Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jan Woźniak  2 listopada 2018

Wojna w dobie fake news. O filmie „Donbas”

Jan Woźniak  2 listopada 2018
przeczytanie zajmie 5 min

Doniecka wizja Galicji jako przenikniętej nacjonalizmem nie narodziła się w 2014 r., lecz już w latach 90. Przyczyniła się do tego nie tylko rosyjskojęzyczna i specyficznie proletariacka kultura Donbasu, ale też kryzys gospodarczy, który uniemożliwił obwodowi donieckiemu zachowanie odziedziczonej po czasach sowieckich pozycji gospodarczej. Tym niemniej to właśnie od czasów „rosyjskiej wiosny” z 2014 r. zaczęto postrzegać walkę z Kijowem poprzez analogię do mitu „wielkiej wojny ojczyźnianej”, w której narody ZSRR miały stoczyć zwycięską walkę z nazistami. „Donbas” Siergieja Łoznicy ma szansę przetrwać próbę czasu, pozostając – po odpadnięciu bieżącego kontekstu – paradokumentalną opowieścią o Miejscu, w którym toczy się wojna. I złowróżbną przestrogą przed siłą oddziaływania medialnego fałszu.

Gdy teatr i wiadomości są tak blisko

„Donbas” to obraz stylizowany na dokument. Siergiej Łoznica serwuje widzowi około piętnastu z reguły co najwyżej luźno ze sobą powiązanych scen. Główni bohaterowie filmu to nie Ukraińcy, separatyści, cywile, żołnierze czy politycy. Próżno próbować przyzwyczaić się do którejś z postaci. Każda z nich zaraz bowiem zniknie, czasem w brutalnym ucięciu kadru, a kamera przeniesie nas w zupełnie inne miejsce. Pomimo takiej połatanej konstrukcji obraz zawiera jednak pewną spójna wizję. Główna rola przypadła bowiem samej Donieckiej Republice Ludowej, której liczne oblicza przesuwają się przed naszymi oczami.

Jednym z leitmotivów obrazu Łoznicy jest przewijające się przez cały film poczucie sztuczności, pewnego zainscenizowania otaczającej mieszkańców Donbasu rzeczywistości. Mamy do czynienia z grą, w której kreuje się alternatywny, zafałszowany obraz świata.

Tak jest chociażby w scenie, w której przedstawiciel donieckiego układu władzy przekonuje zgromadzonych w pokoju członków personelu szpitala położniczego, że ich dotychczasowy niedostatek spowodowany był chciwością lekarza kierującego placówką. Jednak teraz wszystko ma wrócić do normy, bowiem nowa władza ludowa wprowadziła wreszcie upragniony porządek. Po długim, pełnym emfazy przemówieniu separatysta pożegna pielęgniarki i otworzy boczne drzwi do wolnej od fałszu rzeczywistości. A za drzwiami tymi będzie już czekał ów lekarz, wręczając sowitą łapówkę w zamian za ochronę i pomoc w wywiezieniu go ze strefy działań wojennych.

W tym kontekście mottem całego obrazu jest pierwsza, stanowiąca niejako prolog scena. Ucharakteryzowani na zwykłych mieszkańców Donbasu aktorzy opowiadają do kamery o tragicznych w skutkach bombardowaniach, jakie przeprowadza ukraińska armia. Widz ma świadomość, że to farsa, ponieważ widział wcześniejsze przygotowania do odegrania tego spektaklu, ale to zasługa jedynie zastosowanej przez reżysera kompozycji szkatułkowej. Celem Łoznicy jest jednak nie tylko proste pokazanie zafałszowania donieckiej rzeczywistości, ale równocześnie nawiązanie porozumienia z widzem, dziś regularnie atakowanym fake newsami. „Gdy teatr i wiadomości są tak blisko, jak dziś, gdy w relacjach, które mają naświetlać rzeczywiste tematy pojawia się element aranżowania, regulowania, czasami trudno powiedzieć, co jest co. Każdy utrwalony na narzędziu rejestrującym kadr z definicji jest już zmanipulowany (…) Ale większość widzów nie zdaje sobie z tego sprawy i postrzega to, co widzi, jako prawdę” – skomentował sam reżyser w niedawnym wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Do dalszego ciągu sceny z aktorami zostaniemy przeniesieni pod koniec filmu, co zepnie swoistą klamrą całość opowieści Donbasie.

