Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Piłkarskie akademie to w większości szkółki służące do wyciągania kasy z kieszeni rodziców

przeczytanie zajmie 12 min

Od wielu lat toczy się w Polsce debata o tym, jak zreformować polską piłkę nożną, żeby wykorzystać potencjał prawie 40 milionowego kraju, w którym futbol od zawsze jest w hierarchii sportowej na pierwszym miejscu. Niestety, od wielu lat za popularnością tej dyscypliny nie idą efekty sportowe i organizacyjne. Polskie kluby się raczej zwijają niż rozwijają, a awans do europejskich pucharów to nie prestiż, ale raczej zmartwienie dla prezesów i kibiców. Podobna debata toczyła się w Niemczech na początku XXI wieku. O jej skutkach dla niemieckiego futbolu rozmawiamy z dziennikarzem „Przeglądu Sportowego” Michałem Trelą, który od wielu lat śledzi i opisuje stan piłki nożnej za naszą zachodnią granicą.

Jak pan ocenia polski system szkolenia w piłce nożnej?

Naszym największym problemem jest to, że u nas obecnie system szkolenia de facto nie istnieje. Na początku rozmowy trzeba rozróżnić pojęcia „szkolenie” i „system szkolenia”. W Polsce oczywiście istnieje szkolenie – tak jak w każdym innym kraju, gdzie ktoś weźmie dzieci, rzuci im piłkę i zacznie im podpowiadać jak tę piłkę mają kopać.

Nie jest oczywiście tak, że bez systemu szkolenia nie da się osiągnąć sukcesu. Jesteśmy świeżo po rosyjskim mundialu, na którym kraj, w którym system szkolenia również nie istnieje, został wicemistrzem. Chorwaci szkolą oczywiście wyśmienitych piłkarzy, ale w kraju nie ma systemu szkolenia tych piłkarzy. Można się jedynie zastanawiać co by było, gdyby w tym kraju zorganizowano taki system.

Od lat pisze pan o niemieckim futbolu. Na początku XXI wieku w tym kraju dokonano fundamentalnych zmian w zarządzaniu i funkcjonowaniu tego sportu. Niemcy mieli problemy z wynikami reprezentacji i klubów, ale przede wszystkim ze szkoleniem młodzieży. Jak te zmiany przebiegały?

W Niemczech do 2000 roku szkolenie funkcjonowało bardzo podobnie jak w Polsce. Wielu trenerów i ekspertów twierdziło, że talenty zawsze się znajdą, ale pojawiały się również głosy, że średnia wieku w Bundeslidze jest wyjątkowo wysoka, a zawodnicy w wieku 22 czy 23 lat byli uznawani za wciąż wschodzące talenty, które jeszcze mają czas, aby się rozwinąć. Zazwyczaj się jednak okazywało, że to wcale nie są jakieś nadzwyczajne talenty. Reprezentacja Niemiec od lat 70. zwykle wygrywała nie dzięki indywidualnym umiejętnościom piłkarskimi, ale za sprawą wybiegania i siły. Pierwszym poważnym sygnałem ostrzegawczym był mundial w 1998, kiedy Niemcy doszli do ćwierćfinału. O ile sam wynik nie był zły, to już styl odpadnięcia po meczu przegranym 0-3 z Chorwatami był rozpatrywany w kategoriach klęski. W 2000 roku było jeszcze gorzej – reprezentacja nie wyszła z fazy grupowej Mistrzostw Europy, a Niemcy na poważnie zaczęli rozmawiać o tym co trzeba zmienić.

Wkrótce po nieudanych mistrzostwach zwołano Kongres. Działacze związkowi, przedstawiciele klubów, trenerzy pracujący w klubach krajowych i zagranicznych debatowali o tym co trzeba zmienić w niemieckim futbolu. Panowała powszechna zgoda, że w Niemczech nie obędzie się bez systemu szkolenia i wyławiania talentów.

