masowych, rynku agencji ochrony, systemu penitencjarnego, psychologii sądowej. Napisać od nowa przepisy o organizacji takich wydarzeń! Przepędzić z rynku agencje, które zatrudniają emerytów! Trzymać wariatów w odosobnieniu po wsze czasy – albo – nie łączyć choroby Stefana W. z jego zbrodnią! Natychmiast zmienić program nauczania, choćby miejskim zarządzeniem! Ujawnić wizerunek mordercy – zdjąć mu z oczu „czarny pasek” i przywrócić pełne nazwisko – by czym prędzej okrył się niesławą! Wreszcie i najważniejsze. Zakazać mowy nienawiści! – albo – przywrócić karę śmierci!

V.

Spróbujmy spojrzeć na wszystkie te apele, pomysły, inicjatywy, a nawet oskarżenia z dobrą wiarą. Nieracjonalne, szalone i tragiczne wydarzenie tak bardzo wymyka się naszemu zrozumieniu, że w naturalny sposób szukamy dlań jakiegoś choćby z pozoru racjonalnego wytłumaczenia i logicznych argumentów, które pozwoliłyby nam rozstrzygnąć o charakterze gdańskiej zbrodni. Chcielibyśmy wyciągnąć systemowe wnioski, by jak najszybciej uspokoić własne sumienia i jak najszybciej móc powiedzieć „nie pozostaliśmy obojętni” i „zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by ta tragedia się nie powtórzyła”. Zwolnijmy, bo pośpiech jest dziś złym doradcą.

Najbliższe mi dotąd głosy w tej sprawie dobiegają z różnych środowisk. „Decyzje podejmowane na szybko – wyglądające powierzchownie na stanowcze ruchy przeciwko przemocy – mogą przynieść skutki odwrotne od zamierzonych” – ostrzega Stefan Sękowski z „Nowej Konfederacji”. „Zacznijmy od ćwiczenia się w powściągliwości – w mówieniu, reagowaniu i podążaniu za łatwymi odruchami” – proponuje na łamach „Krytyki Politycznej” Tomasz Stawiszyński. „Nienawiść naprawdę nie ma barw politycznych. W nienawiści chodzi o to, żeby okna były zasłonięte i zamknięte, aby patrzeć tylko w lustro” – pisze w „Więzi” Bartosz Bartosik.

Wykorzystywanie tragicznych wydarzeń do rozliczeń z politycznymi nieprzyjaciółmi to nie jest domena jedynie odległych w czasie autorytaryzmów, ale pokusa, przed którym staje każdy z nas. Chęć zmiany tych czy innych przepisów wydawać się może rozsądnym, „systemowym” wnioskiem – ale musimy być niezwykle ostrożni, by kiedyś przykładowa „walka z mową nienawiści” nie przyniosła nam wstydu niczym przedwojenny „obóz koncentracyjny”.

Wreszcie – powściągając się od publicznych „wielkich projektów” skoncentrujmy się na tym, co możemy zrobić sami, by choć trochę „odkręcić spiralę”, która nas otacza. Najprostsze do sformułowania i najtrudniejsze do realizacji jest zawsze to samo – zacząć od siebie samego. Spróbować spojrzeć na wszystkie działania na około bez założonej pewności, że innymi kieruje cynizm, chęć odwetu, nienawiść, hipokryzja.

Spojrzeć na mszę z udziałem rządowych notabli, zaproszenie na prezydencki marsz czy postulat rezygnacji z wystawiania kandydatów w gdańskich wyborach nie jak na „PR-owego zagrywki”, ale jak na próbę podejścia do tragedii z tak rzadką w polskiej polityce powagą wykraczającą poza chłodne kalkulacje.

Spojrzeć na tysiące ludzi zebrane w ciszy polskich miastach w poniedziałkowy wieczór, spontaniczne wezwania do Jurka Owsiaka, by pozostał na stanowisku szefa WOŚP czy apele o skierowane przeciw mowie nienawiści „lex Adamowicz” – nie jak na „upolitycznianie tragedii”, ale jak na próby stworzenia większego dobra ze zła, które nas wszystkich spotkało.

Wreszcie – co chyba najtrudniejsze – w zapewnieniach przedstawicieli obu najbardziej zacietrzewionych skrajności „że tym razem nie może być żadnej symetrii” dostrzec nie wyłącznie zaślepienie, ale też ich szczerą niechęć do zła, które może widzą dziś przerysowane czy wyolbrzymione, ale którą to niechęć można wciąż we wspólnotowym dialogu ukierunkować tak, by przynosiła dobro.

Naiwne, pozbawione szans powodzenia, oderwane od realiów, w których żyjemy – oczywiście. „Do tego przyzwyczaiła nas nasza stara, ponoć już nawet w oczach wielu strupieszała, gnijąca kultura Europy”.