Gdy nie ma państwa

Z owym poczuciem pewnej fasadowości i inscenizacji współgra przekonanie o dysfunkcjonalności projektu politycznego, jakim jest Doniecka Republika Ludowa. Mowa tu o scenach, które bez retuszu ukazują prowadzone w schronach przeciwlotniczych życie tych spośród mieszkańców Doniecka, którzy albo zostali pozbawieni domów w wyniku działań wojennych, albo nie akceptują nowej władzy. „Żyjemy jak w epoce kamiennej” –powie gorzko jeden z mieszkańców podziemi. A po chwili doda: „Dziękujemy naszym prezydentom, naszym przywódcom”.

Trudno tu uciec od skojarzenia z chronologicznie wcześniejszym filmem Łoznicy, dokumentem pt. „Majdan”, w którym jeden z poetów obecnych podczas protestów deklamuje: „Państwo, co to takiego? To zgoda między ludźmi, dostatek w domu, silna armia”. Doniecka Republika Ludowa, projekt polityczny powstały w kontrze do kijowskiej rewolucji, nie jest w stanie zapewnić tych wartości swoim mieszkańcom, bo trudno tu nawet mówić o obywatelach. W Donbasie nie ma bowiem miejsca na podmiotowość. Każdy jej przejaw zostanie zbyty albo gładkimi słowami nowej władzy, albo – co gorsza – oskarżeniem o sympatyzowanie z „faszystami” z Kijowa.

Zanik państwa na terytorium DRL widać wyraźnie w scenie nocnego ataku na konwój samochodowy. Nie dowiemy się, czy widzieliśmy zlikwidowanie watażki o przerośniętych ambicjach, czy porachunki pomiędzy donieckimi „atletami władzy”, w rodzaju tych, w których zginęli Arsen Pawłow ps. „Motorola” czy Michaił „Giwi” Tołstych. A może to już po prostu hobbesowska wojna wszystkich ze wszystkimi?

O Miejscu, w którym toczy się wojna

Budowanie tożsamości Donbasu na kanwie historycznej konieczności walki z „faszyzmem” to inny, interesujący motyw filmu. Szczególnie wyraźnie widać to w rozmowie niemieckiego dziennikarza z jednym z separatystycznych dowódców, który – w fantazyjnej papasze i z szaszką u boku – w prostych, żołnierskich słowach wyjaśnia, że on i jego ludzi nie mogą ustąpić ani kroku w tył, bowiem w przeciwnym wypadku zostaliby wyrżnięci przez „faszystów”.

Ów lęk i nienawiść wobec „nacjonalistów z Kijowa” jawi się jako jedyny czynnik, uzasadniający istnienie Donieckiej Republiki Ludowej. Poza tym brak tu innej aksjologii. To znów ustawia w kontrze „antyfaszystowską” rewolucję na wschodzie Ukrainy w kontrze do kijowskiego powstania, któremu – w poprzednim filmie Łoznicy – towarzyszył maksymalizm etyczny i budowanie własnej tożsamości w opozycji do zepsutych do cna elit. Oczywiście należy pamiętać przy tym, że doniecka wizja Galicji jako przenikniętej nacjonalizmem nie narodziła się w 2014 r., lecz znacznie wcześniej, już w latach 90.. Przyczyniła się do tego nie tylko rosyjskojęzyczna i specyficznie proletariacka kultura Donbasu, lecz także kryzys gospodarczy, który uniemożliwił obwodowi donieckiemu zachowanie dawnej, odziedziczonej po czasach sowieckich pozycji gospodarczej. Tym niemniej to właśnie od czasów „rosyjskiej wiosny” z 2014 r. zaczęto postrzegać walkę z Kijowem poprzez analogię do mitu „wielkiej wojny ojczyźnianej”, w której narody ZSRR miały stoczyć zwycięską walkę z nazistami.

Jednak w obrazie Łoznicy brak jest wielkiej polityki. Nie usłyszymy znanych nazwisk, nie mamy też zresztą szans na poznanie imion większości bohaterów filmu, którzy w swej ogromnej masie pozostaną dla nas anonimowi. I dlatego „Donbas” ma szansę przetrwać próbę czasu, pozostając – po odpadnięciu bieżącego kontekstu – paradokumentalną opowieścią o Miejscu, w którym toczy się wojna. I złowróżbną przestrogą przed siłą oddziaływania medialnego fałszu.