Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Mateusz Mazur  30 grudnia 2018

Poezja małych chwil. Recenzja filmu „Roma”

Mateusz Mazur  30 grudnia 2018
przeczytanie zajmie 10 min

Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że Roma jest tylko kameralną opowiastką utrzymaną w filmowym stylu małego realizmu. Ot, sprawniej zrealizowaną siostrą egzystencjalnych dramatów, celebrujących w długich ujęciach wolno parzoną herbatę. Tymczasem Roma jest czymś znacznie, znacznie większym. Choć pojęcie to intuicyjnie wiążemy z bombastycznymi megawidowiskami, to właśnie skromna Roma jest prawdziwym kinem totalnym, zanurzającym widza bez reszty w zbudowaną z paradoksów, wielopiętrową w znaczeniach, nasyconą emocjami opowieść.

Jesienią 1971 r. mały Alfonso kończył 10 lat. W przyszłości chciał zostać pilotem albo astronautą – pewnie dlatego, że godzinami gapił się w niebo, na samoloty przelatujące nad Romą, średniozamożną dzielnicą Mexico City, gdzie mieszkał. W domu, który hałasem wypełniało rodzeństwo; czułością – dwie kobiety: matka Cristina i pomocnica Libo; a niewygasłym cieniem – ojciec, który porzucił ich kilka miesięcy wcześniej.

Alfonso nigdy nie spełnił swoich marzeń. Być może najbliżej ich realizacji był pewnego marcowego wieczoru 2014 r., kiedy w Dolby Theatre odbierał swoje pierwsze dwa Oscary – za montaż i reżyserię Grawitacji. Ale to nie latanie było tematem, który przewijał się we wszystkich jego filmach.

Lejtmotywem jego twórczości jest relacja rodzic-dziecko, a raczej: doświadczenie jej utraty. W Grawitacji sugerował, że zagubiona w ogromie kosmosu astronautka siłę czerpie z żałoby za zmarłą córeczką. W Ludzkich dzieciach pokazał świat przyszłości, w którym dzieci przestały rodzić się w ogóle. Nic dziwnego też, że Więźnia Azkabanu uznaje się za najlepszy film o Harrym Potterze – wydaje się, że jak żaden z pozostałych reżyserów serii, zrozumiał naturę Harry’ego. Dorastającego czarodzieja, ale przede wszystkim – dorastającego sieroty, tęskniącego za doświadczeniem rodzinnego domu.

Jesienią 2018 r., 57-letni Alfonso Cuaron, zamiast raz jeszcze wybiec w przyszłość w wielkim hollywoodzkim sci-fi, postanowił wrócić do przeszłości, do czasów, gdy znowu ma 10 lat, nad Romą latają samoloty, życie jest jeszcze proste, a wszystkie marzenia możliwe do spełnienia. W rezultacie otrzymujemy nie tylko najlepszy i najbardziej osobisty film w jego karierze – ale i jeden z najbardziej niezwykłych obrazów w kinie ostatnich lat.

Co zaskakujące, nie oglądamy go jednak z perspektywy dziecka, lecz Cleo, młodej opiekunki, wzorowanej na dawnej służącej z domu Cuaronów – Libo. To właśnie jej zadedykowany jest film. Jak mówi sam reżyser, fabuła filmu w 90% oparta jest o wydarzenia, których był świadkiem. Na ekranie śledzimy więc codzienność kilkuosobowej rodziny: dziecięce zabawy, milczący dystans między rodzicami, domowe obowiązki wykonywane przez Cleo.

Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że Roma jest tylko kameralną opowiastką utrzymaną w stylu małego realizmu. Ot, sprawniej zrealizowaną filmową siostrą egzystencjalnych dramatów celebrujących na długich ujęciach wolno parzoną herbatę. Tymczasem Roma jest czymś znacznie, znacznie większym.

Choć pojęcie to intuicyjnie wiążemy zazwyczaj z bombastycznymi megawidowiskami, to właśnie skromna Roma jest prawdziwym kinem totalnym, zanurzającym widza bez reszty w zbudowaną z paradoksów, wielopiętrową w znaczeniach, nasyconą emocjami opowieść.

