Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Hugues Barthélemy  3 stycznia 2019

„Hej, wy tam na górze, słyszycie nas?!” Francja z prowincji wyszła na ulice

Hugues Barthélemy  3 stycznia 2019
przeczytanie zajmie 8 min
„Hej, wy tam na górze, słyszycie nas?!” Francja z prowincji wyszła na ulice Christophe Becker

Protestują „zwykli Francuzi”. Klasa średnia z obrzeży miast: uczciwi obywatele, którzy sumiennie płacą podatki, robotnicy o skromnych dochodach, samotne matki mierzące się trudnościami codziennego życia, smicards, czyli pracownicy zarabiający najniższą krajową. Wszyscy ci, którzy niespecjalnie skorzystali z dobrodziejstw globalnej wędrówki ludów, fabryk i kapitału, a za to doświadczają efektów polityki prezydenta Macrona. Chodzi im o urażoną godność i niesprawiedliwie ich zdaniem rozłożone obciążenia fiskalne.

Przez ostatnich kilka tygodni francuskie serwisy informacyjne żyją głównie dwoma wydarzeniami: zamachem w Strasburgu i ruchem żółtych kamizelek, obrazującymi szersze trudności, z jakimi od lat mierzy się kraj nad Loarą.

Pierwsze z nich to kolejny atak terrorystyczny na terytorium Francji, w Strasburgu, mieście znanym ze swojej katedry, średniowiecznej starówki, gastronomii, ale także z tradycyjnego bożonarodzeniowego kiermaszu rokrocznie przyciągającego tłumy turystów. Zamachowiec, dobrze znany organom ścigania i sklasyfikowany jako niebezpieczny, dokonał ataku, w którym zginęło co najmniej pięć osób, a dziesiątki zostało rannych lub doświadczyło nieodwracalnego szoku. Profil terrorysty jest „klasyczny”: zwykły przestępca, potem bandyta-recydywista, następnie „zradykalizowany”, jak utarło się dziś mówić, aby uniknąć słowa „zislamizowany”. Wszak zaatakować targ bożonarodzeniowy to także zaatakować Święto Narodzenia Zbawiciela, który – rzecz jasna – dla muzułmanów Zbawicielem nie jest.

Drugą sprawą, której dotyczy niniejszy artykuł, jest ruch „żółtych kamizelek” (le mouvement des gilets jaunes), jak jego uczestnicy sami siebie nazywają, przywdziewając odblaskowe kamizelki, które każdy kierowca obowiązkowo ma w swoim samochodzie. Aby dobrze zrozumieć ruch i jego specyfikę, trzeba się dowiedzieć, kim są ci manifestanci i czego tak naprawdę się domagają.

Krajowa i międzynarodowa prasa pełne są, rzecz jasna, nagłówków na temat ekscesów, jakie towarzyszyły manifestacjom w Paryżu i na prowincji. Te rozruchy są owocem działania małej, aktywnej mniejszości, wprawionej we wzniecaniu chaosu i strachu. W dużej mierze składa się ona z osób pochodzących z tzw. trudnych przedmieść (to bardzo francuski eufemizm używany, aby opisać osoby z Maghrebu lub Afryki Subsaharyjskiej, które licznie zaludniają te dzielnice) lub także z członków skrajnie lewicowych bojówek, zawsze gotowych do niszczenia narodowych symboli lub wystaw wielkich sklepów, które po drodze można okraść.

Służby porządkowe stanęły na wysokości zadania, ale uzależnione są od lękliwej i słabej władzy politycznej. Nie jest zresztą wykluczone, że rząd dał wandalom wolną rękę (przed kamerami całodobowych kanałów informacyjnych), aby pozbawić ruch wiarygodności, zdyskredytować go i uniknąć konfrontacji z clou problemu. Na próżno! Francuzi odróżnili uzasadniony gniew manifestantów od aktów wandalizmu.

Kto konkretnie wkłada żółte kamizelki?

To Francja „zwykłych ludzi”; klas średnich z obrzeży miast: uczciwych obywateli, którzy sumiennie płacą podatki, robotników o skromnych dochodach, samotnych matek mierzących się trudnościami codziennego życia, smicards, czyli pracowników pracujących za najniższą krajową (SMIC to francuski odpowiednik płacy minimalnej, która obecnie wynosi ok. 1150 EUR netto), osób wykonujących pracę na umowach tymczasowych, które potrzebują samochodu, aby dojechać do pracy lub odwieźć dzieci do szkół, nierzadko położonych w regionach wiejskich.

To również Francja, która zarzuca mediom i politykom z Paryża, że zapomnieli, iż także poza przedmieściami wielkich miast istnieje realna bieda. Ta Francja odrzuca kosmopolityczne elity, które promują multikulturalizm, wysublimowaną sztukę współczesną i patrzą z góry na kulturę tradycyjną. To Francja, która nie widzi korzyści z globalizacji, o której ciągle słyszy, że ma przynosić dobrobyt. To Francja zapomniana przez państwowych usługodawców, którzy znikają, podczas gdy podatki rosną.

