Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Giertych OP: Im księża trzymają się dalej od partii, tym bardziej mogą być autentyczni

przeczytanie zajmie 26 min
Giertych OP: Im księża trzymają się dalej od partii, tym bardziej mogą być autentyczni William Turner, „Rome, from the Vatican”

„W zdrowym społeczeństwie ludzie się różnią, bo inaczej widzą sprawy publiczne. Tym niemniej potrafią rozmawiać i swoje racje wyłuszczać, gdyż po ludzku i chrześcijańsku się szanują. Miłość społeczna jest koniecznym elementem wolności. Przejawia się w tym, że politycy mogą w Sejmie ostro dyskutować, ale potem potrafią sobie podać rękę, razem zasiąść do stołu i wzajemnie się odwiedzać. Gdy brak takich ludzkich odruchów i, co gorsza, skłócenie przenosi się do społeczeństwa, jest to groźny znak. Dlatego trzeba promować okazje do zdrowych zachowań, w rodzinach, parafiach czy na publicznych spotkaniach, gdzie społeczna miłość mimo różnic ma szanse być pielęgnowana” – mówi w rozmowie z miesięcznikiem „W Drodze” prof. Wojciech Giertych OP, Teolog Domu Papieskiego. Wywiad przeprowadzony przez Romana Bieleckiego OP przedrukowujemy za zgodą redakcji i rozmówcy.

Skandale seksualne z udziałem duchownych w Stanach Zjednoczonych i Chile, wizyta papieża w Irlandii, z której zapamiętamy spotkanie z ofiarami księżowskiej pedofilii. To obrazki z życia Kościoła w ciągu ostatnich miesięcy. Wielu katolików pyta z niepokojem: Co się dzieje?

To kryzys. Po kolei – w diecezjach, zakonach i poszczególnych krajach, kryzys Kościoła.

Polsce też to grozi?

Skoro Bóg to dopuszcza, a w Kościele powszechnym dzieje się tak mniej więcej raz na 400–500 lat, to nie ma powodu sądzić, że Polski to nie dotknie.

Czy jest jakiś klucz do zrozumienia tego zjawiska?

Jak pokazuje historia biblijnego Hioba, kryzys bywa niekiedy wymuszany przez samego Boga. W teologii nazywa się to oczyszczeniem biernym. Oczyszczenie czynne polega na tym, że człowiek sam widzi swoje grzechy i próbuje coś zmienić w życiu. Owoce tego bywają jednak marne. Dlatego Pan Bóg sam wkracza i przeprowadza człowieka przez trudny okres. Wtedy mówimy o oczyszczeniu biernym. Święty Jan od Krzyża mówi, że w takich momentach zachodzi zaburzenie emocjonalne zwane nocą zmysłów oraz późniejsze głębsze zachwianie wszystkiego, co ważne w życiu, nazywane nocą ducha.

Co należy robić bądź czego nie należy robić w takim stanie?

Kryzys wymusza decyzję. Albo się zrobi odważny krok w stronę Boga i świętości, opierając się wyłącznie na Nim samym, albo się zrobi coś głupiego. Innej drogi nie ma. Nie można stać w miejscu. Gdy księża się nie modlą, to w kryzysie rzucają kapłaństwo. Gdy małżonkowie nie opierają się na łaskach sakramentu, to się rozwodzą. Jedni w kryzysie się gubią, a inni wychodzą z niego silniejsi mocą Bożą. To jest wezwanie, by się modlić głębiej i prawdziwiej niż do tej pory.

Czy to samo się dzieje w Kościele?

Sobór Watykański II przeprowadził pół wieku temu oczyszczenie czynne Kościoła. Holendrzy, Belgowie, Francuzi i Niemcy byli w tym najbardziej rzutcy i ich kraje pierwsze wpadły w kryzys, który potem się rozlał na cały Kościół. Błędy lat 60. i 70. próbowali naprawić zarówno św. Jan Paweł II, jak i Benedykt XVI, pokazując, jak należy interpretować nauczanie soboru, nie zrywając z dotychczasową tradycją Kościoła.