Można wracać do niej wielokrotnie, za każdym razem wędrując przez seans nowymi ścieżkami: ta pozornie błaha fabuła kryje w sobie opowieść o Meksyku lat 70., o sile kobiet, dumnie stawiających czoła życiu i pielęgnujących czułość, o osamotnieniu, o podziałach klasowych, o losowości życia, o rolach społecznych, o odpowiedzialności – i pewnie dziesiątkach innych tematów, jakie odnajdzie w niej indywidualną wrażliwość poszczególnych widzów.

Cuaron, tworząc swoje opus magnum, które w przyszłości trafi pewnie na warsztat we wszystkich filmowych szkołach świata, sam wziął sobie do serca regułę stawianą przed początkującymi filmowcami – by pierwszą sceną zapowiedzieć to, co dalekim echem czeka nas później, by ustanowić świat filmu, przedstawiając jednocześnie klucz do jego rozumienia. Tak jak w otwierającym ujęciu kolejne fale spienionej wody kotłują się na kamiennych płytkach niedaleko spływu, odsłaniając na moment taflę, w której odbija się cień wolno sunącego po niebie samolotu – tak w całym filmie wspomnienia Cuarona kotłują się od regularnych przypływów emocji, nieustannie łącząc pozorne przeciwieństwa: chłodne płytki podjazdu i bezkres nieba, przyziemność i poezję, losy pokojówki z rdzennego plemienia i nieźle sytuowanej wykładowczyni, ciche dramaty zwyczajnych ludzi z imponującymi inscenizacyjnym rozmachem panoramami.

Kameralność Romy dotyczy bowiem historii, nie zaś realizacji, nie jest wymówką pozwalającą polskiemu kinu historycznemu o niskim budżecie ukrywać się w wąskich kadrach ciasnych pomieszczeń – w Romie Cuaron pozwala sobie na bezczelne, kilkudziesięciometrowe jazdy kamerą wzdłuż ulic Meksyku sprzed 50 lat, szeroko fotografuje biedne przedmieściai imponuje błyskotliwym wykorzystaniem niezauważalnych efektów komputerowych (set extensions). To kino niespieszne, ale nie statyczne, kamera często idzie w ruch, panoramując przestrzeń wokół własnej osi, odkrywając to, co wcześniej niewidoczne, eksplorując przed nami całą rzeczywistość otaczającą bohaterów, scalając ich percepcję z naszą. Stojąc razem z Cleo na wąskim samochodowym podjeździe słyszymy zza bramy stłumione dźwięki miasta, gdy schodzimy do kuchni po koktalj dla dzieci, odprowadza nas ich dalekie przekrzykiwanie z pokoju na piętrze.

Jeśli miarą wartościowego kina jest to, jak głęboko zanurza widza w historię, to Roma jest kinem wybitnym.

Sam Cuaron dwojako zadbał o to, by naturalność filmu momentami zahaczała wręcz o formę paradokumentu. Po pierwsze: obsadził swój film przede wszystkim naturszczykami. Debiutantką jest nawet wcielająca się w postać Cleo, 26-letnia Yalitza Aparicio, która na plan trafiła prosto ze studiów pedagogicznych. Nie musimy słuchać wywiadów, by uwierzyć na słowo, że były jej pasją, przekonuje nas o tym każda scena, w której występuje wspólnie z dziećmi. Ale zachwyca nie tylko wtedy. Jej stonowana, oszczędna rola dźwiga na barkach cały film. Po drugie: Cuaron nie rozdał obsadzie scenariuszy, lecz codziennie rano tłumaczył aktorom, jaką scenę mają tego dnia zagrać, i jak zapamiętał ją ze swojego dzieciństwa.

