Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Maciej Pach  10 listopada 2018

Demokracja też może zakazywać. I – wyjątkowo – nie ma w tym nic złego [POLEMIKA]

Maciej Pach  10 listopada 2018
przeczytanie zajmie 4 min
Demokracja też może zakazywać. I – wyjątkowo – nie ma w tym nic złego [POLEMIKA] Maciej Zygmunt/flickr.com

Nie jest prawdą, że zakazy są cechą wyłącznie auto- i totalitaryzmów. W powojennej Europie, inaczej niż w USA, w imię „samoobrony demokracji” przed tymi, którzy nadużywają jej wolnościowych dobrodziejstw, zdecydowano się uwiązać liberalny ustrój na swoistej smyczy. Z dwojga złego uznano, że to pomysł sensowniejszy niż ideowy leseferyzm. Tak powstała koncepcja „demokracji zdolnej do obrony”.

O co tak naprawdę chodziło Hannie Gronkiewicz-Waltz?

Trudno się dziwić postanowieniu Sądu Okręgowego w Warszawie, który uznał wydany przez prezydent Warszawy zakaz organizacji Marszu Niepodległości za pozbawiony uzasadnienia. Zażalenie Hanny Gronkiewicz-Waltz oddalił także Sąd Apelacyjny. W pierwszym zdaniu art. 57 Konstytucji RP gwarantuje się bowiem każdemu wolność organizowania i uczestnictwa w pokojowych zgromadzeniach. Przepis ten otwiera podrozdział poświęcony wolnościom i prawom politycznym – bo też i wolność zgromadzeń to kluczowa polityczna wolność, pozwalająca manifestować przekonania w sprawach publicznych nie tylko w sferze prywatnej, ale także w przestrzeni publicznej. Nie budzi więc wątpliwości teza o zakazie organizacji zgromadzenia jako ultima ratio, „ostatecznej ostateczności”, gdy żaden inny środek nie pozwala uniknąć graniczącego z pewnością prawdopodobieństwa uszczerbku dla konstytucyjnych wartości, m.in. zdrowia ludzkiego, bezpieczeństwa czy porządku publicznego (art. 31 ust. 3 Konstytucji).

Gdy organ gminy uzna, że zakaz jest niezbędny, ma obowiązek przekonująco wykazać to w uzasadnieniu decyzji administracyjnej. A to w myśl zasady, że wątpliwości rozstrzyga się na rzecz wolności (in dubio pro libertate). Tymczasem, jak podkreśla prof. Jerzy Zajadło, w przypadku woli zakazania Marszu Niepodległości nie przedstawiono w uzasadnieniach tejże decyzji „żadnych dowodów i argumentów pozwalających na wsparcie oceny legalności elementami racjonalności. To nie sąd ma ich poszukiwać, to organ administracji ma je w sposób niezbity wykazać i dostarczyć. W tych sprawach nie było to przecież aż tak trudne, nawet jeśli ostatecznej oceny miałby i tak dokonać sąd. Przy tak uzasadnionych decyzjach nie miał jednak czego oceniać”.

O tym, że organ gminy w sprawie Marszu Niepodległości nie stanął na wysokości zadania nie trzeba długo przekonywać. Twierdzenia urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz z łatwością sfalsyfikował Sąd Okręgowy, wskazując, że nie zadali oni sobie trudu należytego uzasadnienia zakazu. Nie wystarczy intuicja organu gminy, że „będzie się działo”. Organ ma obowiązek wykazać, że tak właśnie będzie. Nawiązania do przeszłości to za mało. Nacisk należy kłaść na okoliczności dotyczące zgromadzenia publicznego, które ma zostać objęte zakazem. Na wszystko to machnął ręką aparat prezydent Warszawy, nawet nie pytając Policji, czy poradzi sobie z zapewnieniem bezpieczeństwa.

Nasuwa się więc wątpliwość, na ile zakaz był motywowany szczerą troską o ludzkie zdrowie i mienie publiczne, a na ile chęcią cementowania korzystnego dla partii duopolu „zaściankowego ciemnogrodu PiS” i „światowców-postępowców z PO”.

