Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  27 października 2018

Make Brazil great again? Przed niedzielnymi wyborami prezydenckimi

Andrzej Kohut  27 października 2018
przeczytanie zajmie 8 min
Make Brazil great again? Przed niedzielnymi wyborami prezydenckimi imagetico / Shutterstock.com

Ujawnienie skandali korupcyjnych na niespotykaną skalę, kryzys finansowy, wzrost ulicznej agresji i upadek autorytetu byłego i powszechnie lubianego prezydenta, który dziś odsiaduje wyrok, doprowadziły do tego, że w niedzielnej drugiej turze wyborów w Brazylii największe szansę na sukces ma kontrowersyjny Jair Bolsonaro. Jego prezydentura tylko pogłębi erozję dotychczasowego globalnego ładu. Na czele jednego z największych państw może stanąć polityk kwestionujący układy handlowe, lekceważący ochronę przyrody i zapowiadający większą brutalność w pracy policji. To kolejny objaw zachodzących w świecie przemian. Choć tym razem dotyczą one kraju bardzo od nas odległego, to nie powinny być lekceważone. Świat swobodnego przepływu ludzi i kapitału chwieje się w posadach.

Najgorszy kandydat?

Przylgnęła do niego etykieta brazylijskiego Donalda Trumpa. Jego prasowe opisy zawsze zawierają słowa „populista” i „radykał” w różnych kombinacjach. Jego znakiem rozpoznawczym są dwie dłonie z wyciągniętymi palcami wskazującymi i uniesionymi kciukami – jakby mierzył do kogoś z broni palnej.

Bo lubi broń. Uważa, że łatwiejszy dostęp do niej zapewniłby większy spokój w Brazylii, gdzie w ostatnim roku dochodziło do ponad stu pięćdziesięciu morderstw dziennie. Uważa też, że policja powinna mieć prawo częściej strzelać. Do tego, jako były żołnierz, kapitan brazylijskiej armii, ma dobre zdanie o dyktaturze wojskowej, która przecież zakończyła się nie tak dawno, bo w 1985. Ba, w często ostatnio cytowanej wypowiedzi z lat 90. miał powiedzieć, że można by do takiego modelu rządzenia wrócić. Osobliwa opinia u kogoś, kto stara się o urząd prezydenta.

To jednak nie jedyne jego słowa, o których przeciwnicy nie pozwalają mu zapomnieć. „Jesteś zbyt brzydka, żeby cię zgwałcić” – powiedział kiedyś do innej parlamentarzystki. „Gdyby mój syn okazał się homoseksualistą, byłoby lepiej gdyby nie żył” –mówił w wywiadzie.

Do tego nie wierzy w globalne ocieplenie. Planuje ograniczyć napływ uchodźców, którzy ostatnio liczniej napływają do Brazylii na przykład z Wenezueli. Chce też odwrócić prawodawstwo chroniące puszczę Amazońską, by umożliwić rozwój rolnictwa.

Nie trzeba chyba tłumaczyć, że zarówno brazylijska, jak i światowa liberalna lewica go nie kocha, delikatnie mówiąc. Jednak mimo bardzo licznych ataków medialnych Jair Bolsonaro pewnie zmierza po prezydencki fotel. Kilku punktów procentowych zabrakło mu do zwycięstwa w pierwszej turze, ale przed drugą poparcie dla niego deklaruje prawie 60% ankietowanych.

Nasuwa się pytanie: co się stało, że dla tak wielu ludzi tak kontrowersyjny kandydat wydaje się najlepszym rozwiązaniem?

Brazylia na zakręcie

Po uwolnieniu się od dyktatury w połowie lat osiemdziesiątych Brazylia weszła na drogę bardzo szybkiego rozwoju. Jej gospodarka przez lata była wymieniana nie tylko wśród najszybciej rosnących, ale też najbardziej obiecujących, co potwierdzała obecnością w gronie państw tworzących BRICS czy G20. Ukoronowaniem tego awansu Brazylii mogły się wydawać trzy wielkie imprezy, które zorganizowała w niewielkim odstępie czasu – Światowe Dni Młodzieży, mistrzostwa świata w piłce nożnej oraz Igrzyska Olimpijskie.

