Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Kędzierski  6 września 2018

Nawet emerytura obywatelska nas nie uratuje [KLUB JAGIELLOŃSKI]

Marcin Kędzierski  6 września 2018
przeczytanie zajmie 6 min

Załóżmy, że jakimś cudem, wbrew różnym grupom interesu, uda się wprowadzić emeryturę obywatelską. Pójdźmy dalej – przyjmijmy, że uda się ją wprowadzić w wersji poszerzonej o emeryturę rodzinną. Poszalejmy – uda się podwyższyć/uelastycznić wiek emerytalny. Nawet w tym optymistycznym scenariuszu staniemy przed wyzwaniem z czego finansować państwo, gdy w 2050 roku na 100 pracujących będzie przypadało ponad 60 osób w wieku poprodukcyjnym. Niezbędne okażą się zupełnie nowe instrumenty, które pozwolą nam opodatkować majątek, własność intelektualną, przepływy finansowe, roboty, a może nawet i kapitał społeczny.

Dyskusja o pożądanym kształcie polityki emerytalnej nie może być prowadzona w oderwaniu od rozważań dotyczących kształtu polityki podatkowej, społecznej, zdrowotnej, demograficznej czy last but not least ‒ rodzinnej. Z tego powodu tekst wprowadzający do trzeciej odsłony „Spięcia” autorstwa Stefana Sękowskiego z „Nowej Konfederacji” jest niezwykle cennym i dobrze uargumentowanym głosem, z którym w środowisku Klubu Jagiellońskiego w większości się zgodzimy. Może z jedną małą różnicą ‒ przynajmniej niektórzy z nas są bardziej sceptyczni co do szans uratowania sytemu emerytalnego w kształcie, jaki znamy z XX wieku.

W latach 2008‒2009, kiedy rozpoczynał się globalny kryzys finansowy, przeprowadzałem wywiady ze świadkami pontyfikatu Jana Pawła II. Jednym z moich rozmówców był premier Jan Krzysztof Bielecki, w tamtym czasie (marzec 2009) prezes zarządu dużego banku. Pamiętam do dziś jedno ze zdań, które padło na zakończenie tamtej rozmowy. Bielecki stwierdził, że nikt nie zdaje sobie jeszcze sprawy, jak ogromne skutki dla wszystkich sfer życia niesie ze sobą ówczesny kryzys finansowy we wszystkich swoich odsłonach (nota bene wielu do dziś ma z tym problem).

Jedną z pierwszych osób, która próbowała kompleksowo uchwycić zjawisko globalnego kryzysu, był papież Benedykt XVI. W wydanej w czerwcu 2009 roku encyklice Caritas in veritate pisał on tak: „Aspekty kryzysu i jego rozwiązań, a także możliwego nowego rozwoju w przyszłości są coraz bardziej ze sobą powiązane, nawzajem na siebie oddziałują, konieczne jest ich całościowe zrozumienie oraz dokonanie nowej syntezy humanistycznej. (…) Kryzys zmusza nas do przemyślenia na nowo naszej drogi, do przyjęcia nowych reguł i znalezienia nowych form zaangażowania, do korzystania z pozytywnych doświadczeń, a odrzucania negatywnych. W ten sposób kryzys staje się okazją do rozeznania sytuacji i czynienia nowych projektów. Z takim nastawieniem, raczej ufności niż rezygnacji, należy stawić czoło obecnym trudnościom”.

Odpowiedzią, którą papież wskazywał na kartach encykliki, była potrzeba zrozumienia na nowo i zaadaptowania do wymogów rzeczywistości prawdy o relacyjnej naturze człowieka, a co za nią idzie zasad wspólnotowego życia, wzajemnej solidarności, braterstwa i logiki daru.

Kryzys strukturalny

Ktoś spyta, po co przywołuję encyklikę sprzed prawie 10 lat w dyskusji o systemie emerytalnym. Można przecież założyć, że system emerytalny w modelu repartycyjnym, który znamy od końca XIX wieku, może swobodnie realizować zasadę międzypokoleniowej solidarności. Pytanie jednak, czy publiczne systemy emerytalne, bazujące na zaufaniu do samego systemu, są w stanie przetrwać w pokryzysowych okolicznościach? Czy te okoliczności różnią się wyraźnie od tych, z którymi mieliśmy do czynienia jeszcze kilkadziesiąt lat temu? Czy przypadkiem nie musimy „na nowo przemyśleć naszej drogi”?

To ostatnie pytanie stoi i będzie stać u podstaw każdej z poprzednich i każdej z następnych edycji „Spięcia”. Musimy sobie odpowiedzieć, czy mamy do czynienia ze zwykłym kryzysem funkcjonowania szeroko rozumianego systemu, czy też może z jego kryzysem strukturalnym?

Odpowiedź ta ze względu na złożoność systemu (systemów) i brak naszych zdolności do ogarnięcia całości może mieć co najwyżej charakter tzw. educated guess, a w praktyce musi bazować na intuicji. Ta podpowiada, że gdybyśmy byli świadkami wyłącznie kryzysu funkcjonalnego, to moglibyśmy z powodzeniem szukać rozwiązań naszych problemów z demokracją, edukacją, ochroną zdrowia, emeryturami, demografią etc. wśród znanego repertuaru środków. Obserwacja, że te rozwiązania przestają działać lub są daleko niewystarczające, skłania jednak do konkluzji, że mamy do czynienia z kryzysem drugiego rodzaju.

