Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Mazur: największą społeczną szkodę wyrządzamy naszym dzieciom poświęcając im tak wielką uwagę

przeczytanie zajmie 4 min

Kiedyś zaangażowanie w życie szkoły podyktowane było wiarą, że dzieje się w niej coś niezwykle dobrego i ważnego, czego chcemy być częścią. Dziś dużo bardziej podszyte jest naszym lękiem, że może w niej zdarzyć się coś tak strasznego, że na zawsze „zepsuje” nasze dziecko – pisze prezes Klubu Jagiellońskiego dr Krzysztof Mazur w felietonie opublikowanym na portalu ngo.pl. Publikujemy fragmenty tekstu.

Jeśli ktoś chciałby doświadczyć, jak bardzo nie umiemy się porozumieć, w jak ciemnym zaułku jako społeczeństwo jesteśmy, powinien pójść na wywiadówkę w dowolnej szkole. Spotka tam nas, społecznych analfabetów, którzy nie potrafimy ze sobą normalnie rozmawiać.

Zaczął się rok szkolny, a wraz z nim powróciło pytanie: „jak tam w szkole? Jesteście zadowoleni?”. Pytanie to wraca jak bumerang w większości niezobowiązujących rozmów, jakie zaangażowani rodzice prowadzą ze sobą, gdy przez przypadek wpadną na siebie w piekarni albo przysiądą na chwilę na jednej ławce na placu zabaw. Nie rozmawiamy o tym, co u nas, u sąsiada, w Polsce czy na świecie, bo za bardzo skupieni jesteśmy na naszym „świadomym rodzicielstwie”.

Ogarnięcie tych wszystkich wyprawek szkolnych, kółek szachowych, treningów karate i kursów z hiszpańskiego („angielski ma w szkole, więc przyda mu się drugi język”) jest zbyt czasochłonne, by zawracać sobie głowę czymkolwiek innym, niż własnymi dziećmi

[CAŁY FELIETON PRZECZYTACIE TUTAJ]

Zaangażowanie podszyte lękiem

Zaangażowane rodzicielstwo można oceniać w różny sposób. Będą pewnie tacy, którzy widzą w nim coś niezwykle pięknego i potrzebnego. Po pokoleniu rodziców czasów transformacji, którzy mierzyli się z pędzącą inflacją i rosnącym bezrobociem, przez co nie mieli przesadnie dużo czasu, by zajmować się dziećmi, nastał czas nadrabiania międzypokoleniowej uwagi. Aktywni rodzice stanowią również świetny potencjał społeczny. Robert Putnam w swojej klasycznej już książce „Samotna gra w kręgle” zwraca uwagę, że stowarzyszenia łączące rodziców i nauczycieli (Parent-Teacher Association) były bardzo ważnym elementem społeczeństwa obywatelskiego USA. Nie trzeba jednak jechać aż za Ocean, by to dostrzec. Krzewienie edukacji w niższych warstwach społecznych konstytuowało także polską inteligencję. Na prowadzeniu wiejskiej szkoły opierało się przecież wiele „rodowodów niepokornych”.

Moje ocena tego zjawiska jest jednak dużo bardziej krytyczna. Dostrzegam wiele różnic pomiędzy naszym zaangażowanym rodzicielstwem a postawą zaangażowanej inteligencji przełomu XIX i XX wieku. Podstawowa różnica polega na zaufaniu do ludzi.

Kiedyś zaangażowanie w życie szkoły podyktowane było wiarą, że dzieje się w niej coś niezwykle dobrego i ważnego, czego chcemy być częścią. Dziś dużo bardziej podszyte jest naszym lękiem, że może w niej zdarzyć się coś tak strasznego, że na zawsze „zepsuje” nasze dziecko.

Chcemy być obecni w życiu naszych dzieci, by zareagować na czas, gdy spotka je jakieś niebezpieczeństwo.

Nauczmy dzieci, że nie są pępkiem świata

Dlatego zamiast szukać tej jednej, idealnej szkoły, gdzie nasze dziecko spotka tylko inspirujących nauczycieli, a koledzy z klasy nigdy nie będą się naśmiewać z jego odstających uszu, może lepiej zapytajmy samych siebie: dlaczego tak mało w nas zaufania do innych? Dlaczego nauczyciele nie ufają rodzicom, a rodzice nauczycielom? Dlaczego nie ufamy naszym dzieciom, że dadzą sobie w życiu radę, nawet jeśli spotka ich w szkole jakaś obiektywna przykrość?

A na koniec, dlaczego nie ufamy samym sobie, że nawet bez tych wszystkich kółek szachowych, bez tak wielkiego zaangażowania w życie dziecka, i tak jesteśmy dobrymi rodzicami?

Paradoksalnie, być może największą społeczną szkodę wyrządzamy naszym dzieciom poświęcając im tak wielką uwagę. Jeśli naprawdę chcielibyśmy ich nauczyć życia z innymi, to może warto zacząć od tej podstawowej lekcji, że nie są one pępkiem świata.