Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Mateusz Wojda  11 stycznia 2019

To nie jest film o Berlusconim. Recenzja filmu „Oni”

Mateusz Wojda  11 stycznia 2019
przeczytanie zajmie 3 min

Człowiek dąży do władzy, a ściślej – jak to ujął Hans J. Morgenthau – do potęgi. Dla jednych jej przejawem są pieniądze, dla drugich poczucie akceptacji otoczenia, dla trzecich – możliwość nieograniczonej radości z życia. Od nas zależy, czy zobaczymy w Ich rozpaczliwie łaknącego potęgi Morrę, zgorzkniałą z nieodwzajemnionej miłości Kirę, czy Berlusconiego – człowieka pozornie spełnionego, lecz skupionego wyłącznie na ratowaniu twarzy.   

Kinomaniacy na całym świecie znają nazwiska Federica Felliniego, Piera Paola Pasoliniego, Roberta Rosselliniego czy Michelangela Antonioniego. Ci wybitni i cenieni twórcy należą już jednak do przeszłości kina. Rzym, miasto otwarte czy Salo, czyli 120 dni sodomy nie budzą już takich emocji jak kiedyś. Pełnią raczej funkcję szacownych eksponatów otaczanych nabożną czcią przez filmoznawców i krytyków. Od czasu premiery Życie jest piękne Roberta Benigniego kino znad Tybru przeżywało posuchę i nie potrafiło wyprodukować filmu, na punkcie którego oszaleliby krytycy i widzowie na całym świecie. Działo się tak do 2013 r., kiedy Paolo Sorrentino wyreżyserował Wielkie piękno – opowieść o podstarzałym dziennikarzu Jepie Gambardellim, którego życie toczyło się wokół imprez i pięknych kobiet. Film przyniósł reżyserowi Oscara, Złoty Glob, nagrodę BAFTA, a przede wszystkim światowe uznanie. Filmowym ojcem Sorrentino jest bardziej Fellini niż neorealiści. Podobnie jak autor La Strady cieszy się kinem, przykłada ogromną wagę do estetyki i przenikliwie pokazuje rzeczywistość. Oni – najnowsze dzieło reżysera – potwierdza, że włoskie kino wydobyło się z kryzysu, a także potrafi zaskoczyć nowatorstwem i błyskotliwością.

Sergio Morra (Riccardo Scarmaccio) to młody biznesmen z Taranto, który zajmuje się werbowaniem młodych kobiet jako towarzyszek dla lokalnych polityków. Motywowany pragnieniem sukcesu, wraz z partnerką Tamarą (Euridice Axen), opuszcza rodzinne miasto i wyjeżdża do Rzymu. Obydwoje pragną pieniędzy, luksusu oraz kontaktu ze śmietanką towarzyską. Ambicje Morry sięgają jednak wyżej – chce zaprzyjaźnić się z Silvio Berlusconim (Toni Servillo), do którego zamierza dotrzeć poprzez Kirę (Kasia Smutniak), nazywaną – przez bliski kontakt z byłym premierem – „królową pszczół”. Sam Berlusconi ma na głowie własne problemy. Próbuje równocześnie uratować małżeństwo, a także wrócić do wielkiej gry i ponownie zasiąść na fotelu premiera.

Sorrentino nie ukrywa swojej fascynacji Berlusconim. Można uznać wręcz, że jego dotychczasowa twórczość prowadziła prostą linią do skupienia artystycznej uwagi na miliarderze. Już Boski – pierwszy głośny film Sorrentina – przedstawia kulisy włoskiej polityki, kiedy pozycja jej głównego bohatera zaczyna się chwiać. Jednak kontrowersyjności Giulia Andreottiego (tytułowego Boskiego) nie można porównywać ze skandalami wywoływanymi przez Berlusconiego. Andreotti nie odznaczał się swobodą seksualną, rubasznym poczuciem humoru, czy promocją przaśnej rozrywki w telewizji. Natomiast podejrzewano go m.in. o zlecenie zabójstwa dziennikarza śledczego Carmina „Mino” Peccorellego, za co został skazany na 24 lata więzienia (wyrok uchylono w apelacji), a także o łapówkarstwo oraz kontakty z sycylijską mafią.

Natomiast sposób przedstawienia życia prywatnego Berlusconiego przypomina opowieść o Jepie Gambardellim z Wielkiego piękna. Z tą jednak różnicą, że Jep to dojrzały arbiter elegancji, czego nie można powiedzieć o głównym bohaterze Ich. Mimo różnic, wydaje się jednak, że Berlusconi w interpretacji reżysera jest syntezą Andreottiego i Gambardelli. Tym bardziej, że wszystkie te postaci grane są przez jednego aktora – Toniego Servilla.