Jeśli zgodzimy się, że trwający de facto do dziś kryzys ma charakter strukturalny, poszukiwanie rozwiązań poszczególnych problemów politycznych powinniśmy zacząć od pytania, co jest jego źródłem? Pewnie to spore uproszczenie, ale podobnie jak Benedykt XVI upatruję go w postępującym procesie indywidualizacji oraz ekonomizacji życia.

Zatruty system

Co z tego wynika? Wróćmy do systemu emerytalnego w Polsce. Z pierwotnego modelu repartycyjnego został on wraz z wprowadzeniem OFE przekształcony w hybrydę repartycyjno-kapitałową, w której ta druga wywodzi się z czysto indywidualistycznej logiki. Oczywiście nie chodzi o to, aby zakazać ludziom oszczędzania na emeryturę. Problem w tym, że solidarnościowy system zarządzany przez państwo został „zatruty”. Skutkiem tego zatrucia było równoległe wprowadzenie do tzw. I filaru systemu zdefiniowanej składki, o którym pisał Stefan Sękowski – państwo stojące na straży solidarnościowego systemu obiecało ludziom, że składki to ich prywatna własność, a nie element wspólnotowego ubezpieczenia. Demontaż OFE na niewiele się zda – po 20 latach większość z nas uważa, że ma coś odłożone w ZUS, nawet jeśli kwota ta wydaje się śmiesznie niska. Jak w takiej sytuacji przekonać do solidarnościowej emerytury obywatelskiej, gdzie wysokość świadczenia w ogóle nie zależy od wysokości składek (w tym przypadku de facto podatków)?

Nie jest to jednak jedyny problem. Załóżmy, że jakimś cudem, wbrew różnym grupom interesu, uda się wprowadzić emeryturę obywatelską. Pójdźmy dalej – załóżmy, że uda się ją wprowadzić w wersji poszerzonej o emeryturę rodzinną. Poszalejmy – uda się podwyższyć/uelastycznić wiek emerytalny…

Pozostanie jednak pytanie, z czego finansować państwo, jeśli w 2050 roku na 100 pracujących będzie przypadało ponad 60 osób w wieku poprodukcyjnym, które jednocześnie będą miały radykalnie większe potrzeby w zakresie usług systemu opieki zdrowotnej. Nie trzeba zresztą czekać do 2050 roku – rocznik szczytu powojennego wyżu demograficznego (1955) osiągnie wiek emerytalny już w roku 2020, kiedy jednocześnie skończy się zastrzyk europejskich pieniędzy. W efekcie już trzecia dekada XXI wieku będzie sporym wyzwaniem dla finansów publicznych. Dlatego z uznaniem warto patrzeć na propozycje zmian systemu danin publicznych, takich jak choćby ta przedstawiona w raporcie Nowej Konfederacji autorstwa Andrzeja Mikosza.

Trzeba wzmocnić rodzinę

Jednak i one prędzej czy później okażą się niewystarczające. Potrzebujemy zupełnie nowych instrumentów, które pozwolą nam opodatkować majątek, własność intelektualną, przepływy finansowe, roboty, a może nawet i kapitał społeczny. Skoro w Chinach powstaje system oceny wiarygodności obywateli, od którego w praktyce, jak zauważył Amartya Sen, zależy zdolność konwersji statusu społecznego w majątek, to nic nie będzie stać na przeszkodzie, by tę wiarygodność, często przecież niezależną od człowieka, opodatkować.

Tylko czy zgodzimy się na tak daleko idącą fiskalizację życia? Czy nie uderzy ona w naszą konkurencyjność? Czy wreszcie nie spowoduje ona nadmiernego uzależnienia od pomocy państwa i nie doprowadzi do erozji więzi społecznych, wpychając nas jeszcze głębiej w indywidualizm? To pytania, na które będziemy musieli sobie odpowiadać szybciej, niż nam się wydaje.

Dlatego też w moim przekonaniu, niezależnie od wprowadzenia emerytury obywatelskiej, na dłuższą metę jedynym roztropnym rozwiązaniem problemów nie tylko polityki emerytalnej, ale i szeroko rozumianej polityki senioralnej, oświatowej czy społecznej, jest wzmocnienie wspólnot rodzinnych. Mam świadomość, że ta „podstawowa komórka społeczna” przeżywa obecnie wiele trudności, spowodowanych odmienianymi już przez wszystkie przypadki: indywidualizacją i ekonomizacją życia. Rozumiem, że mało kto pali się do brania odpowiedzialności za utrzymanie rodziców i opiekę nad nimi. Podobnie zresztą jak mało kto pali się do poświęcania wielu godzin dzieciom czy nawet ich „posiadania”. Jednocześnie jednak wiem, że niestety mało kto z mojego pokolenia może sobie pozwolić na odkładanie na emeryturę.

Jestem przekonany, że powtórne oparcie społeczeństwa na silnych wspólnotach rodzinnych jest bardzo mało prawdopodobne. Problem w tym, że bez odbudowania rodziny i jej społecznej roli system gospodarczo-społeczny prędzej czy później się rozpadnie, a nasze życie stanie się koszmarem, bo nikt nie stanie w obronie naszych praw w sytuacji, kiedy sami nie będziemy w stanie ich bronić.

Artykuł powstał w ramach projektu „Spięcie” realizowanego przez: redakcję Klubu Jagiellońskiego – klubjagiellonski.pl, Magazyn Kontakt, Kulturę Liberalną, Krytykę Polityczną i Nową Konfederację. Wszystkie tekst powstałe w ramach projektu znaleźć można tutaj.
Inicjatywa wspierana jest przez Fundusz Obywatelski zarządzany przez Fundację dla Polski.