Jego wspomnienia unieśmiertelnione zostają przez niezwykłe czarno-białe zdjęcia o wirtuozersko skomponowanych kadrach. Ale Roma to nie tylko popis operatorki, to także maestria scenariusza i reżyserskiej inscenizacji. Wiele ze scen posiada własną mikropuentę, przeobrażając się niemalże w samodzielne, krótkometrażowe perełki, gotowe do odczytania bez kontekstu filmu (m.in. sceny: w kinie, z noworodkami, z oceanem, ze ścianą psów). Umiejscowione w ramach większej całości, tworzą mozaikę wzajemnie uzupełniających się warstw. Powoli tkane wątki mają czas, żeby wybrzmieć i złapać za serce, pozornie incydentalne drobiazgi okazują się być zaprzągnięte w scenopisarskie tryby, wracając w późniejszych częściach filmu ze zdwojoną emocjonalnie siłą.

Roma jest absolutnym tour de force Alfonso Cuarona. Niczym u początkującego filmowca-amatora, na napisach końcowych to jego nazwisko przewija się najczęściej. Występując jako producent, reżyser, scenarzysta, montażysta i twórca zdjęć, na przyszłorocznej gali Oscarów Cuaron stanie przed szansą pobicia wszelkich rekordów – może bowiem wrócić do domu z sześciomi statuetkami. Poza nagrodami w indywidualnych kategoriach, w jego ręce może bowiem trafić Oscar za najlepszy film (wędruje do producentów) i za najlepszy film zagraniczny (na statuetce wygrawerowane jest nazwisko reżysera, to on też ją przyjmuje podczas gali). Do tej pory szansę na sześć Oscarów miał tylko Walt Disney w 1954 r. (wygrał cztery), przy czym każdy za inny film – Cuaron ma szansę osiągnąć to z jednym. Co więcej, tegoroczny laureat Złotego Lwa w Wenecji stanie się pewnie jedenastym w historii filmem (obok m.in. Miłości Hanekego czy Życie jest piękne Benigniego) nominowanym jednocześnie jako najlepszy film obcojęzyczny i najlepszy film.

Wśród najbardziej zasłużonych Oscarów dla Cuarona znajdzie się na pewno nagroda za reżyserię. Warstwa fabularna filmu postawiła bowiem przed nim dwie ogromne pułapki reżyserskie. Wielu twórców opowiedziałoby wydarzenia z Romy w formie druzgocącego dramatu, inni uciekliby w tani, nostalgiczny sentymentalizm powrotu do dzieciństwa. Cuaron uniknął obu tych zagrożeń.

Roma jest niezwykle intymna i szczera. Cuaron opowiada nam historię z melancholią, ale nie ucieka od portretowania bohaterów takimi, jakimi naprawdę są ludzie: niejednoznacznymi. Nie komentuje, nie feruje wyroków. Patrzy na nich z delikatnością.

Co jakiś czas Cuaron odsłania przed widzem rąbek lokalnej, tajemniczej dla nas kultury, pozwalając, by na ekranie splatały się dosłowność i nierzeczywistość. „Gdy byłem stary, pracowałem jako marynarz” – mówi kilkuletni Pepe, a my mamy wrażenie, że oto oglądamy zapomnianą ekranizację któregoś z wielkich dzieł iberoamerykańskiego realizmu magicznego.

I chociaż przesiąknięta lokalnością, spalona ciepłym słońcem meksykańskiego popołudnia, jest też Roma filmem głęboko uniwersalnym i humanistycznym. Obok siebie współistnieją społeczne klasy, w tle mają miejsca historyczne wydarzenia – a my śledzimy tylko małe ludzkie historie: poranne słońce wlewające się do sypialni, zmęczenie po pracy, lęk przed decyzjami, randkę w kinie, rozmowy, w których brakuje słów. Emocje znane widzowi. Takie same emocje, niezależnie od statusu, kultury, epoki historycznej. Ludzkie.

Bo przede wszystkim jest właśnie Roma niezwykłym hołdem dla ludzkości. Dla setek ludzkich historii, dla małych dramatów, dla króciutkich chwil. „Ale ty przecież żyjesz, prawda?” – słyszy w filmie Cleo. Większość z nas nigdy nie poleci w kosmos jak Sandra Bullock z Grawitacji. Ale każdy przeżyje swoje własne prywatne życie, utkane z małych-wielkich momentów, z kolekcjonowanych chwil. Wspaniale jest móc podglądnąć takie właśnie czyjeś małe-wielkie życie w dalekim-bliskim Meksyku początku odległych-niedawnych lat 70.