Warto też chyba przemyśleć – wprawdzie zakorzenioną już od dawna w polskim ustawodawstwie – konstrukcję wydawania zakazu zgromadzeń przez organ wykonawczy gminy. W dużych ośrodkach miejskich, a to właśnie tam dochodzi do największych manifestacji, jest to często organ upartyjniony, z natury rzeczy wmontowany w serce politycznej wojny domowej. Zaletą powierzenia omawianej kompetencji organowi gminy jest posiadanie przezeń pochodzącej bezpośrednio od wyborców legitymacji do rządzenia. Czy jednak w kontekście decydowania o losie zgromadzeń publicznych zyski z dobrodziejstw legitymizacji równoważą ryzyko strat? Czy nie należałoby rozważyć zmiany modelu, w którym to organ gminy decyduje o zakazie zgromadzenia? Czy nie byłoby lepiej, gdyby decyzję wydawał podmiot politycznie niezależny?

Obawiam się, że prezydent Warszawy zagrała zwyczajnie pod publiczkę, z politycznych, partykularnych pobudek, ale jednocześnie wbrew konstytucyjnej wolności. Co z tego, że obiektywnie cel zakazu był słuszny (ochrona życia oraz zdrowia ludzi, bezpieczeństwa i porządku publicznego, a także godności ludzkiej – bo przecież niektóre nienawistne hasła narodowców, znane już z poprzedniego roku, uderzają w tę godność)? Wykonanie okazało się takie, że obronną ręką z sytuacji wychodzą ci, których działania prezydent Gronkiewicz-Waltz chciała ukrócić. Jak wiadomo, dobrymi intencjami wybrukowane jest dno piekła. A poza tym, o czym już była mowa, akurat tu można mieć wątpliwości co do istnienia dobrych intencji. Nie powinno to zmieniać oceny okoliczności organizacji tegorocznego Marszu Niepodległości. Strony internetowe organizatorów zasługiwały na wnikliwą analizę. Niewykluczone, że dostarczyłyby silnych argumentów na rzecz wydania zakazu. Ale po co, skoro wystarczy zakazać – i elektorat się cieszy?

Demokracja walczy o swoje

Niestety nie tylko narodowcy i – choć w całkiem inny sposób – Hanna Gronkiewicz-Waltz zbłądzili w sprawie zgromadzeń publicznych. Nie można zgodzić się, mimo szlachetnych intencji autora, z niedawną, sformułowaną na niniejszych łamach, tezą Krzysztofa Izdebskiego, która brzmi następująco: „Po doświadczeniach II wojny światowej (…) ludzkość doszła do wniosku, że odpowiedzią na koszmar totalitaryzmów, rasizmu i wojującego nacjonalizmu nie są wcale zakazy, a prawa i wolności. Zakazy były i są w dalszym ciągu typowe dla tych systemów, które świadomie odrzucały wartości demokratyczne”. A zgodzić się z nią nie można, bo jest – jak mawia klasyk – przejawem „czystej kontrfaktyczności”.

Sięgnijmy po art. 21 ust. 2 Ustawy Zasadniczej RFN. Nie trzeba nikogo przekonywać, że gdzie jak gdzie, ale akurat w Niemczech (Zachodnich) po II wojnie światowej nader paląca była potrzeba uporania się z problemem przezwyciężania totalitarnej przeszłości (Vergangenheitsbewältigung). Co czytamy we wspomnianym przepisie niemieckiej Grundgesetz? Otóż: „Partie, które poprzez swoje cele lub zachowania swoich zwolenników zmierzają do naruszenia lub obalenia wolnościowego demokratycznego porządku ustrojowego albo zagrażają istnieniu Republiki Federalnej Niemiec, są sprzeczne z konstytucją”. O sprzeczności orzeka Federalny Trybunał Konstytucyjny (art. 21 ust. 4, dodany nowelizacją z lipca 2017 r.; wcześniej drugie zdanie art. 21 ust. 2). Na tym nie koniec. Zerknijmy do art. 9 ust. 2 w brzmieniu: „Zakazane są organizacje, których cele lub działalność są sprzeczne z ustawami karnymi, skierowane są przeciwko porządkowi konstytucyjnemu albo idei porozumienia między narodami”. I wreszcie, zajrzyjmy do art. 18, tej swoistej – gdyby wierzyć Izdebskiemu – perły w koronie autorytaryzmu Bundesrepubliki: „Kto nadużywa wolności wyrażania poglądów, w szczególności wolności prasy (art. 5 ust. 1), wolności nauczania (art. 5 ust. 3), wolności zgromadzeń (art. 8), wolności zrzeszania się (art. 9), tajemnicy korespondencji, pocztowej i telekomunikacyjnej (art. 10), prawa własności (art. 14) albo prawa azylu (art. 16a) do walki przeciwko wolnościowemu demokratycznemu porządkowi, traci wymienione prawa podstawowe. O utracie praw i zakresie tej utraty orzeka Federalny Trybunał Konstytucyjny”.

