Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kowalczyk  5 września 2018

Nie tylko Rosja. Węgierskie „otwarcie na Wschód”

Michał Kowalczyk  5 września 2018
przeczytanie zajmie 9 min

Viktor Orbán podkreśla, że polityka zagraniczna ma służyć interesowi węgierskiemu. Jej celem nie jest zbawianie świata i decydowanie, kto ma rację w danym sporze. Oficjalna rządowa strategia przewiduje rozwój relacji Węgier na polu gospodarki, polityki i kultury z państwami szeroko rozumianego Wschodu: poczynając od Rosji, poprzez Turcję, Azerbejdżan czy Kazachstan, a kończąc na Chinach czy Wietnamie. Według węgierskich elit nie da się powstrzymać chińskiej ekspansji inwestycyjnej w Europie, zaś celem rządu jest osiągnięcie z tego jak największych korzyści dla Węgier. Powstaje nowy porządek światowy, toteż polityczne oraz gospodarcze strategie muszą ewoluować. Coraz mniejsze znaczenie odgrywać będzie Zachód, podczas gdy zasoby finansowe kumulowane są na Wschodzie. Węgierska polityka zagraniczna wykazuje się niezwykłą elastycznością.

Rządy Viktora Orbána budzą emocje. Jednym z przedmiotów krytyki lub zachwytu jest prowadzona przez Budapeszt polityka zagraniczna, która wyłamuje się z ogólnie przyjętych schematów, zwłaszcza tych towarzyszących międzynarodowym oczekiwaniom względem polityki zagranicznej niewielkiego państwa Europy Środkowej. Pojęcie „interesu narodowego” (nemzeti érdek) na Węgrzech odmieniane jest przez wszystkie przypadki, a język węgierski ma ich całkiem sporo. Rząd podkreśla, że polityka (w tym wypadku zagraniczna) ma służyć interesowi węgierskiemu. Jej celem nie jest zbawianie świata i decydowanie, kto ma rację w danym sporze.

Nie chodzi tylko o „chemię” z Putinem

W Polsce największe kontrowersje budzi zwykle, że Orbán niejednokrotnie deklarował, że Węgry nie zamierzają brać udziału w krucjacie wymierzonej w Rosję i wyswobadzaniu kogokolwiek – choćby Ukrainy – od wpływów Moskwy, z którą zresztą Budapeszt posiada obecnie dobre stosunki. Wszystko jakby na przekór historii samego Fideszu, formacji przez lata nieszczególnie przychylnej Rosji. Niezależnie od oceny warto skonkludować, że rozmija się to z oczekiwaniami Warszawy.

Tymczasem budzące rozmaite reakcje podejście Węgier wobec Rosji wpisuje się w rządową Strategię Otwarcia Wschodniego (Keleti Nyitás Stratégiája), tłumaczoną u nas na ogół jako „otwarcie na Wschód”. Upraszczając zakłada ona rozwój relacji Węgier na polu gospodarki, polityki i kultury z państwami szeroko rozumianego Wschodu: poczynając od Rosji, poprzez Turcję, Azerbejdżan czy Kazachstan, a kończąc na Chinach czy Wietnamie. Wszystkie te państwa w ciągu ostatnich lat były odwiedzane przez przedstawicieli węgierskiego rządu. „Otwarcie na Wschód” ma zdywersyfikować partnerów handlowych Węgier i tym samym zmniejszyć uzależnienie od handlu z krajami Europy Zachodniej.

W czerwcu 2017 r. Orbán odwiedził Ankarę, gdzie odbywało się węgiersko-tureckie forum biznesowe. Zadeklarował wówczas, że Węgry stoją po stronie Turcji, a jej wsparcie jest konsekwencją strategii rządu węgierskiego, wedle której Turcja jest postrzegana jako sprzymierzeniec Budapesztu.  Stwierdził, iż Węgry nie przyłączą się do jakichkolwiek „antytureckich oświadczeń” wysuwanych przez kraje unijne, lecz będą konsekwentnie wspierać Turcję.

Zdaniem premiera Węgier leżąca u progu Europy Turcja chroni wnętrze starego kontynentu poprzez wypełnianie swoich zobowiązań dotyczących imigrantów, dlatego powinna traktowana z należytym szacunkiem. Zachęcił także do zacieśniania stosunków gospodarczych pomiędzy Budapesztem a Ankarą przedstawiając Węgry jako prosperujący kraj ze stabilną sytuacją wewnętrzną oraz imponującym eksportem.