Ważnym sygnałem do zmiany była również historia Miroslava Klose, który w 2002 został królem strzelców Mistrzostw Świata. Pochodzący z Polski zawodnik nigdy nie grał w żadnej juniorskiej reprezentacji. Co więcej, do 22 roku życia był jedynie amatorem grającym w niższej lidze. Wtedy dostał szansę w rezerwach 1. FC Kaiserslautern, szybko przebił się na najwyższy szczebel i został objawieniem mistrzostw. Ta historia uświadomiła kibicom i piłkarskim działaczom, że w niemieckiej piłce nie każdy kto ma talent ma szansę go ujawnić. Oczywiście historia Klose skończyła się dobrze, ale jak niewiele brakowało, żeby tak ogromny talent, król strzelców Mistrzostw Świata, w ogóle nie zaistniał w profesjonalnej piłce.

Padło wtedy w Niemczech słynne zdanie: „Jeżeli kolejny Klose urodzi się w wiosce za górami to my go znajdziemy nie jako 20-latka, tylko jako 13-latka”.

Kto w Niemczech pierwszy powiedział dość i zaapelował o rewolucję?

Pierwsze ogniska rewolucji powstały oddolnie na głębokiej prowincji. Wiązało się to z pojawieniem się kilku postaci, które uważały, że niemieckiemu futbolowi świat ucieka. Trener Ralf Rangnick jeździł do Włoch, by podpatrywać Milan Arriga Sacchiego, a nowoczesnego futbolu nauczył się oglądając Dynamo Kijów Walerego Łobanowskiego. W malutkim Ulm w Badenii-Wirtembergii odszedł od „tradycyjnej” gry z trójką obrońców i ustawionym za nimi libero na rzecz gdy z czwórką w linii i stosowaniem wysokiego pressingu. Osiągnął w Ulm świetne efekty. Podobnie działał Volker Finke w SC Freiburg, czyli pierwszym niemieckim klubie, który zbudował profesjonalną akademię i zaczął się opierać na wychowankach. To z tego klubu wywodzi się także Joachim Löw, który wykształcenie trenerskie odebrał w Szwajcarii i zobaczył, że nawet w tym kraju pracuje się z zawodnikami w sposób bardziej nowoczesny niż w Niemczech. Wolfgang Frank w Moguncji uczył nowoczesnej piłki swoją drużynę, do której należał jako piłkarz Juergen Klopp.

Kilka światłych umysłów zaczęło zarażać następne. Pierwszym dużym klubem, który zaczął wprowadzać nowe idee, było VfB Stuttgart. Większość świeżych powiewów w Niemczech brało się z Badenii-Wirtembergii. To w Stuttgarcie pierwsze szanse w Bundeslidze dostali choćby Löw i Rangnick, tam kształcił się u Rangnicka Thomas Tuchel, tam urodził się Klopp. Efekty pracy tych trenerów w małych klubach zaczęły się przebijać do głównego nurtu. W 1998 roku Rangnick został zaproszony do państwowej telewizji, by wytłumaczyć telewidzom o co właściwie chodzi z tą grą czwórką w linii. Został wyśmiany za mówienie o futbolu jak profesor. Niemcy nie były jeszcze wtedy gotowe na taki sposób mówienia o piłce. Ale klęski 1998 i 2000 roku wywarły na związek presję do zmian i wpuszczenia nowych idei. Ferment w Niemczech zaczął się więc na samym dole i stopniowo, wraz z kolejnymi trenerami niezadowolonymi z niemieckiej rzeczywistości piłkarskiej, zataczał coraz szersze kręgi. Aż dobił się na najwyższe szczeble.

Tymczasem w Polsce podejście piłkarskich działaczy wydaje się zgoła odmienne. W ostatnich latach sukcesy reprezentacji umacniały przekonanie, że piłkarska centrala wie co robi. Czy aby na pewno idziemy w dobrym kierunku?

PZPN lubi w Polsce podkreślać, że to nie związek odpowiada za szkolenie, ale kluby. Jest to tylko częściowa prawda, w którą nie możemy do końca uwierzyć, bo polski system będzie stracony. Kluby oczywiście się tym zajmują i będą zajmować, ale PZPN chcąc mieć silną reprezentację ma interes, aby to szkolenie było na jak najwyższym poziomie i żeby wychowankowie klubów byli szkoleni według najlepszych wzorców i przez najlepszych trenerów. A to bardzo trudno jest osiągnąć bez systemu.

