Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  6 listopada 2018

Demokracja w dobie fake newsów. Jak rosyjskie farmy trolli mieszały w amerykańskich wyborach

Andrzej Kohut  6 listopada 2018
przeczytanie zajmie 5 min
Demokracja w dobie fake newsów. Jak rosyjskie farmy trolli mieszały w amerykańskich wyborach www.flickr.com/photos/22007612@N05/

Rok 2016, Stany Zjednoczone, wybory prezydenckie. Według statystyk opublikowanych przez Twittera około 50 tysięcy kont mogło publikować linki i informacje zgodnie z rosyjskimi wytycznymi. Ta propaganda dotarła nawet do 700 tysięcy ludzi. Ale to i tak skromne liczby. Na Facebooku publikowane przez Rosjan wpisy mogły dotrzeć do ponad 100 mln obywateli! Za tak dokładnie zaplanowaną akcją stała specjalna instytucja – Internet Research Agency z siedzibą w Sankt Petersburgu. Dziś nazywana jest po prostu „farmą trolli”.

„Rosjanie, jeśli mnie słuchacie, mam nadzieję, że będziecie w stanie znaleźć te zaginione 30 tys. e-maili. Nasza prasa prawdopodobnie będzie wam bardzo wdzięczna” – powiedział Donald Trump na konferencji prasowej, która odbyła się na jego polu golfowym w Doral na Florydzie, 27 lipca 2016 r. Kampania przed wyborami prezydenckimi właśnie wkraczała w końcowy etap. Gorącym tematem było upublicznienie dziesiątek tysięcy maili wymienianych przez członków Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej. Wiadomości pojawiły się na kilku serwisach internetowych, m.in. na osławionej WikiLeaks, a odpowiedzialność za włamanie na serwery demokratów wziął na siebie tajemniczy rumuński haker, Guccifer 2.0. Szybko jednak zakwestionowano jego faktyczne istnienie, a sprawstwo zaczęto przypisywać Rosjanom. Takie wnioski przedstawiła na przykład zatrudniona przez Partię Demokratyczną, specjalizująca się w cyberbezpieczeństwie firma CrowdStrike. Demokraci podkreślali, że Rosja może sprzyjać, a nawet wspierać Trumpa, bo po tym jak kilkakrotnie wypowiedział się z uznaniem o Władimirze Putinie, wydaje się dla nich wygodniejszym partnerem niż krytycznie nastawiona do aneksji Krymu Hillary Clinton.

Niezrażony Trump odpowiedział wspomnianą już prośbą o odnalezienie zaginionych e-maili. Nawiązywał w ten sposób do budzącego spore emocje skandalu, związanego z faktem, że Clinton, jeszcze jako sekretarz stanu, wykorzystywała prywatną skrzynkę, osadzoną na serwerze Fundacji Clintonów, do celów służbowych, narażając w ten sposób tajemnice państwowe. W trakcie toczącego się w tej sprawie śledztwa, Clinton przekazała wymiarowi sprawiedliwości kilkadziesiąt tysięcy wiadomości. Niestety, okazało się, że ok. 30 tys. innych skasowała zaraz po ustąpieniu ze stanowiska, uznając je za prywatne. Czy Trump wiedział, że Rosjanie odpowiedzą na jego apel? Nic tego nie potwierdza, ale fakt pozostaje faktem: jeszcze tego samego dnia podjęli pierwszą próbę włamania na prywatne konto Hillary Clinton. Skąd o tym wiemy?

6 października Biuro Dyrektora Wywiadu Narodowego ogłosiło, że społeczność wywiadowcza USA jest przekonana, że za wykradzeniem maili Demokratów stoją rosyjscy hakerzy. Mimo ostrzegawczego telefonu Baracka Obamy do Putina, w którym amerykański prezydent zażądał wycofania się Rosjan z ingerencji w amerykańskie wybory, na przełomie października i listopada do sieci trafiają kolejne maile, należące do Johna Podesty, szefa kampanii Hillary Clinton. Czy te mailowe skandale bardzo zaszkodziły kandydatce – trudno ocenić. Na pewno nie pomogły, co dobitnie pokazał wynik wyborów 8 listopada.

