Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Magdalena Okraska  17 listopada 2018

Ulica przegrana. Fragment książki „Ziemia jałowa”

Magdalena Okraska  17 listopada 2018
przeczytanie zajmie 10 min
Ulica przegrana. Fragment książki „Ziemia jałowa” fot. Magdalena Okraska

Fakt, że ulica nazywa się Marszałkowska, a w dodatku przecina się z Hożą, zupełnie jak w Warszawie (i nigdzie indziej w Polsce poza tymi dwoma miastami), budzi zainteresowanie mediów. O tym rogu ulic TVN robił nawet program telewizyjny, w którym szeroko pokazano, jak bardzo zawierciańska dzielnica różni się od stołecznej. Po raz drugi media zainteresowały się okolicą Starego Rynku, gdy w 2015 roku miało tu miejsce zabójstwo dokonane nożem, podobno za zjedzenie cudzej marchewki.

Od centrum i dworca szlak znaczony jest budkami.

Kiosk z gazetami, kiosk typu Jugo z bielizną damską, potem Mc Bryś – legendarna budka z fast foodem w polskim wydaniu. Zawiercie od ponad dwudziestu lat czeka na własny lokal McDonalda, i chyba się już nie doczeka, a tymczasem Bryś rządzi niepodzielnie. Zawsze otwarty dla głodnych, czy to o dwudziestej trzeciej, czy o szóstej rano. Po pracy, przed pracą. Dostępny dla pijanych, którzy zasypiają przy plastikowym stoliku nad kupką stygnących frytek, i dla chcących się zimą ogrzać. Zaglądają tu też podróżni, którzy nie mają czasu czekać na pełny obiad w pizzerii dworcowej.

Najpopularniejszy zestaw to zapiekanka firmowa za 4 zł (wielgachna, z plastrami taniej szynki) i żurek w plastikowym kubku. Prawdziwy, nie żaden z proszku. We wrzącej porcji zupy pływają kawałki boczku i kiełbasy oraz mnóstwo majeranku. Wywar jest bardziej mięsny i tłusty niż kwaśny. Kubeczek kosztuje dwa złote. Brysiowie gotują gar codziennie od kilkudziesięciu lat.

Jeśli wyjdziemy z centrum lepszym przejściem podziemnym, tym bliżej dworca, droga na Marszałkowską powiedzie nas wzdłuż muru i ścian nieczynnej już huty szkła. Na jej żółtawej ścianie ktoś napisał sprayem trzymanym w niewprawnej ręce „Precz z komuną”, na co spray konkurencyjny odparł poniżej, pewniejszymi literami: „Poucz się historii, debilu”. Jeszcze kilka miesięcy temu za luksferowymi oknami hal słychać było skrzek i pisk obrabianego szkła.

Jeśli wyjdziemy wyjściem gorszym – przejście podziemne stanie się szerokie, ale pustawe, o pomazanych ścianach, brudniejsze. Klatki schodowe będą miały wybite szyby. Zanim ujrzymy słońce z drugiej strony, przy dawnej restauracji Kryształowa, w której czasem bywa dyskoteka, a czasem sprzedaje się firany, dowiemy się dokładnie, jakie trzy kluby piłkarskie władają wyobraźnią zawiercian.

Jesteśmy.

Stąd, zza torów, peronów i szpalerów topoli, ścisłe centrum Zawiercia wygląda całkiem ładnie, a przynajmniej – akceptowalnie. Widać mury kilku kamienic, wieże kościoła, kawałek parku. Można by się nawet nabrać, że to większe miasto.

Widać też tajemniczy peron czwarty, na którym od dawna nic się nie zatrzymuje i na który „przejście jest wzbronione”. Zawiercie to jedyne znane mi miasto, które ma perony pierwszy i drugi oraz nieużywany czwarty. Ale właściwie nikt już na to nie zwraca uwagi, a żarty z pijanej numeracji od dawna nie bawią.