Rolą związku jest więc wspieranie, kontrolowanie czy kluby szkolą dobrze oraz korygowanie błędów. Bez ingerencji związku i braku kontroli zamiast pełnoprawnych zawodników otrzymujemy „półprodukty”, które w dorosłym futbolu są brutalnie weryfikowane.

Z czego wynika ta niechęć polskich działaczy do stworzenia systemu szkolenia?

Myślę, że wkraczamy tu już na szersze wody. Nie wiem, czy to tylko niechęć polskich działaczy piłkarskich, czy ogólnonarodowy problem ze stworzeniem spójnych ram czegokolwiek i trzymaniem się ich. Często wolimy działać na hurra, bez długofalowego spojrzenia. Nastroje na szczytach władz piłkarskich wyznacza oczywiście prezes Zbigniew Boniek, który wielokrotnie dał dowód, że niespecjalnie wierzy w system szkolenia. Domyślam się, że to efekt tego, że sam był wybitnym piłkarzem i odnosi swoje ówczesne warunki do obecnych. A realia trochę się zmieniły. Świat poszedł do przodu, my stoimy w miejscu.

Wracając do Niemiec, w 2002 roku powstał System Identyfikacji i Kształcenia Talentów Piłkarskich. Według wielu to był klucz do sukcesu – system stał się tak sprawny, że najbardziej uzdolnione talenty są wyłapywane już na wczesnym etapie. Jak to wygląda i funkcjonuje od podszewki?

Stworzono 366 punktów wsparcia, które rozsiano po całych Niemczech – tak aby każdy z młodych zawodników nie musiał dojeżdżać na zajęcia dłużej niż 15 minut. Ich liczbę można porównać do liczby powiatów w Polsce.

Niemcy poszli dwutorowo. Po pierwsze, w każdym z 366 centrów zatrudniono trenerów oraz zapewniono odpowiednie boisko. Raz w tygodniu wyróżniający się młodzi zawodnicy z lokalnych klubów podległych lokalnemu centrum pojawiają się na treningu. Jedynym obowiązkiem zatrudnionego przez związek trenera-skauta jest kontrola nad swoim regionem. Taki trener jeździ na treningi okolicznych drużyn młodzieżowych i ocenia zarówno pracę trenerów, jak i indywidualne predyspozycje kandydatów na piłkarzy. Po jakimś czasie ma więc wiedzę na temat całego swojego regionu – wie, który trener nie nadaje się do swojego zawodu, a który świetnie prowadzi zajęcia i zasługuje na wyższą pensję i pracę w lepszym klubie lub na wyższym szczeblu.

Oprócz tego lokalny koordynator wybiera z lokalnych klubów grupę kilkunastu chłopaków, których zaprasza raz w tygodniu na trening w centrum. Mówimy o dzieciach w wieku do 13 lat, które na co dzień chodzą do zwykłych szkół i trenują w najbliższych od ich domów klubach.

Nad trenerami zatrudnionymi w centrach szkolenia czuwa 29 koordynatorów, którzy patrzą szerzej na całe szkolenie. Przekazują trenerom wskazówki z centrali związkowej, szkolą ich i sprawdzają, czy system na danym terenie należycie funkcjonuje. W ostatnim czasie mówi się nawet o zwiększeniu liczby koordynatorów, aby mogli pracować i kontrolować mniejszą liczbę trenerów.

Gdzie w tym systemie jest miejsce dla klubowych akademii?

To właśnie drugi tor systemu szkolenia. Stworzono szczelne sito – dzieci do wieku 12/13 lat trenują w lokalnych klubach, jeżdżą na treningi do centrów, czasem rozgrywają sparingi pomiędzy poszczególnymi centrami szkolenia, co też jest niezwykle ważne, gdyż zapewnia tym dzieciom odpowiednią motywację do treningu.

Dziecko trenujące w swoim lokalnym klubiku szybko może przerosnąć swoich rówieśników. Taki chłopak jest królem własnego podwórka do 15 roku życia, ale gdy trafia do akademii dużego klubu, to następuje zderzenie z rzeczywistością.