Porażka okazała się bardzo dotkliwa. Wśród narzekań na niesprawiedliwy system wyborczy – Trump wygrał głosami elektorskimi, mimo, że otrzymał prawie 3 mln głosów wyborców mniej – coraz głośniej słychać było pytania o rzeczywistą siłę rosyjskiego wpływu. Barack Obama poprosił służby specjalne o raport w tej sprawie. Dokument ukazał się 6 stycznia 2017 r., na dwa tygodnie przed objęciem przez Trumpa urzędu prezydenta, i zawierał jednoznaczną konkluzję: za kradzieżą i publikacją maili Demokratów stał rosyjski wywiad wojskowy. Jednak prawdziwym przełomem na drodze do rozwikłania tej sprawy okazało się powołanie Roberta Muellera na stanowisko specjalnego prokuratora, mającego nadzorować federalne śledztwo.

Polowanie na czarownice

Robert Mueller wydaje się idealną osobą do prowadzenia tego dochodzenia – wieloletnia kariera w wymiarze sprawiedliwości, uwieńczona 12-letnim przywództwem w FBI. W drodze na te ostatnie stanowisko wsparli go zresztą zarówno Republikanie, jak i Demokraci; jego kandydatura przeszła w Senacie jednogłośnie. Jednak ani kompetencje, które dała mu wieloletnia praca w wymiarze sprawiedliwości, ani ponadpartyjne poparcie nie uchroniły Roberta Muellera przed wielokrotnymi atakami ze strony prezydenta Trumpa i jego popleczników. Dochodzenie nadzorowane przez Muellera to w opinii Trumpa „polowanie na czarownice”.

Trump wielokrotnie starał się ośmieszyć podejrzenia o rosyjskie manipulacje przy wyborach w 2016 r., podważać sens prowadzenia śledztwa w tej sprawie, czy nawet kwestionować ustalenia własnych służb, jak to miało miejsce w czasie spotkania z Władimirem Putinem na szczycie w Helsinkach.

„Prezydent Putin mówi, że to nie Rosja. Nie widzę powodu, żeby mu nie wierzyć” – oświadczył Trump, półtora roku po tym jak raport amerykańskich służb jednoznacznie oskarżył Rosjan o wrogie działania. Jednakże dzięki śledztwu Muellera dysponujemy dziś o wiele dłuższą listą powodów, które powinny ograniczyć zaufanie Trumpa do deklaracji rosyjskiego prezydenta.

Jak zhakować wybory?

Tuż przed szczytem w Helsinkach, Mueller zaprezentował akt oskarżenia, który na 29 stronach obciąża Rosjan odpowiedzialnością za kradzież maili i innych plików należących do demokratów. Za pomocą złośliwego oprogramowania rosyjscy oficerowie wywiadu (wskazani przez autorów raportu z imienia i nazwiska) uzyskali dostęp do komputerów około 300 współpracowników Hillary Clinton. Przez prawie rok gromadzili dane, które później wypuścili do Internetu, korzystając zarówno z własnej, specjalnie przygotowanej domeny DCLeaks, jak i z popularnego WikiLeaks, co miało dokumenty uwiarygodnić i nadać im odpowiedni rozgłos.

Autorstwo tej kradzieży przypisali fikcyjnemu rumuńskiemu hakerowi Gucciferowi 2.0, który miał być następcą autentycznego rumuńskiego hakera o tym pseudonimie. To również miało uwiarygodnić publikowane dane – powiązanie ich ze zorganizowaną działalnością wywiadowczą mogłoby je szybko zdyskredytować w oczach wyborców.