Skręcam z gorszego przejścia ku kolejnej legendzie – budce U Joli. Kiosk w typie gazetowym sprzedaje od epoki przedkapitalistycznej rurki z kremem, frytki, tanie hamburgery z mrożonki, żurek i papierosy. Czego więcej chcieć?

Pani Jola od początku prowadzi budkę sama, prawie codziennie przyjeżdża do niej na rowerze i matczynym gestem, szeleszcząc poliestrowym fartuchem, podaje podwójne frytki z solą i ciepłą colę w szklanej butelce (żądając surowo zwrotu szkła do okienka po konsumpcji).

Tym razem coś się jednak zmieniło. Na najlepszej ławce, tej z bezpośrednim widokiem na okienko, gdzie dwa pokolenia czekały jak na szpilkach, aż wreszcie wysunie się ręka z „ich” frytkami w papierku, spoczywa starsza, tęga kobieta z bordową koafiurą i torbami zakupów. Przed okienkiem tkwi dziecko, dziewczynka ledwo sięgająca lady. Pobrane od babci monety wymienia właśnie na rurkę z kremem. Ale ręka, która troskliwie wybiera rurkę z piramidy podobnych, i równie troskliwie opatula w serwetkę, nie jest ręką pani Joli. W środku krząta się inna osoba, a o jej proweniencji informuje niewielka zafoliowana kartka przylepiona w rogu szyby: „Tu odbywa się staż w ramach programu CZAS NA SAMODZIELNOŚĆ”.

Później wyczytuję, że to ostatki europejskich projektów dla województw. Nieaktywne zawodowo osoby niepełnosprawne intelektualnie z powiatów zawierciańskiego, będzińskiego i dąbrowskiego odbywają szkolenia integracyjne, a potem trzymiesięczny staż po siedem godzin dziennie. Nie dostają zwykłej wypłaty, tylko stypendium stażowe. Wynosi ono 997,40 zł na rękę przed odliczeniem składki zdrowotnej, i to tylko dlatego, że jest zwolnione z podatku. Czas na samodzielność.

Przed wojną i po niej Marszałkowska była główną ulicą handlową Zawiercia, a przynajmniej jednym z najjaśniejszych punktów jeśli chodzi o nagromadzenie handlu w jednym miejscu. Było wiadomo – chcesz coś kupić, na siebie, do domu? Najlepiej tam. Dawniej najbardziej reprezentacyjna, ostoja szyku, dziś uważana za miejsce, którego raczej się unika, bo niebezpieczne. Odsetek mieszkańców pobierających jakąś formę wsparcia z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej jest w tamtej okolicy najwyższy w Zawierciu i wynosi kilkanaście procent. Stopa bezrobocia rejestrowanego w całej Polsce znacząco spadła w ostatnich kilku latach, ale tutaj utrzymuje się na poziomie wyższym niż w kraju i wyższym niż w całym województwie śląskim – w czerwcu 2018 roku wynosiła 8 procent. To i tak o połowę więcej niż na Górnym Śląsku, ale bariera dwucyfrowości została przełamana. Na szczęście w dobrą stronę.

W maju 2013 roku bezrobocie rejestrowane w Zawierciu wynosiło 18,6 procenta.

Fakt, że ulica nazywa się Marszałkowska, a w dodatku przecina się z Hożą, zupełnie jak w Warszawie (i nigdzie indziej w Polsce poza tymi dwoma miastami), budzi zainteresowanie mediów. O tym rogu ulic TVN robił nawet program telewizyjny, w którym szeroko pokazano, jak bardzo zawierciańska dzielnica różni się od stołecznej. Po raz drugi media zainteresowały się okolicą Starego Rynku, gdy w 2015 roku miało tu miejsce zabójstwo dokonane nożem, podobno za zjedzenie cudzej marchewki.

Gdy w tym samym okresie w niedogrzanym lokalu spaliło się małżeństwo, które radziło sobie z mrozem jak mogło, nie przyjechał nikt.