Szybko jednak pojawiły się rysy na tym obrazku – i nie chodzi tu o półfinałowy mecz, który reprezentacja Canarinhos w fatalnym stylu przegrała z Niemcami 7:1. Chwilę po zakończeniu Igrzysk w 2016 byłemu już gubernatorowi stanu Rio de Janeiro postawiono zarzuty.Przy okazji przygotowywania licznych obiektów sportowych, między innymi przebudowy słynnej Maracany, Sergio Cabral kierował przestępczym procederem polegającym na wybieraniu do robót jedynie tych firm, które odwdzięczały się sowitymi łapówkami. O korupcji w Rio mówiło się od dawna, jednak skala okazała się oszałamiająca. Cabrala oskarżono o przyjęcie w sumie 64 mln dolarów! Otrzymał kilkunastoletni wyrok więzienia, ale jego sprawa to zaledwie drobny ułamek ogromnego korupcyjnego skandalu, który wybuchł dwa lata wcześniej, w 2014 roku.

Operacja „Myjnia”

Zaczęło się od zwykłego dochodzenia. Śledczy podejrzewali, że sieć myjni i stacji benzynowych w stolicy państwa, Brasilii, jest wykorzystywana do prania brudnych pieniędzy. W jego wyniku udało się zatrzymać znanego wymiarowi sprawiedliwości z licznych nielegalnych operacji finansowych Alberto Youssefa.  Ten, po roku w więzieniu, zgodził się zeznawać. Doszło do niemal filmowej sceny, kiedy na spotkaniu z dwoma prawnikami Youssef wziął kartkę papieru i zaczął wypisywać nazwiska ludzi zamieszanych w korupcyjny proceder.

Śledczy nie chcieli uwierzyć w to, co zobaczyli. Jeden z nich, Tracy Reinaldet, wspominał później w wywiadzie dla magazynu Time: „Każdy w Brazylii wiedział, że korupcja jest potworem, który nas pożera. Ale nigdy nie widzieliśmy tego potwora. A wtedy stanęliśmy z nim oko w oko”.

W zeznaniach Youssefa szybko pojawiła się nazwa Petrobrasu. Petrobras to brazylijski koncern naftowy i zarazem filar gospodarki tego kraju – w 2014 odpowiadała za 14% PKB. Firma okazała się niewyczerpaną kopalnią pieniędzy dla jej szefów. Mechanizm ich pozyskiwania był stosunkowo prosty. Petrobras zlecał prace budowlane na ogromną skalę za pieniądze skarbu państwa. Zlecenia trafiały do z góry ustalonych kontrahentów, a cenny były celowo zawyżane. Znaczny procent nadwyżki wracał do prywatnych kieszeni członków zarządu Petrobrasu. Przy okazji bogaciło się kilka wielkich firm budowlanych, które dzięki uczestnictwu w tym procederze, miały nieustające zatrudnienie. Część nadwyżek była też przekazywana politykom w formie rozmaitych łapówek. Szacuje się, że tylko jedna ze spółek zamieszanych w tę aferę, Odebrecht, przeznaczyła na łapówki prawie 800 mln dolarów!

Co ciekawe, firma działała również poza Brazylią, gdzie także nie wahała się sięgać po korupcyjne oferty. Śledczy podejrzewają obecnie, że pieniądze Odebrechtu mogły trafić do rządzącego Wenezuelą Nicolasa Maduro, a także rządzących w Kolumbii czy Peru. Nazwiska brazylijskich polityków zamieszanych w tę aferę stały się jawne dzięki wspomnianej liście Alberto Youssefa.

Brazylia psuje się od głowy

Luiz Inacio da Silva, znany jako Lula, to ikona brazylijskiej polityki. Był znanym opozycjonistą z czasów dyktatury, założycielem Partii Pracujących, a po upadku reżimu parlamentarzystą i wreszcie w latach 2003-2011 prezydentem Brazylii. Uważano, że jego programy socjalne przyczyniły się do zmniejszenia nierówności społecznych, co przyniosło mu ogólnoświatową sławę i liczne nagrody (w 2011 otrzymał na przykład Nagrodę im. Lecha Wałęsy). Kiedy opuszczał urząd, cieszył się wciąż olbrzymim poparciem, które przełożyło się na wyborczy sukces jego wieloletniej współpracowniczki Dilmy Rousseff. Tym bardziej szokujące może być pojawienie się Luli na ławie oskarżonych – w związku z milionową łapówką, którą miał przyjąć w czasach swojej prezydentury. Obecnie Lula odsiaduje dwunastoletni wyrok więzienia.

Problemów nie uniknęli też jego następcy. Dilma Roussef, po tym jak jej popularność drastycznie spadła w wyniku potężnego kryzysu, który dotknął brazylijską gospodarkę, została odwołana w ramach procedury impeachmentu w 2016. Formalnym powodem były machinacje budżetowe, których dopuścił się jej gabinet. Zastąpił ją Michel Temer, któremu z kolei w 2017 postawiono zarzut przyjęcia łapówki od… koncernu Odebrecht. Zabrakło jednak zgody senatu, by Temera odwołać i postawić przed sądem. Jego immunitet wygasa w styczniu 2019 i po tym terminie sprawa może się pojawić na wokandzie.