Jednocześnie Rosjanie podjęli próbę porozumienia z współpracownikami Trumpa w celu nawiązania współpracy i, być może, przekazania korespondencji oponentów. Dotychczasowe śledztwo nie przyniosło odpowiedzi na pytanie, czy ta próba się powiodła – udało się tylko ustalić, że do spotkań doszło.

W cieniu tych poważnych działań rodem ze filmu szpiegowskiego, Rosjanie podjęli jeszcze jedną próbę uzyskania wpływu na wyborczą decyzję milionów Amerykanów: zorganizowane działania w mediach społecznościowych. Według statystyk opublikowanych przez Twittera około 50 tysięcy kont mogło publikować linki i informacje zgodnie z rosyjskimi wytycznymi. Ta propaganda dotarła nawet do 700 tysięcy ludzi. Ale to i tak skromne liczby. Na Facebooku publikowane przez Rosjan wpisy mogły dotrzeć do ponad 100 mln obywateli! Za tak dokładnie zaplanowaną akcją stała specjalna instytucja – Internet Research Agency z siedzibą w Sankt Petersburgu. Dziś nazywana jest po prostu „farmą trolli”.

Wymowne wnioski przynosi analiza tweetów i wpisów wyprodukowanych przez IRA. Kto spodziewał się prostego poparcia dla jednego kandydata i brutalnych ataków na drugiego, może być zaskoczony. Rosjanie, przystępując do dzieła, przeanalizowali amerykańskie społeczeństwo pod kątem najbardziej dzielących je kwestii. Na przykład rasowych. Co ciekawe, trolle potrafili angażować się po obydwu stronach sporu, by odpowiednio podgrzewać atmosferę.

Czasem nawet wyprowadzając spór poza świat wirtualny. W 2016 r. pod Centrum Islamskim w Houston odbył się antyislamski protest. Pojawiła się też kontrmanifestacja. Cechą wspólną obydwu grup było źródło inspiracji – wydarzenia zorganizowane na Facebooku. Wspólny okazał się też organizator: Internet Research Agency.

Śledztwo prowadzone przez Robert Mullera dotyka też innych kwestii. Sprawdza powiązania Donalda Trumpa z Rosją w czasach, gdy nie zasiadał jeszcze w Białym Domu. Weryfikuje czy Rosjanie nie działali w porozumieniu z komitetem wyborczym Republikanów. Próbuje ustalić skalę innych rosyjskich działań – jak na przykład prób hakowania systemów wyborczych w poszczególnych stanach. Sprawdza czy prezydent Trump nie dopuścił się utrudniania pracy wymiarowi sprawiedliwości, kiedy próbował ograniczyć śledztwo w kwestiach związanych z jego najbliższymi współpracownikami. Jednak najciekawsze wydają się dwie opisane wcześniej kwestie: kradzieży danych i manipulacji w mediach społecznościowych.

W co gra Rosja?

W toku śledztwa nie udało się na razie udowodnić współpracy Rosjan z wyborczą drużyną Trumpa. Nie ma też dowodów na to, że istniała jakaś umowa pomiędzy samym Trumpem a władzą na Kremlu dotycząca ewentualnej współpracy po wyborach. Dlatego na pytanie o motywację rosyjskich służb do zaangażowania się w amerykańską rozgrywkę polityczną bardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi: żeby nie wygrała Hillary Clinton.

Relacje USA – Rosja za czasów Baracka Obamy nie układały się najlepiej. Po nieudanej próbie resetu, kiedy to na początku swojej pierwszej kadencji Obama postanowił zapomnieć Kremlowi interwencję w Gruzji i zaproponował nowe otwarcie, sprawy potoczyły się źle. Finałem była sprawa Krymu i amerykańskie sankcje uderzające w rosyjskie interesy. Dla Kremla stało się oczywiste, że szanse na porozumienie z administracją demokratów nie są zbyt wielkie. Tymczasem Hillary Clinton była niemal gwarancją kontynuacji polityki zagranicznej Obamy. Wszak to ona odpowiadała za jej kształt jako sekretarz stanu (choć zdążyła opuścić stanowisko przed wybuchem konfliktu na Ukrainie).