Przed wojną w dzielnicy mieszkali głównie Żydzi. Liczba ludności żydowskiej w mieście w tamtym okresie wynosiła 20 procent. Dość standardowo, a nawet – niezbyt wiele. Ci biedniejsi trudnili się handlem i rzemiosłem. Byli kowalami, stolarzami, szewcami, wyrabiali kapelusze. Ci najbogatsi, na przykład rodzina Ginsburgów, zakładali fabryki: odlewnię, przędzalnię bawełny, zakład drukarski. Gmina żydowska powstała pod koniec XIX wieku, a synagogę wybudowano w 1880 roku. Budynek stoi po dziś dzień, ale przedstawia opłakany widok.

Tylko siedmioro Żydów z zawierciańskiego getta przeżyło wojnę, pomimo że akurat to getto uchodziło za dość bezpieczne ze względu na zatrudnienie mieszkańców w przędzalni bawełny TAZ, przemianowanej na fabrykę Luftwaffe. Mieli tam przerabiać niemieckie mundury i szyć pasy. Cała ich społeczność, tradycja i kultura – biblioteka, związek zawodowy, cheder, cmentarz, dom modlitwy – znikły prawie z dnia na dzień w oświęcimskich piecach. W 1945 roku do miasta i dzielnicy napłynęło trochę Żydów, którzy wychodzili z ukrycia po aryjskiej stronie miasta albo takich, którzy zatrzymali się tu przypadkowo, w drodze na Zachód.

Po 1948 roku znowu nie było już nikogo. Marszałkowska zaczęła żyć własnym, polskim życiem, a w 1952 roku została przemianowana na ulicę Teodora Duracza, członka Polskiej Partii Socjalistycznej i Komunistycznej Partii Polski, adwokata, obrońcy więźniów politycznych.

Historia okolic Starego Rynku, czyli Aptecznej, Hożej, Ciasnej i innych ulic, to historia zwykłej, wcale niebiednej dzielnicy. Już w 1904 roku istniał tu wielki plac targowy, który przetrwał aż do lat sześćdziesiątych. Przy Aptecznej były fabryka mydła, sklep z farbami, hurtownia mąki i cukru, piwiarnia. Pierwsza w mieście sieć wodociągowa też powstała właśnie tam.

Na zdjęciach z czasów przedwojennych widać drewniane i ceglane domki, wozy konne na błotnistych ulicach, mieszkańców obserwujących budowę ujęcia wody pitnej przy Starym Rynku. Na zdjęciach powojennych – mnóstwo roześmianych, wracających z pracy w przędzalni bawełny kobiet w różnym wieku i pary małżeńskie spacerujące pod rękę między sklepami.

Przędzalnia, jak to się często zdarza w tej historii, miała kilka nazw i kilku właścicieli. Ostatecznie przetrwała do 2001 roku jako firma „Zawtex”. Wtedy spacerujące kobiety ostatecznie zniknęły z Marszałkowskiej (Duracza zdekomunizowano już w 1990 roku).

W kamienicach, coraz bardziej popadających w ruinę, osiedlano przypadkowych lokatorów i mniejszość romską. Z lokali użytkowych, których właścicielem jest w sporej części ZGM, wyprowadzały się co lepsze sklepy. Przy tej całkiem długiej ulicy są obecnie 24 puste lokale z kartkami „do wynajęcia” oraz kilka z wywieszką „w likwidacji”. Na przykład otwierany pół roku temu z fanfarami sex shop.

Romowie mieszkają w tej okolicy od lat sześćdziesiątych, jest ich ponad sto pięćdziesięcioro. Również z powodu ich obecności Marszałkowska i ościenne ulice nie cieszą się sympatią zawiercian.

– Jedyne, czego tam potrzeba, to sypnąć trutkę na szczury – pisze na lokalnym portalu anonimowy komentator na wieść o planowanej rewitalizacji ulicy. „Patola”, „menelstwo” i inne wyzwiska są na porządku dziennym. Kto nie mieszka przy Marszałkowskiej, stara się tam nie pokazywać po zmroku. Wcale zresztą nie musi, bo po zamknięciu „Bawełny” ulica straciła automatycznie strategiczne położenie.