To jednak nie zmienia faktu, że kryzys trwa. Papież Franciszek próbuje temu zaradzić, ale same zewnętrzne ruchy są niewystarczające, bo to Bóg dopuszcza oczyszczający kryzys, i trzeba się Jemu poddać. Trzeba głębszego nawrócenia, a nie tylko przeorganizowania Kurii Rzymskiej czy uproszczenia nauki wiary i przystosowania jej do oczekiwań świata.

Trudno jednak zaprzeczyć, że tych zewnętrznych ruchów też Kościół potrzebuje.

To prawda, ale Kościoła nie da się reformować wyłącznie po ludzku. Trzeba mocą Bożą zmieniać siebie i swoje życie moralne. Dopiero z tego wyniknie odnowa.

A co z tymi, którzy nie widzą potrzeby łaski?

Negacja łaski to herezja pelagianizmu. Zwraca na nią uwagę papież Franciszek, określając w ten sposób jedną ze współczesnych chorób Kościoła. Druga to gnostycyzm. Pelagianizm to próba budowania ładu moralnego naturalnym wysiłkiem. Piętnuje się wtedy zło i chce się je zwalczyć postanowieniem poprawy. Dzieje się to jednak kosztem oderwania moralności od życia duchowego. Biskup Los Angeles Robert Barron uważa, że to rozerwanie przyniosło Kościołowi większą szkodę niż schizma wschodnia czy też reformacja.

W jakim sensie?

Świętość to nie jest doskonałość moralna, ale „spotkanie naszej słabości z siłą łaski”. Pisze o tym papież Franciszek w swojej adhortacji Gaudete et exsultate (nr 34). Najważniejsza jest nasza jedność z Bogiem, nawet wtedy, gdy doskwiera nam słabość moralna. Trzeba wierzyć, że Bóg jest Ojcem, który chce naszej dziecięcej ufności i gestów miłości. Bycie dzieckiem Boga nie jest nagrodą za dobre sprawowanie. Ono jest nam już dane, choć na co dzień często doświadczamy własnej słabości.

Wielu jednak sądzi, że zwrócenie się do Boga jest czymś naturalnym dla każdego człowieka.

Takie myślenie to semipelagianizm, również herezja. Wiarę otrzymujemy od Boga. Gdy redukuje się ją do natury, to staje się ona obowiązkiem, i stąd już prosty krok, by przekonywać do niej za pomocą racjonalnych argumentów. To, że możemy przylgnąć do Boga, dzieje się dzięki łasce chrztu, a nie z powodu naszego wysiłku. Każdy ochrzczony człowiek otrzymał tę łaskę. Jedni nią żyją, a w przypadku innych – ochrzczonych niepraktykujących – przypomina ona zainstalowany, ale nieużywany program komputerowy. Dlatego też pogłębianie wiary umożliwiającej więź z Bogiem to sprawa pierwszoplanowa. Z tego rodzi się dopiero ład moralny. Gdy się pomyli porządek i zacznie się budować moralność bez łaski, to efektem będzie rygoryzm, a potem zniechęcenie z powodu niedorastania do stawianych sobie wymagań.

Na czym polega gnostycyzm – druga z wymienionych przez papieża chorób Kościoła?

Jest to stawianie intelektu ponad wiarą. Traktowanie życia duchowego jako zabobonu dla niewykształconych. Gdy socjologia, psychologia albo poglądy polityczne lewicy czy prawicy biorą górę nad słowem Bożym, to zawsze się źle kończy. W rzeczywistości trzeba postępować dokładnie na odwrót. Własne pomysły oceniać w świetle jedynego kryterium, jakim jest zbawcze dzieło Jezusa. W oczyszczeniu czynnym Kościoła czasów posoborowych było wiele pysznych pomysłów dostosowania go do ludzkich oczekiwań. Okazało się to błędem i przyniosło głęboki kryzys.

Przyznajmy jednak, że wiele z reform, które postulował sobór, jak choćby te dotyczące form religijności, było krokiem w dobrą stronę.