Tymczasem celem Niemców jest, aby taki utalentowany chłopak możliwe jak najszybciej trafiał na równych sobie, a nawet lepszych od siebie. By widział, że w wyścigu o najwyższe laury nie jest uprzywilejowany, ale jest jednym z wielu. Trening w punkcie wsparcia z rówieśnikami z innych lokalnych klubów to przypływ motywacji do pracy.

W wieku 13 czy 14 lat akademie zaczynają łowić największe talenty. Bardzo rzadko się jednak zdarza, żeby do juniorskich drużyn największych klubów trafił zawodnik, którzy nie został wyłowiony przez punkt wsparcia. Trenerzy i skauci największych niemieckich drużyn ufają, że to sito na najniższym poziomie jest tak szczelne, że sens ma tylko wybieranie spośród zawodników, których wyselekcjonował taki punkt wsparcia.

Co więc z dziećmi, które w wieku 13 czy 14 lat nie załapią się do akademii któregoś z dużych klubów?

Nadal mają szansę, choć oczywiście dużo mniejszą, na sukces w zawodowej piłce. Zdarzają się przypadki – najgłośniejszym z nich jest İlkay Gündoğan – tzw. piłkarzy późno dojrzewających. Gundogan początkowo załapał się do akademii Schalke, ale szybko został negatywnie zweryfikowany i odrzucony, po czym wrócił do swojego regionalnego klubu. Wciąż jednak brał udział w treningach w punkcie wsparcia, który zapewnia takie wsparcie również dla juniorów w wieku 15 czy 16 lat. Po kilku latach pracy Gündoğan ponownie załapał się do klubowej akademii – tym razem VfL Bochum, a później jego kariera nabrała już rozpędu.

Największe niemieckie kluby prowadzą swoje akademie dla najmłodszych?

Tutaj warto rozróżnić akademię od szkółki.

W Polsce nazywamy często akademiami zwykłe szkółki służące zazwyczaj do wyciągania pieniędzy z kieszeni rodziców. Tymczasem w Niemczech akademie to usankcjonowane podmioty, które spełniają wymogi infrastrukturalne, personalne i finansowe ściśle określone przez związek.

Stworzono również system certyfikowania akademii, który jest systematycznie aktualizowany, a klubowe akademie są na bieżąco oceniane. Dla klubów to też jest prestiż – oczywistym jest, że najbardziej utalentowani juniorzy kierują się ocenami poszczególnych akademii i wybierają najlepsze.

W Niemczech wiele jest więc szkółek piłkarskich dla najmłodszych, prowadzonych również przez największe kluby, ale akademii jest stosunkowo niewiele. Wymóg posiadania akademii został wprowadzony razem z systemem punktów wsparcia i dotyczy klubów pierwszej i drugiej Bundesligi.

Jak kluby przyjęły taki wymóg posiadania certyfikowanej akademii?

Na pewno nie była to tania sprawa, szczególnie problematyczna dla klubów drugiej Bundesligi. Proces dostosowania był oczywiście rozciągnięty w czasie. Jednak każdy z klubów koniec końców dostosował się do warunków związku, który ma władzę decydowania o tym, kto może zagrać w najwyższych ligach.

Kto sfinansował niemiecką „rewolucję piłkarską”?

Ciężar finansowania wziął na siebie związek piłkarski, ale oczywiście państwo również miało w tym swój udział – stworzono między innymi sieć szkół sportowych. Natomiast finansowanie tych 1300 trenerów w centrach wsparcia jest finansowane przez związek.

W Polsce mamy olbrzymi problem nie tylko z jakością trenerów, ale także z ich liczbą. Wysokie ceny kursów, często głodowe pensje, kilka etatów – nie jest to na pewno zawód, który pozwala na stabilne życie. Tymczasem Niemcy na tle całej Europy wyróżniają się sporą liczbą trenerów. W czym tkwi sekret?

Na pewno olbrzymi wpływ miała decyzja związku o stworzeniu 1300 miejsc pracy, które są dobrze opłacane. Zmieniono również podejście do licencji trenerskich – licencja UEFA PRO w Niemczech jest droga, tak jak i w Polsce, co moim zdaniem jest właściwym rozwiązaniem, ponieważ zawodowy futbol oferuje ograniczoną liczbę miejsc pracy. Obniżono jednak ceny niższych licencji i postawiono sobie za cel upowszechnienie kursów trenerskich dla osób pracujących w najmniejszych klubach z najmłodszymi dzieci.