Planów rewitalizacji było już kilka, a w życie wszedł jeden – ograniczenie ruchu kołowego na ulicy i wyłożenie jej kostką brukową. Co jakiś czas, zwłaszcza przed wyborami samorządowymi, powraca temat zamienienia straszącej pustymi lokalami Marszałkowskiej w atrakcyjny deptak pełen sklepów i kawiarenek. Kto miałby tam zainwestować i kto w niebogatym mieście miałby w tych lokalach przesiadywać – o tym już mowy nie ma. Mimo praktycznej niemożności realizacji tego pięknego marzenia, które jednak pozostanie w sferze chęci, niektórzy politycy i mieszkańcy innych dzielnic zdają się żyć w przeświadczeniu, że problemem są tylko osiedleni w marnych kamienicach bez centralnego ogrzewania mieszkańcy.

Że gdyby nie oni – ulica by kwitła.

– Porównywać te domki z Piotrkowską w Łodzi to jakby nazbierać puszek po piwie na śmietniku i chwalić się kolekcją unikalnych naczyń – mówi mężczyzna, który kilka lat temu na stałe wyprowadził się z Zawiercia. – Po co wracać do czegoś, co jest nierealne?

– Ulicę wybrukowano jak deptak w Zielonej Górze, a o ogrzewaniu centralnym nikt nie pomyślał. I tak w ludziach powstają mity złych dzielnic – dodaje osoba, która chciałaby eleganckiego centrum, gdzie jest co robić, ale rozumie, że nowy bruk to zaczynanie od końca. Radna Barbara Kozioł apelowała o stworzenie strategii naprawczej dla Starego Rynku i okolic. To było cztery lata temu, ale pomysłów nadal brak. Miasto zwala winę za brak inicjatywy i chwytliwej koncepcji, na prywatnych właścicieli kamienic i mieszkańców dzielnicy. Ci nie mają pieniędzy ani energii, żeby bez pomocy miasta coś zrobić. Co zresztą mogliby zrobić – sami podłączyć sobie ogrzewanie? Otworzyć „klimatyczną kawiarenkę”?

Przy ulicy są dwie filie biblioteki publicznej: dla dorosłych i dla dzieci. Kilka inicjatyw, nieprzypadkowo zlokalizowanych właśnie tam, oferuje pomoc wykluczonym lokatorom kamienic. Wśród nich jest organizacja pozarządowa Adsum. Zbiera niepotrzebne, ale w dobrym stanie artykuły codziennego użytku od mieszkańców miasta i rozdaje je w swojej siedzibie, pośredniczy także w rozdzielaniu paczek żywnościowych, ale uprzedza, że nie można przyjść z ulicy – jedzenie jest tylko dla zarejestrowanych w MOPS. Na portal społecznościowy wrzuca zdjęcie zawartości paczki żywnościowej. Można dostać groszek z marchewką, makaron jajeczny, mleko, cukier, olej, buraczki wiórki, powidła śliwkowe i szynkę wieprzową. Łącznie 9 kg jedzenia na osobę.

Jeszcze w marcu na drzwiach siedziby stowarzyszenia wisiała kartka o treści: „Osobom nietrzeźwym żywności nie wydajemy”. Latem już jej nie ma. Dziś rozdają odzież. W ciemnym wnętrzu kobieta w średnim wieku przebiera w pudle z używanymi ręcznikami.

Kawiarenki muszą poczekać, być może bezterminowo, ale w 2016 roku przy Marszałkowskiej otwarto centrum aktywności lokalnej dla okolicznych mieszkańców. MOPS wyłożył 7 tysięcy złotych na remont i ruszyła działalność PAL – Programu Aktywności Lokalnej. Jest tam świetlica dla młodzieży, czynna dwa razy w tygodniu po trzy godziny, ale dobre i to. Organizuje się mikołajki i dzień dziecka, rozdaje słodycze. Część prac wykonali pracownicy ZGM, a wyposażenie to już klasyczna zrzutka – każdy, kto miał, przyniósł coś z domu. Romowie też – oddali stołki ze swojej świetlicy.