Formy religijności są zmienne. One są ważne, bo chronią nasz kontakt z Bogiem, ale nie zapominajmy, że nie są z nim tożsame. Ważniejsze od religijności są cnoty wiary, nadziei i miłości. One pochodzą od Boga i do Niego kierują. Religijność pełni wobec nich funkcję służebną. Na świecie powoli gasną trydenckie, nowożytne formy pobożności. Był czas, gdy wiara była podtrzymywana przez obyczaje lokalnej społeczności, przez rodzinę, parafię czy miejscowe sanktuaria. To było ważne, ale nie najważniejsze. Służyło temu, by kierować wiernych do sakramentów. Dzisiaj ludzie nie są już tak związani ze swoją parafią. Szukają rozmodlonej, niemoralizującej liturgii oraz przykościelnego parkingu. Kazaniami się nie przejmują, bo czytają książki, a teksty mszalne mają w telefonie. W zglobalizowanym świecie o wiarę trzeba zawalczyć samemu. Nie można liczyć na to, że sama społeczna religijność będzie ją wystarczająco niosła i pogłębiała.

To znaczy, że kryzys Kościoła ujawnił niedoskonałość dotychczasowej religijności?

Kryzys ujawnił konieczność pogłębienia życia duchowego, a zarazem wskazał na skutki przesunięcia akcentów, które się dokonało w religijności wielu krajów. Zapomniano, że Msza Święta jest bezkrwawą ofiarą Chrystusa i że z tego daru płynie Boska moc. W rezultacie uznano, że to już nie Chrystus, ale ksiądz lub wspólnota stoją w centrum celebracji, czyli że jest ona wydarzeniem społecznym. A gdy ludzi znudziły czar i poglądy księdza, to zrezygnowali z liturgii. Tylko nieliczni odważnie i uparcie szukają kościołów rozmodlonych.

Drugim istotnym przesunięciem stało się rozumienie spowiedzi. Zapomniano, że jest ona spotkaniem z uzdrawiającą mocą Chrystusa. Zaczęto bardziej akcentować pojednanie ze wspólnotą oraz przyjmowanie rad księdza bez prawdziwej modlitwy i otwartości na łaskę. W efekcie konfesjonały opustoszały.

To, o czym ojciec mówi, jest efektem błędów popełnionych przez księży?

Z pewnością zabrakło precyzji w nauczaniu. Przez wieki w Kościele ostro reagowano na błędy doktrynalne, a do skruszonych grzeszników odnoszono się z miłosierdziem. Dziś chyba jest na odwrót. Upadki moralne, zwłaszcza księży, są piętnowane, a błędy doktrynalne bagatelizowane. Gdy księża kierują uwagę wiernych ku Bogu, to mogą uczciwie wyznawać, że są grzesznikami, że ich wiara czasem się rwie i ulega rozproszeniu, ale mimo wszystko w swej biedzie i modlitwie zmierzają ku Bogu. Głoszą natomiast naukę Bożą, strzeżoną wiernie w Kościele. Gdy zaś ksiądz zaczyna mówić wyłącznie o tym, co sam przeżył lub wymyślił, to redukuje przekaz do poziomu swej własnej moralnej płycizny. Ksiądz ma świadczyć o Chrystusie, a nie o sobie, przekazując całą zbawczą prawdę, nawet gdy boleśnie postrzega, że do niej nie dorasta. Z trudem przez całe życie musi się z tą prawdą zmagać, modlitwą w nią wnikać i głębiej poznawać.

A kiedy tego nie robi?

To wtedy często widzi swoją rolę bardziej w wymiarze społecznym niż teologicznym. Definiuje Kościół jako Lud Boży, a nie Mistyczne Ciało Chrystusa. Przed laty kardynał Ratzinger przestrzegał przed myśleniem redukującym Kościół wyłącznie do wymiaru społecznego. Hasło „najpierw rewolucja, potem ewangelizacja”, głoszone między innymi przez wyznawców teologii wyzwolenia, okazało się błędne, co potwierdziły kolejne lata. W Ameryce Łacińskiej księża mówili o polityce i sprawiedliwości społecznej, co opróżniło kościoły. Wierni przenieśli się do zielonoświątkowców. Te protestanckie wspólnoty są dziś w rozkwicie, a katolicka religijność gaśnie.