Niemcy są świadomi, że wiek 7-12 jest kluczowy dla rozwoju dziecka, a trener prowadzący karierę najmłodszych zawodników musi mieć aktualną wiedzę, żeby przekazywać dobre wzorce i nie marnować talentów. W Niemczech „zderegulowano” również rynek trenerów seniorskich pokazując, że w tym zawodzie istnieją różne ścieżki awansu, która prowadzą na najwyższy szczebel. Kiedyś trenerzy Bundesligi to była zamknięta kasta, a oferty pracy dostawali zazwyczaj piłkarze na emeryturze – im lepszym było się piłkarzem, tym lepszą dostawało się propozycję. Jurgen Klopp był takim sobie piłkarzem, więc dostał propozycję z drugiej Bundesligi. To się zmieniło przez kilka osób, głównie dyrektorów sportowych, którzy złamali zasadę, że aby być dobrym trenerem trzeba było grać dobrze w piłkę. Otworzyło to rynek na osoby, które z jakichś powodów nie realizowali się jako piłkarze.

Jaka była rola regionalnych związków w niemieckiej rewolucji? U nas często działacze centrali związkowej narzekają, że zmiany, które chcą wprowadzić są sabotowane przez OZPNy.

Niemcy są krajem mocno zdecentralizowanym i widać to również w zarządzaniu piłką. Regionalne związki mają duży wpływ na kształt piłki. Zmiany w szkoleniu wytyczone zostały oczywiście przez centralę związkową, która również przeznaczyła na nie odpowiednie fundusze, ale same regiony nie miały problemów z implementacją nowego modelu.

Paradoksalnie, dzięki istnieniu zorganizowanych związków regionalnych, które mają rozwinięte lokalne struktury, stworzenie w Polsce punktów wsparcia na wzór niemiecki wcale nie musiałoby być trudne. Oczywiście trzeba znaleźć pieniądze na zatrudnienie trenerów, ale już infrastruktura mogłaby być wynajmowana od klubów. Kluczowa musi być jednak świadomość związkowej centrali, że PZPN powinien mieć wpływ na szkolenie w klubach oraz że powinien być surowym nauczycielem.

Dyskutuje się w Polsce o kilku modelach rozwoju piłki nożnej. Czy model niemiecki, o którym dzisiaj rozmawialiśmy, mógłby rozwiązać bolączki polskiej piłki?

Byłbym zadowolony gdybyśmy próbowali zaszczepić w polskiej piłce chociaż zalążki niemieckiego systemu, a już zwłaszcza tak kompleksowego modelu jak szwajcarski, który jest jeszcze lepiej dopracowany niż ten niemiecki.

Zdaję sobie sprawę, że wszelakie zmiany nie będą łatwe, ale przede wszystkim musimy sobie w Polsce uświadomić, że kluczowe dla szkolenia młodzieży w całym kraju są działania związku piłkarskiego. Oczywiście PZPN nie jest tak bogatą federacją jak DFB, ale nie jest również aż tak biedny, by prawie nic nie robić. Nie musimy od początku budować kompletnego systemu, ale musimy postawić w końcu pierwszy krok na drodze do budowy systemowego szkolenia.

Musimy również w końcu zacząć poważnie traktować wymagania stawiane przez związek wobec klubów. To już najwyższy czas, aby każdy z klubów ekstraklasy posiadał pełnoprawną akademię i związaną z nią infrastrukturę.

Sponsorzy ekstraklasy powinni również pieniądze przekazywane klubom „znaczyć” na konkretne cele. Jeżeli spółka skarbu państwa taka jak PKO Bank Polski zostaje sponsorem ekstraklasy, to powinna wymagać, by pieniądze, które przekaże klubom, trafiały tylko i wyłącznie na szkolenie piłkarzy. Byłoby to znacznie mniej kontrowersyjne niż przekazywanie publicznych pieniędzy na wysokie kontrakty doświadczonych zawodników.