Trzeba przyznać, że decyzja o dręczeniu widza przez czterdzieści minut w wyczekiwaniu na pojawienie się głównego bohatera była ze wszech miar trafna, ponieważ kiedy w końcu pojawia się Servillo, reszta postaci schodzi z miejsca na dalszy plan. Aktor w mistrzowski sposób wciela się w rolę Berlusconiego. Godna uwagi jest przede wszystkim jego mimika. Twarz bliska oryginałowi lśni od botoksu i opalenizny oraz nieschodzącego, niemal przez cały film, perlistego uśmiechu.

Sztuczne oblicze jest wytworem nie tylko postępu w chirurgii plastycznej, lecz także jego wewnętrznej niepewności. Dla kanadyjskiego socjologa Ervinga Goffmana twarz nie jest wyłącznie częścią ciała. To również pozytywna wartość społeczna przypisana osobie w trakcie interakcji, a także obraz własnego „ja” wytwarzany w kategoriach uznanych atrybutów społecznych.

Kreacja twarzy jest wyzwaniem, ponieważ może zostać poddana w wątpliwość przez innych. Trzeba się nie lada natrudzić, by rola tworzyła spójny obraz i nie wywołała „utraty twarzy”. Servillo jako Berlusconi doskonale wyczuł te niuanse. Mimo ewidentnie sztucznego oblicza wszyscy są nim oczarowani. Jest dynamiczny, pełen energii i wdzięku. Najgenialniejszą sceną filmu, a zarazem dowodem kunsztu aktorskiego Servilla, jest telefoniczna sprzedaż mieszkania przypadkowej osobie. Berlusconi, przed próbą przekupienia kilku senatorów, postanawia sprawdzić, czy wciąż ma w sobie dar przekonywania. Dzwoni do pewnej kobiety z ofertą zakupu nieruchomości (polityk stawiał pierwsze biznesowe kroki w branży deweloperskiej). Klientka początkowo nie jest zainteresowana ofertą, jednak Berlusconi nie poddaje się. Umiejętnie gra na emocjach rozmówczyni, nakłania do myślenia o przyszłości i nie daje za wygraną. Scena nie tylko jest dowodem akwizytorskich sztuczek starego biznesmena, lecz również argumentem za tym, jak ważna dla niego jest goffmanowska twarz, którą niemal utracił. Sposób, w jaki robi to Servillo, zasługuje na najwyższe uznanie. Od dawna nie widziałem tak brawurowej roli.

Oni to tylko pozornie film o Berlusconim. Główny bohater jest przede wszystkim pretekstem, prowokuje bowiem do snucia głębszych refleksji. Wskazuje na to sam tytuł. Oni to śmietanka towarzyska, ludzie kultury i sztuki, mediów oraz mody, a także karierowicze marzący o załapaniu się na listy wyborcze Forza Italia czy młode dziewczyny przychodzące na słynne bunga-bunga, by zakosztować blichtru emanującego z otoczenia słynnego polityka. Nastolatki i studentki nie mają oporów, by przyjść do jaskini rządzonej przez obleśnego, nafaszerowanego botoksem satyra (nie są przecież głupie i wiedzą, co się będzie tam działo). Wokół zaś szampan, kawior, seks i głośna muzyka klubowa.

Sorrentino odmalował portret samozwańczego króla rozpasanych elit, do którego wszyscy lgną niczym ćmy do światła i tańczą w rytm każdej zagranej przez niego melodii. Berlusconi niczym rzymski cesarz rządzi i dzieli ze sztucznym uśmiechem na ustach.

Największą bolączką polskiej wersji jest pocięty montaż, przez co chwilami obraz wydaje się chaotyczny i niedopracowany. Włoska wersja trwa o godzinę dłużej! Mimo tego niezrozumiałego dla mnie zabiegu, warto wybrać się do kina, ponieważ Oni to naprawdę dobry film. Reżyser zgrabnie balansuje między teledyskowym montażem aktu pierwszego, a niespiesznym rytmem aktu drugiego, w którym dominuje Berlusconi. Udało mu się zbudować sprawnie funkcjonujący mechanizm, którego pełni niestety nie zobaczymy w polskim kinie (choć żywię nadzieję, że portale streamingowe przedstawią nam film bez zbędnych cięć). Tymczasem cieszmy się, że Włosi znowu pokazali nam reżysera z prawdziwego zdarzenia.