Pewnym novum jest fakt, że również emeryci wychodzą z domów i spędzają dnie na rondach lub autostradowych bramkach, aby blokować ruch.

Podczas swojej kampanii wyborczej Emmanuel Macron obiecał wzrost obciążeń jedynie dla zamożnych emerytów, po czym bez mrugnięcia okiem zwiększył składki społeczne dla wszystkich osób z tej grupy. Nic więc dziwnego, że czują się oni oszukani. Mimo to ich aktywność społeczna wzrasta: w stowarzyszeniach, wolontariatach, częściej też udzielają się np. przy opiece nad dziećmi.

Wymowny jest też sposób, w jaki żółte kamizelki się organizują. Grupują się w swoich miejscach zamieszkania, na spontanicznym sąsiedzkim spotkaniu przy aperitifie, na rondach prowadzących na autostrady. I tu znowu trzeba podkreślić, jak ważną rolę w tej mobilizacji pełnią media społecznościowe, pozwalając na bardzo szybki przepływ informacji.

Dlaczego wyszli na ulice?

Niemniej ciężko w całym tym ruchu dopatrzeć się prawdziwego programu czy realnej jedności. Brak jest również rzecznika prasowego z prawdziwego zdarzenia; tu każdy ma własną motywację i swoje pomysły na reformy, jakie powinny być przeprowadzone i na środki, jakimi należy się posłużyć.

Punktem zapalnym dla ruchu stało się podniesienie podatku od paliw. To właśnie ta kropla przelała czarę goryczy i dołączyła do zbioru coraz liczniejszych, bardziej kosztownych i uciążliwych w stosowaniu norm, wprowadzanych od momentu wyboru Emmanuela Macrona na prezydenta: ograniczenia prędkości na drogach w terenach niezabudowanych do 80 km/h („dla waszego bezpieczeństwa!”), wzrostu liczby fotoradarów („dla waszego bezpieczeństwa!”), zaostrzenia norm dotyczących przeprowadzania przeglądów technicznych samochodów przy jednoczesnym podniesieniu cen kontroli technicznej (i znowu: „to dla waszego bezpieczeństwa!”), wprowadzenia lub podniesienia podatków na napoje gazowane lub papierosy („dla waszego zdrowia!”), zakazu wjazdu samochodów zanieczyszczających środowisko w niektóre strefy („a to dla dobra naszej planety!”) etc.

Ten ruch obrazuje kontestację wobec tego, co nazywa się „ekologią punitywną”. Polega ona na wprowadzaniu podatków w celu zniechęcania do zachowań nieekologicznych.

„Dlaczego koszt ochrony środowiska ma spadać na mnie, a nie na Total?” – pytają retorycznie niektórzy uczestnicy podczas wieców. Poczucie niesprawiedliwości przybiera na sile, kiedy dopięcie domowego budżetu przychodzi z trudnością, a właściciele koncernów gromadzą wielkie majątki.

Wielu wskazuje na nieudolność demokracji lub na jej naruszenia, przykładowo na zawłaszczenie władzy przez partie systemu za sprawą modelu głosowania (większościowego w dwóch turach). Ich zdaniem więcej proporcjonalności w wyborze kandydatów to lepsze odzwierciedlenie realnych oczekiwań kraju. Żółte kamizelki domagają się ponadto wprowadzenia do porządku ustrojowego instytucji referendum z inicjatywy obywatelskiej.

W wypowiedziach protestujących pojawia się często przykład referendum z 2005 r. na temat konstytucji europejskiej odrzuconej przez Francuzów większością 55% głosów, a uchwalonej przez parlament tylnymi drzwiami zaledwie trzy lata później.

Żądania bywają bardzo różne, czasem jednak jasne i konkretne, jak choćby w odniesieniu do istotnej kwestii siły nabywczej obywateli. Nie zmienia to faktu, że roszczenia te nierzadko okazują się sprzeczne: „Przestańcie nakładać na nas podatki!” miesza się z „Wprowadźcie na nowo podatek od fortun!” albo „Opodatkujcie GAFAM [czyli francuski skrót od Google, Amazon, Facebook, Apple, Microsoft]!”, „Ustanówmy VI Republikę!”, co ogólnie sprowadza się do zdesperowanego apelu: „Hej, wy tam na górze, słyszycie nas?!”.

Wojna elit z prowincją

Ruch żółtych kamizelek jest wyjątkowy już z uwagi na swoje zaistnienie w przestrzeni publicznej i trwanie w niej pomimo braku wewnętrznej spójności czy ogólnej politycznej wizji. To za sprawą tego, że jego uczestnicy wyrażają przezeń swoje jedno wielkie „mamy dość!”, które wcale nie słabnie.