Dla pełnego obrazu dodajmy jednak, że w Polsce zmiany posoborowe przebiegały inaczej.

Reforma liturgiczna przypadła na czas komunizmu i odbyła się bez nadużyć. Zachwiania widoczne w krajach Zachodu nie miały miejsca i dlatego w kościołach ludzie do dziś się modlą i przystępują do sakramentów. Jest to niewątpliwie siłą polskiego Kościoła. Ale niektóre przesunięcia akcentów też są zagrożeniem dla wiary.

Jakie?

Błędem jest mylne przekonanie, że troska o wiarę jest bardziej sprawą kleru niż świeckich, bo to rodzi bierność wiernych. Do tego dochodzi przekonanie, że księża mają zgarniać wszystkich do jednego ludu, czy raczej narodu Bożego, a pogłębianie życia duchowego, nienegowane, jest odłożone na dalszy plan. A więc zwycięstwo polityczne obozu popieranego przez kler staje się pierwszoplanowe. Rodzi to przekonanie, że budowanie ładu moralnego ma się dokonywać przede wszystkim poprzez państwo, które najpierw trzeba zdobyć. Jest w tym brak wiary w moc łaski i sakramentów.

Być może takie myślenie bierze się z przekonania, że w Polsce Kościół łączy się zawsze z narodem, a naród z Kościołem?

Kościół jest obecny w świecie nie przez preambuły konstytucji czy konkordaty, ale przez nasycone łaską sumienia i jakość ludzkich relacji. Ci, którzy umieją tak żyć i w tym formować innych, to będą święci XXI wieku.

Trochę ojciec marginalizuje rolę państwa.

Zwracam tylko uwagę na pomieszanie myślenia. To łaska Chrystusa, a nie prawo karne, zmienia grzesznika w świętego. Państwo tylko do pewnego stopnia zabezpiecza ład moralny. Zawsze więc będzie rozziew pomiędzy etosem, który jest możliwy do osiągnięcia mocą łaski a tym, co państwo jest w stanie wymóc. A zatem zastanawianie się nad tym, które grzechy będą karane przez prawo, jest kwestią polityczną, a nie doktrynalną. Rozwiązania karne mogą być różne w zależności od tego, jak się ocenia świadomość etyczną danego społeczeństwa, jego gotowość przyjęcia danej penalizacji oraz możliwości aparatu państwowego. Na ten temat politycy mogą mieć różne zdania i nie należy ich odsądzać od czci i wiary, gdy preferują ograniczoną ingerencję państwa w ludzkie sprawy.

Na takim podejściu Kościół może tylko skorzystać, prawda?

Państwo w swoich działaniach ogranicza się jedynie do przestrzegania i gwarantowania sprawiedliwości. Księża muszą sięgać głębiej, wspierając wzrost w cnotach teologalnych wiary, nadziei i miłości oraz w dalszych moralnych cnotach. Tego nie da się przełożyć wprost na działania polityczne. Kościół ma w ręku skuteczniejsze narzędzia zmiany człowieka, jakimi są modlitwa, sakramenty, Słowo Boże i doktryna. Spojrzenie wiary musi sięgać dalej niż wymiar polityczny, bez względu na to, jak się układa sytuacja polityczna w kraju. A gdy w ofercie Kościoła tego brakuje, to znaczy, że praktyczny pelagianizm wysuszył życie duchowe.

Czy jest wyjście z tej sytuacji?

Po pierwsze, gdy księża zajmują się życiem duchowym, to nie grozi im klerykalizm. Słowa papieża Franciszka o „niewłaściwym sposobie rozumienia władzy w Kościele, bardzo częstym w wielu wspólnotach, w których doszło do (…) nadużyć władzy i sumienia” (List do Ludu Bożego z 20 sierpnia 2018 roku), można zastosować do ingerencji kleru w politykę, a w rzeczywistości do negacji chrześcijańskiego personalizmu i niedocenienia roli łask chrztu świętego u świeckich, którzy mają swoje rozeznanie.