Nie tylko konstytucja RFN dostarcza dowodów przeczących tezie Krzysztofa Izdebskiego, jakoby zakazy były typowe li tylko dla autorytaryzmu, a powojenne demokracje postawiły na wolności i prawa jednostki w opcji może nie keine Grenzen, ale bez prewencyjnego powstrzymywania przed ich realizacją (dopuszczalności rozwiązania zgromadzenia, które narusza prawo, autor nie kwestionuje). Polski ustrojodawca w art. 13 Konstytucji również opowiada się za ograniczeniami wolności zrzeszania się, zakazując istnienia partii politycznych i innych organizacji o profilu m.in. nazistowskim, faszystowskim czy komunistycznym. Zresztą ograniczenie wolności zrzeszania się jest szersze, skoro zakazane są te zrzeszenia, których „cel lub działalność są sprzeczne z Konstytucją lub ustawą. O odmowie rejestracji lub zakazie działania takiego zrzeszenia orzeka sąd” (art. 58 ust. 2). Wyżej wskazane wolności polityczne to przykłady innych wolności politycznych niż wolność zgromadzeń. Nie budzi jednak wątpliwości, że ustrojodawca pozwala także zakazywać organizacji zgromadzeń, choć – i tu zgoda z Izdebskim – traktuje ten zakaz jako ostateczność. Gdyby było inaczej, tzn. gdyby chciał uczynić tę wolność wolnością absolutną, to:

a) wyłączyłby ją z zakresu zastosowania art. 31 ust. 3 (ogólna klauzula dopuszczalności ograniczeń konstytucyjnych wolności i praw jednostki);

b) nie uczyniłby zastrzeżenia, że wolnością cieszą się wyłącznie zgromadzenia pokojowe (art. 57 zd. 1 Konstytucji);

c) deklarując wolność zgromadzeń, nie zastrzegłby jednym tchem możliwości ograniczania tej wolności („Ograniczenie tej wolności może określać ustawa” – art. 57 zd. 2 Konstytucji).

Choć nieco mniej stanowczo niż niemiecka Ustawa Zasadnicza, polska Konstytucja z 1997 r. również wyraża koncepcję „demokracji zdolnej do obrony” (wehrhafte Demokratie) czy – jak kto woli – „demokracji walczącej” (streitbare Demokratie, ang. militant democracy).

W styczniu ubiegłego roku wspominał o tej koncepcji Prezydent Federalny Joachim Gauck, zauważając, że będący „pod wrażeniem doświadczeń republiki weimarskiej, która okazała się bezbronna w starciu z narodowym socjalizmem, twórcy Ustawy Zasadniczej jednoznacznie określili kierunek. Nowa niemiecka demokracja nie miała być słaba, tylko zdolna do obrony. Powinna – jak powiedział Carlo Schmid, jeden z największych powojennych polityków – «zdobywać się na nietolerancję w stosunku do tych, którzy chcą jej użyć, aby pozbawić ją życia»”. Dla odchodzącego wtedy z urzędu Gaucka wehrhafte Demokratie to jeden z kluczowych elementów niemieckiego wartego kultywowania dziedzictwa XX wieku.

***

Krzysztof Izdebski należy do zdeklarowanych wyznawców liberalnego credo. Co do celów się nie różnimy. Inaczej za to widzimy ścieżki ich osiągania; po części odmiennie też diagnozujemy zagrożenia. Nie wiadomo, kto ma rację w tym sporze. Ale nie jest prawdą, że zakazy są cechą wyłącznie auto- i totalitaryzmów. W powojennej Europie, inaczej niż w USA, w imię „samoobrony demokracji” przed tymi, którzy nadużywają jej wolnościowych dobrodziejstw, zdecydowano się uwiązać liberalny ustrój na swoistej smyczy. Z dwojga złego uznano, że to pomysł sensowniejszy niż ideowy leseferyzm. Oczywiście, najlepsze nawet lekarstwo – zwłaszcza dawkowane w nadmiarze – może pacjenta wykończyć. Podobnie jak noża da się użyć do pokrojenia chleba, ale i dla realizacji morderczego planu.

Czy powinniśmy zrezygnować z lekarstw i noży?

Artykuł wyraża prywatne poglądy autora.