PAL prowadzi również spotkania anonimowych alkoholików, do udziału w których zachęca na obficie rozklejonych w witrynie plakatach.

Trzecia inicjatywa to Chrześcijańska Misja Społeczna. Organizacja ma numer KRS i ponad dwadzieścia oddziałów na terenie całego kraju, zwłaszcza w mniejszych miastach. Nowa Sól, Malbork, Koło. Wszędzie taki sam wyremontowany lokal z witryną zachęcającą do wejścia osoby samotne, zagubione i bezdomne. Czynne tylko w ramach dyżurów.

Poza tym na Marszałkowskiej po staremu. Kilka sklepów podtrzymuje iluzję dawnej świetności – tu szpilki Badura (ale właściwie ich nie ma, a wewnątrz stoi wiele przecenionych par od tańszych producentów), tu eleganckie krawaty, koszule i męskie skarpety po trzydzieści złotych para (ale w środku zupełnie pusto), tu młodzieżowy sklep Reporter, tam trzymający się chyba siłą przyzwyczajenia najstarszy w mieście kapelusznik. Pomiędzy nimi – wybite okna, zardzewiałe drzwi, puste wystawy z poszarzałymi kartkami zachęcającymi do wynajmu.

Usługi krawieckie, lody z automatu (jedyny „lokal gastronomiczny” w dzielnicy, od kiedy zamknięto pizzerię Avanti), elektryk. W sklepie sieci Społem, ale sprzedającym tylko AGD, pytam o kryształy – czy to nasze, zawierciańskie, czy może chińskie? – To takie kryształy po mezaliansie – śmieje się sprzedawczyni. – Udawane. Grube szkło, a na tym niby rżnięte wzory. Po hucie już prawie śladu nie ma.

W pobliskim sklepie „Wszystko za 90 gr” udająca kryształową chińska popielnica kosztuje 2,90 zł.

Dalej sól w oku gminy żydowskiej – opustoszała synagoga w strasznym stanie technicznym. Bryła zachowuje dawny kształt, ale widać, że majstrowano przy niej w czasach, gdy nie miało wielkiego znaczenia, czym kiedyś była. Część okien zamurowano. Na elewacji widać blednący napis „Polmozbyt”. Budynek jest zwrócony do Marszałkowskiej ścianą szczytową. Wzdłuż niej zrobiono niewielki parking na kilka samochodów i postawiono kontenery do recyklingu.

Miesiąc temu, nie rezygnując z parkingu ani śmietników, na ścianie synagogi powieszono spory baner. Widnieje na nim zdjęcie smutnego starego Żyda, który trzyma rękę na głowie. Obok napis „Pamiętamy” po polsku, angielsku i w jidisz. Baner powieszono, by upamiętnić 75. rocznicę likwidacji zawierciańskiego getta. Z tej okazji w Miejskim Ośrodku Kultury zorganizowano koncert muzyki klezmerskiej i poezji. Nosił tytuł „Zawiercie – Moje Sztejtełe”. Przyjechało ponad dwustu Żydów z całego świata.

A potem wyjechali. Synagoga stoi, jak stała. Nie wiadomo, co z nią zrobić – gmina żydowska nie chce jej przejąć, bo jest w zbyt opłakanym stanie. Miastu trochę wstyd, a trochę nie.

Pod banerem odpoczywa mężczyzna bez nogi. Obok, w chińskim sklepie, można za 90 groszy kupić reprodukcję obrazka przedstawiającego chasyda liczącego pieniądze. Stoi zaraz obok Matki Boskiej.

Na ścianie drewnianej budki z tkaninami wisi wielka, kolorowa reklama biura podróży. Slogan brzmi „Brazylia z Warszawy – od 4890 zł”.

W oba te miejsca jest z Marszałkowskiej jednakowo daleko.

Książkę „Ziemia Jałowa” Magdaleny Okraski można kupić w sklepie internetowym „Nowego Obywatela” oraz w księgarniach stacjonarnych. Najbliższe spotkanie autorskie odbędzie się w najbliższą środę 21.11 w Warszawie. Zapraszamy!