Po drugie, katolicy nie mogą liczyć tylko na to, że ich wiara będzie niesiona przez narodową tradycję i państwo. Oni muszą zadbać o nią sami, nie czekając, aż ktoś zrobi to za nich.

Dobrze to pokazuje przykład krajów tradycji anglosaskiej, gdzie funkcjonuje wiele oddolnych inicjatywy religijnych w myśl zasady pomocniczości. Są to szkoły, uczelnie, uniwersytety i dzieła charytatywne utworzone przez świeckich i wspólnoty religijne. Bronią one swojej finansowej i programowej niezależności od państwa, pomagają w kształtowaniu wiary i w jej przekazie.

Czy to oznacza, że księża nie powinni interesować się polityką?

Mają prawo interesować się życiem publicznym, a nawet więcej, ich głos jest ważny, gdy wyjaśniają etyczne zasady życia społecznego. Natomiast muszą się wystrzegać opowiadania się za konkretnymi politycznymi rozwiązaniami, bo osłabia to ewangeliczny przekaz i ich posługę.

Co to znaczy wystrzegać się opowiadania za konkretnymi rozwiązaniami? Przecież właśnie tego oczekujemy od księży, żeby powiedzieli, jak ma być.

Kto tego oczekuje, przestał myśleć i wyrzekł się własnej odpowiedzialności. Niestety ciągle dominuje zawężone podejście do moralności. Sprowadza się ją do bezrefleksyjnej powinności, posłusznego lub nieposłusznego sumienia i rozpatrywania konkretnych kazusów. To jest podejście czarno-białe, bez finezji spojrzenia, bez uszanowania perspektywy osoby działającej i okoliczności działania. W rezultacie sugeruje się, że należy się głównie zajmować potępianiem grzechu.

A powinno być inaczej? Czy to nie prowadzi, jak mówią niektórzy, do liberalizacji moralności?

Nauka teologiczna św. Tomasza z Akwinu zwraca uwagę na zdolność do osobistego zajęcia stanowiska wobec wyzwań, jakie niesie życie. On nie zajmował się kazuistyką i artykułowaniem powinności, tylko dawał ogólny psychologiczny zarys cnót, pozostawiając miejsce dla własnego rozeznania. Ważną rolę w tym odgrywa twórcza zaradność. Rozum, którego aktem jest sumienie, poznaje prawdę i na tę zaradność wpływa.

Takie podejście jest oczywiście nie do pogodzenia z klerykalizmem, przypisującym sobie władzę nad cudzym sumieniem. Nikt – ani ksiądz, ani przełożony zakonny, ani żaden polityk czy wojskowy – nie może wkraczać w cudze sumienie. Błogosławiony John Henry Newman uczył, że nawet władza papieska jest w służbie sumienia i dlatego najpierw wznosi się toast na cześć sumienia, a dopiero potem na cześć papiestwa.

Jak te różne podejścia do moralności wpływają na ocenę życia społecznego?

Tomistyczne spojrzenie docenia pracę tych, którzy odważnie, dzień po dniu, dbają o kraj, tworzą kulturę, a więc swoją wolnością służą innym. Natomiast teoria moralności skoncentrowana na powinności, grzechu i kazusach wyżej ceni tych, którzy stawiają opór. To podejście musi mieć wroga, a jak go nie ma, to go sobie tworzy, bo wolność kojarzy z niezłomnym sprzeciwem, a nie z ofiarną i mądrą pracą. Jest to anarchiczne rozumienie wolności, gotowe nawet niszczyć, byleby to było w imię bohaterskiego oporu. Ono nie rozumie, że gdy podejmuje się decyzje, trzeba rozważać różne, nie zawsze idealne opcje, wiedząc, że skutki działań są w pewnej mierze przewidywalne i bierze się za nie odpowiedzialność. Ten, kto decyduje, robi to w oparciu o aktualne rozeznanie danej sytuacji. Być może kiedy indziej, w innych okolicznościach, podjąłby inną decyzję.

Ojca myślenie o polskiej rzeczywistości to marzenie ściętej głowy.