Wybory w 2016 r. przyniosły nieoczekiwane rozwiązanie. Clinton uzyskała więcej głosów w powszechnym głosowaniu, ale przegrała głosami elektorskimi. O ostatecznym wyniku przesądziło ok. 100 tysięcy głosów w zaledwie kilku stanach, czyli bardzo niewiele, jeśli wziąć pod uwagę prawie 130 mln głosów, które zostały oddane. Nigdy nie otrzymamy odpowiedzi na pytanie, czy Rosjanom udało się przechylić szalę zwycięstwa na stronę Trumpa, ale same liczby pokazują, że nie było to wcale aż tak bardzo nieprawdopodobne.

Rosja podjęła próbę realizacji swoich mocarstwowych aspiracji, korzystając z metod, które można by zakwalifikować jako działania asymetryczne. To prawda, że zazwyczaj określa się w ten sposób samochody – pułapki i porwania samolotów pasażerskich, czyli sposoby walki, dzięki którym słabsze państwo bądź organizacja może podjąć walkę z silniejszym, nie skazując się od początku na porażkę.

Pomiędzy USA i Rosją nie ma otwartego konfliktu, a zastosowane środki nie miały charakteru militarnego. Jednak pewne podobieństwa są. Wykorzystując technologię w nieoczekiwany sposób oraz naginając dotychczasowe reguły, państwo teoretycznie słabsze podjęło próbę dywersji na terenie przeciwnika, której konsekwencje mogą być poważne. I nie chodzi tu tylko o skutki doraźne – ewentualną korzystniejszą dla Rosji politykę Trumpa.

Demokracja w ogniu

To, co od razu rzuca się w oczy, to stosunkowo niskie koszty rosyjskiej operacji. Utrzymywanie kilkunastu profesjonalnych hakerów, czy zatrudnienie kilkudziesięciu, nawet kilkuset osób do manipulacji w mediach społecznościowych to groszowy wydatek, jeśli porównać go z kosztem wybudowania czołgu czy samolotu. Nawet małe państwa, o niskim budżecie obronnym, teoretycznie mogłyby sobie na to pozwolić. A atakom tego rodzaju wcale nie tak łatwo przeciwdziałać.

Przyzwyczailiśmy się już do myśli, że ważne instytucje państwowe, armia, czy banki potrzebują inwestycji w cyberbezpieczeństwo, bo inaczej wiele kluczowych obszarów naszego życia może paść ofiarą grasujących w sieci „nieznanych sprawców”. Ale tak zaawansowanych środków bezpieczeństwa nikt nie stosuje do prywatnej korespondencji, czy rozmów na komunikatorach. A przecież i w Internecie można podsłuchać dialogi rodem z „Sowy i Przyjaciół”. Bez wydawania środków na profesjonalny sprzęt i kelnerów.

Jeszcze bardziej niepokojący wydaje się temat manipulacji w mediach społecznościowych. W dobie informacyjnych baniek i wszechobecnych fake newsów, kiedy emocjonalny przekaz jest często istotniejszy od faktów, można kierować społecznymi emocjami przy pomocy kont na Twitterze i Facebooku.

Analiza ujawnionych przez śledczych wpisów, które przygotowywali pracownicy Internet Research Agency, pokazuje, że nie zawsze będzie chodziło o wsparcie konkretnego kandydata, czy zniechęcenie do konkretnej sprawy.

Może to być również inwestycje we wzmocnienie społecznych podziałów, polaryzowanie stanowisk, utrudnianie porozumienia pomiędzy skłóconymi obozami politycznymi. Bo państwo wewnętrznie skłócone to państwo słabe, podatne na zewnętrzne ingerencje. To przeciwnik, którego łatwo rozgrywać. XVIII-wieczna historia Polski boleśnie nam o tym przypomina. Patrząc na efekty dochodzenia Roberta Muellera, nie możemy spać spokojnie.