Dilma Roussef, która jeszcze w 2013 była przez magazyn Forbes uważana za drugą najbardziej wpływową kobietą na świecie (po Angeli Merkel), również nie jest wolna od podejrzeń. Zanim została prezydentem, przez siedem lat zasiadała w zarządzie Petrobrasu. Wspominany już Youssef twierdził, że doskonale wiedziała o korupcyjnym procederze.

I choć żaden wyrok jej na razie nie obciąża, polityczna popularność pani prezydent przeminęła. W ostatnich wyborach bezskutecznie starała się o mandat senatora.

Sporą popularnością cieszy się za to Lula. Jeszcze niedawno utrzymywał, że zamierza wystartować w tegorocznych wyborach prezydenckich i… był liderem sondaży. Mimo, że przebywał w więzieniu, z perspektywą wieloletniej odsiadki. Dopiero pod koniec sierpnia Najwyższy Trybunał Wyborczy orzekł (a i to nie jednogłośnie!), że Lula, jako skazany za korupcję, nie nadaje się na prezydenta.

Wtedy Lula zdecydował się przekazać swoje poparcie nowemu kandydatowi swojej partii, Fernandowi Haddadowi, który do tej pory był przygotowywany do roli wiceprezydenta. Mimo tak późnego włączenia się do wyścigu (zaledwie miesiąc przed głosowaniem), Haddad zgromadził prawie 30% poparcia i w niedzielę powalczy w drugiej turze z Jairem Bolsonaro. Nie wiadomo, czy samo poparcie Luli wystarczy, żeby zasypać przepaść dzielącą kandydatów (50% do 35% dla Bolsonaro w sondażach).

Gniew wyborców

Sympatia do Luli może nie uśmierzyć żalu, jaki wielu Brazylijczyków żywi do swojej elity politycznej. Złożyły się na niego nie tylko ogromne skandale korupcyjne, ale też największa w historii recesja rosnącej dotąd gospodarki, która przypadła na lata 2014-2017. Towarzyszył jej dwukrotny wzrost bezrobocia.

Dla ratowania sytuacji ekonomicznej ekipa prezydenta Temera zdecydowała się na reformy w duchu wolnorynkowym i cofnięcie części socjalnego ustawodawstwa Luli, co wzbudziło wściekłość znacznej części elektoratu. Nie można też zapomnieć o poważnym problemie z przestępczością objawiającym się choćby rekordową ilością zabójstw w ubiegłym roku.

Przedwyborcze emocje są niezwykle rozbudzone. Odnotowano kilkadziesiąt ataków o podłożu politycznym. Były ofiary śmiertelne. Ataku nożem o mało nie przypłacił życiem faworyt, Jair Bolsonaro. A to właśnie on, odkąd stało się jasne, że w wyborach nie wystartuje Lula, stał się ucieleśnieniem ludowego gniewu.

Rewizja globalnego ładu dotarła do Brazylii

„On chciał, by Ameryka była znowu wielka. Ja chcę by wielka znowu była Brazylia” – stwierdził Bolsonaro. Pokazał wprost, że wcale nie zamierza odcinać się od porównań do prezydenta Trumpa. Od amerykańskiego przywódcy czerpie też inspiracje co do kierunku w polityce zagranicznej: więcej pragmatyzmu, mniej idealizmu, rewizja sojuszy oraz uczestnictwa w międzynarodowych układach takich jak Mercosur czy BRICS.

Można się więc spodziewać mniejszej stabilności w Ameryce Łacińskiej. Bolsonaro zapowiada też większą niezależność od Chin. „Nie jest prawdą, że Chiny kupują w Brazylii. Chiny kupują Brazylię!” mówił odnosząc się do chińskich inwestycji w swoim kraju.

Niewątpliwie, wybór Bolsonaro tylko pogłębi erozję dotychczasowego globalnego ładu. Na czele jednego z największych państw może stanąć polityk nie tylko kwestionujący układy handlowe, ale także nie liczący się choćby z ochroną natury (wielkie szkody mogą spotkać bezcenną amazońską Dżunglę). Niepokoić może również zapowiedź większej brutalności ze strony policji. To szczególnie ważne w kraju, w którym w ciągu ostatniego roku kilka tysięcy osób zginęło z rąk policjantów.

Wybór Bolsonaro może być kolejnym objawem zachodzących w świecie przemian. Choć tym razem dotyczą one kraju bardzo od nas odległego, nie powinny być lekceważone. Świat swobodnego przepływu ludzi i kapitału chwieje się w posadach.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania na łamach portalu Visegrad Plus. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!