Być może moja głowa jest ścięta, ale jest ona zdolna do myślenia i do pamięci historycznej. I co więcej, skłania do etycznej oceny, również i przeszłości. Dlatego bliższe mi jest dziedzictwo pracy organicznej niż barwnych, ale często nieroztropnych rewolucyjnych ruchów.

Natomiast obecnie obserwuję, niestety, klimat nieustannego czepiania się i atakowania przeciwnika politycznego, nie w imię uargumentowanych racji, ale dla zasady, z założenia, że skoro myśli inaczej, to jest zdrajcą i niegodziwcem. U podłoża tego schematu leży przekonanie, że wystarczy wymienić obecnie rządzącą ekipę na swoich i będzie idealnie, jak gdyby ci „swoi” byli bez grzechu pierworodnego. To nie jest etos Ewangelii. Wrażliwość etyczna sprowadzająca się do oburzania i potępiania, a nie do budowania, jest wadliwa i obca chrześcijaństwu.

Do tego dochodzi agresywna i niechrześcijańska propaganda. Jest nagrywanie prywatnych rozmów, rzucanie oskarżeń bez domniemania niewinności, oskarżanie o popełnianie zbrodni rzucane na najwyższych dygnitarzy państwa. To wszystko wywołuje powszechne skłócenie. I nie ma sprzeciwu w imię szacunku, prawdy i Ewangelii. Nie tylko pasterze, ale także wierni świadomi swej chrześcijańskiej tożsamości powinni reagować. Tymczasem panuje dziwne milczenie i zgoda na to. Czyżby dobrobyt zawiesił osąd moralny? Gubimy etykę społeczną.

Dlaczego jesteśmy przesiąknięci takim myśleniem?

Genezy takiego stanu rzeczy trzeba szukać w przeszłości. Po zamachu majowym w 1926 roku zapanował w Polsce wschodni model państwa. Odsunięto wtedy na bok doświadczenia pracy organicznej, a pod niebiosa wyniesiono romantyczne zrywy powstańcze. Przyjęto kult wodza rządzącego siłą pięści, forsowanie militarnej legendy, narzucanie jedynie słusznej narracji historycznej oraz pogardę dla kompetencji urzędniczej, nieliczenie się z konstytucją i promowanie swoich. Wiele z tych wątków w innej formie znalazło kontynuację w PRL.

I to trwa nadal?

We wschodnim systemie, gdzie brakuje ładu konstytucyjnego lub się go łamie i panuje system wodzowski, władza traktuje swą pozycję jak zdobycz. Skutkuje to postawami służalczego lęku wobec tych, którzy są wyżej w drabinie administracyjnej, i agresją wobec tych, którzy są niżej. Stwarza to pole dla korupcji, awansu miernych, biernych, ale wiernych i promocji pogardy i zazdrości. To pasuje do socjalistycznej postawy roszczeniowej, szczególnie widocznej u niezaradnych, którzy swej wolności nie potrafią zagospodarować. To wzorce rodem z carskiej i sowieckiej Rosji.

Odważne porównanie.

Mam nadzieję, że pomoże w społecznym rachunku sumienia. Widzę też podobieństwo z rosyjskimi schematami myślowymi. Słowianofile idealizowali przeszłość, chwalili samodzierżawie i Cerkiew i gardzili „zgniłym Zachodem”.

Obecnie lansuje się nieskazitelną wizję polskiej przeszłości. Patriotyzm jest utożsamiany z mundurem, a nie z pracą ludzi kultury, biznesu czy polityki. Dyskurs jest tak emocjonalnie naładowany, że nie ma miejsca na jakąkolwiek krytyczną refleksję na temat przeszłości. Nie można oceniać sensowności wywołania powstania warszawskiego, bo dominuje kult bohaterszczyzny. Nie można pytać, która postawa była bardziej mądra i etyczna: żołnierzy wyklętych, którzy niezłomnie trwali w powstańczym oporze po drugiej wojnie światowej, czy tych, którzy odbudowywali zniszczone miasta, zagospodarowywali Ziemie Odzyskane i tworzyli normalne życie. Ci, co zakładali uniwersytety we Wrocławiu i Gdańsku i organizowali służbę zdrowia w Szczecinie, też ponosili codzienne ofiary w żmudnej pracy. Tego się dziś nie ceni, bo bohaterstwo musi być niezłomnie przeciw czemuś.