Choć żółte kamizelki policzyć trudno (zgromadzenia są organizowane spontanicznie na całym terytorium kraju), udało im się zwrócić na siebie wszystkie spojrzenia. Badania francuskiej opinii publicznej potwierdzają, że – co niespotykane – poparcie dla ruchu wynosi blisko 80%. Ludzie ze świata mediów, sztuki, intelektualiści różnych zapatrywań politycznych popierają istnienie ruchu. Alain Finkielkraut, członek Akademii Francuskiej, upatruje w nim „dotychczas wypieranego przez elity wyrazu poczucia niepewności ekonomicznej i tożsamościowej”. Uświadomienie istnienia również takiej „niepewnej” Francji jest największym osiągnięciem tego ruchu.

Choć jest jeszcze za wcześnie, aby wyciągnąć zdecydowane wnioski na temat działania żółtych kamizelek, już na tym etapie widać pewne konsekwencje ich aktywności. Francuzi otwarcie sprzeciwiają się elitom polityki i mediów; już im nie wierzą, za to czerpią informacje z Internetu. Krytykują poprawność polityczną, chcą być słuchani oraz zauważeni – jednym słowem liczą na to, że ktoś powie im prawdę. Przy tym nagle zupełnie normalne stało się wyrażanie na głos opinii, że istnieje oderwana od rzeczywistości elita patrząca z góry na lud albo że media są częścią systemu, którego Macron jest tylko marionetką. Takie poglądy były dotąd uważane za „spiskowe”. Oto nowość, jaką przyniósł ruch żółtych kamizelek.

Ich pojawienie się obrazuje kryzys partii politycznych, które nie mają nad nimi kontroli i które przestały być szanowane przez Francuzów. Ugrupowania opozycyjne (radykalna lewica, narodowa prawica i w mniejszym stopniu liberalna prawica) starają się odpowiedzieć na niezadowolenie tłumów. Lewica mówi o nowej walce klas, prawica o debacie na temat tożsamości, ale jak na razie nie przekłada się to na zauważalne rezultaty. Z kolei sprzyjająca Macronowi większość jest zmieszana; trudno jest jej bronić posunięć rządu.

Wreszcie ewidentna jest porażka Emmanuela Macrona. Zarzuca się mu wulgarny kosmopolityzm, powiązania ze światem finansów i aroganckie usposobienie wskazujące na brak kontaktu z „normalnymi Francuzami”.

Ruch żółtych kamizelek podważył wiarygodność prezydenta i siłę jego politycznego mandatu do rządzenia. Późniejsze, mało zresztą szczere, ustępstwa prezydenta Macrona nie są w stanie wiele zmienić.

Zapowiedziane rozwiązania są zwykłym graniem na czas. W ludziach nadal jest gniew, natomiast nie ma już zaufania. Zapomniana część społeczeństwa dała o sobie znać żółtymi kamizelkami: „Tu jesteśmy, panie prezydencie! Jest nim pan dzięki nam i dla nas!”. Prawie 23 miliony widzów oglądało telewizyjne wystąpienie Emmanuela Macrona (to więcej niż oglądalność finału tegorocznego piłkarskiego mundialu), co jest dowodem zainteresowania Francuzów, ich zaangażowania i bezpośredniego wsparcia dla ruchu.

Prawdziwej władzy nie ma już w Pałacu Elizejskim

Natomiast jeśli spojrzymy głębiej, Francuzi wprost wyrazili przekonanie, że zaczęli tracić wpływ na rzeczywistość, że ich dzieciom będzie się żyło trudniej i że „szczęśliwa globalizacja” służy tylko wybranym. Dostrzegają, iż miejscami podejmowania realnych decyzji są w rzeczywistości „banki zbyt wielkie, aby upaść”, Bruksela, Frankfurt, Waszyngton, a przestały nimi być ich wsie, miasta czy nawet Paryż.

Zobaczyliśmy dojście do głosu licznej rzeszy mieszkańców prowincjonalnej Francji, nieproporcjonalnie wobec innych grup społecznych obciążanej. Pytania o tożsamość zeszły na dalszy plan, ustępując miejsca palącym kwestiom siły nabywczej lub materialnych potrzeb wymagających natychmiastowego zaspokojenia. Wyraźnie odczuwa się jednak odrzucenie i potrzebę bezpieczeństwa, wyznaczenia punktów odniesienia oraz granic. Granic, które nie izolują, ale które chronią to, kim się jest.

Ruch ten jest również przejawem zbiorowego instynktu przetrwania w reakcji na potężne zmiany w skali światowej: fale migracji ludności (zwłaszcza muzułmańskiej), które przechodzą przez Europę, wyzwania ekologiczne, masową konsumpcję, skrajny indywidualizm etc.

Francuzi mniej więcej od dekady walczą o przetrwanie. Przy okazji każdego masowego zgromadzenia (w 2012/2013 r. – w manifestacjach przeciwko małżeństwom osób jednej płci, w 2015/2016 r. – po zamachach islamskich w redakcji Charlie Hebdo i w 2018 r. – w ruchu żółtych kamizelek) widać, jak na powierzchnię wynurza się Francja „z nizin”: większościowa, biała, zwyczajna i prowincjonalna, która woła o pomoc.

Ale czy ktoś ją zauważy i wysłucha?

Tłumaczenie z języka francuskiego: J. Piątkowska.