Ale o wyklętych milczano przez całe dziesięciolecia.

Podobnie jak o tych, którzy w trudnych czasach chcieli mieć liczne rodziny i ofiarną pracą dbali o swe dzieci, wychowując je na porządnych ludzi. Swoim życiem stawiali opór długoletniej polityce antyrodzinnej.

A co z marzeniami o silnym państwie?

Obawiam się, że nie chodzi tu o pragnienie państwa mającego stabilny ład i bezpieczną politykę zagraniczną, tylko o tłamszenie sąsiada, który jest samodzielny, odważny i kompetentny. Bo skoro jemu się udało dojść do czegoś w życiu, to najprawdopodobniej zrobił to niegodziwie. Niestety, wciąż się uważa, że osiągnięcie sukcesu życiowego musiało być nieuczciwe. Oczywiście, jakieś nadużycia zawsze się zdarzają i są ludzie mający zapędy kryminalne. Tak jest i będzie bez względu na to, kto aktualnie rządzi. Dlatego zmienność władzy przy ustalonych niełamanych zasadach prawnych pozwala na wypracowanie etosu niesionego przez jednostki w ruchach społecznych, samorządach, uczelniach, sądownictwie oraz władzy ustawodawczej i wykonawczej. Ale tęskniący za dyktaturą w to nie wierzą. Bliżej im do samodzierżawia niż do amerykańskiego uznania ludzi sukcesu.

A w co ci ludzie wierzą?

Pragną silnej władzy, karmiąc się zazdrością. A gdy po czystkach i następnej zmianie politycznej okaże się, że nowa ekipa też błądziła, zwolennik takiego myślenia wzruszy ramionami i powie, że tak musi być, bo ludzie mają swoje słabości. Nie ma tu miejsca dla chrześcijańskiej nadziei, jest fatalizm i służalcze poddanie się tym, którzy aktualnie wygrali, po to, by egoistycznie wydrzeć coś dla siebie.

Ale, jak rozumiem, nie wyklucza ojciec społecznego sporu?

W zdrowym społeczeństwie ludzie się różnią, bo inaczej widzą sprawy publiczne. Tym niemniej potrafią rozmawiać i swoje racje wyłuszczać, gdyż po ludzku i chrześcijańsku się szanują. Miłość społeczna jest koniecznym elementem wolności. Przejawia się w tym, że politycy mogą w Sejmie ostro dyskutować, ale potem potrafią sobie podać rękę, razem zasiąść do stołu i wzajemnie się odwiedzać. Gdy brak takich ludzkich odruchów i, co gorsza, skłócenie przenosi się do społeczeństwa, jest to groźny znak. Dlatego trzeba promować okazje do zdrowych zachowań, w rodzinach, parafiach czy na publicznych spotkaniach, gdzie społeczna miłość mimo różnic ma szanse być pielęgnowana.

Jaka jest w tym rola duchowieństwa?

Kapłani przede wszystkim mają się znać na obcowaniu z Bogiem. Ten wątek musi być pierwszy w ich myśleniu. Muszą umieć rozpoznawać wyzwania społeczne i w duchu wiary na nie reagować. Muszą być również wolni od uzależniających nici, które łączyłyby ich z władzą publiczną. Im księża trzymają się dalej od państwa i partii, tym bardziej mogą być autentyczni. A gdy się kleją do polityków, licząc na ich wsparcie, powtarzają propagandowy żargon i nadużywają swej duchowej władzy, polecając wiernym, jak mają głosować, szkodzą sprawie Bożej. Przekaz Ewangelii jest wówczas zamazany.

Oryginalnie rozmowa ukazała się w październikowym numerze miesięcznika „W Drodze”. Przedrukowujemy ją za zgodą rozmówcy i redakcji. Tytuł, lid i „w skórcie” niniejszej edycji pochodzi od redakcji klubjagiellonski.pl. Oryginalną edycję rozmowy przeczytać można tutaj.