Zadeklarował, że Węgrzy pragną skupić się na rozwijaniu stosunków z Turcją i nie zamierzają „prowokować” ani „pouczać” swoich partnerów. Turcja była w ostatnich latach odwiedzana kilkukrotnie przez innych przedstawicieli węgierskich władz, jak również przez polityków opozycyjnego Jobbiku.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na dane (OEC 2016) dotyczące węgierskiego handlu zagranicznego. Głównym odbiorcą węgierskiego eksportu były Niemcy (26%), dalej natomiast Stany Zjednoczone (5,2%), Rumunia (5,2%), Włochy (4,9%), Francja (4,6%) oraz Austria (4,5%). Kolejne miejsca zajęły: Słowacja, Wielka Brytania, Polska, Czechy oraz Hiszpania. Tylko 2,6% węgierskiego eksportu trafiło do Chin (mniej niż do wszystkich wymienionych wyżej państw), 1,6% do Rosji, 1,4% do Turcji, 1,1% do Japonii, a tylko 0,075% do Wietnamu.

Z tej perspektywy zatem „otwarcie na Wschód” wydaje się kuszącą perspektywą, jednak obecnie Węgry pozostają nadal niemal całkowicie uzależnione od handlu z krajami Unii Europejskiej. Tym można też tłumaczyć niejednoznaczną politykę Budapesztu względem Niemiec.

Pomimo zdecydowanej retoryki premiera Węgier wobec stanowiska Angeli Merkel ws. kryzysu imigracyjnego, stosunki gospodarcze niemiecko-węgierskie rozwijają się doskonale. Przykładem niech będzie niedawna decyzja koncernu BMW o budowie swojej fabryki w węgierskim Debreczynie.

Zarobić na Chińczykach jak najwięcej

Węgry są żywo zainteresowane w uczestniczeniu w chińskiej inicjatywie tworzenia Nowego Jedwabnego Szlaku. To właśnie Węgry były pierwszym państwem w Europie, które podpisały międzyrządowe memorandum z Pekinem (czerwiec 2015) w tej sprawie. Jeden z banków z Państwa Środka pożyczył pieniądze na modernizację linii kolejowej pomiędzy Belgradem i Budapesztem, istotnej dla wdrażania chińskiej strategii. Póki co jednak eksport Węgier do Chin jest znacznie niższy niż do Rumunii, Polski czy na Słowację (o Niemczech nie wspominając).

W maju 2017 r. Péter Szijjártó, węgierski minister spraw zagranicznych i handlu, spotkał się z przedstawicielami Węgierskiego Stowarzyszenia Handlu Zagranicznego (Magyar Külgazdasági Szövetség). Zarysował wówczas dość precyzyjnie podejście węgierskich władz do współpracy gospodarczej z Chinami.

Stwierdził, że rządowa strategia otwarcia na Wschód zakłada nie tylko uzyskanie rynków eksportowych, lecz również przyciąganie kapitału na Węgry. Dodał, iż nie da się powstrzymać chińskiej ekspansji inwestycyjnej do Europy, zaś celem rządu węgierskiego jest osiągnięcie z tego jak największych korzyści dla Węgier. Zaznaczył też, że w Europie Środkowej najwięcej inwestycji chińskich skupiło się na Węgrzech.

Zdaniem Szijjártó powstaje nowy porządek światowy, toteż polityczne oraz gospodarcze strategie muszą ewoluować. Coraz mniejsze znaczenie odgrywać będzie Zachód, podczas gdy zasoby finansowe kumulowane są na Wschodzie, a firmy z Dalekiego Wschodu zyskują większy udział w światowym rynku.

Minister podkreślił, że w tworzącym się nowym modelu globalizacji należy zwrócić szczególną uwagę na sprawę interesu narodowego, a na pierwszy plan wysuwa się gospodarczy patriotyzm. Węgierska polityka zagraniczna powinna zatem reprezentować interesy gospodarcze państwa. „Otwarcie na Wschód” ma tutaj dla węgierskich władz strategiczne znaczenie.

Turański sentyment

Czy zgodnie z deklaracjami chodzi tylko o interesy? Nie sposób mówić o „otwarciu na Wschód” bez dotykania problematyki tożsamości Madziarów. Węgrzy są z pewnością jednym z „egzotyczniejszych”, co najmniej pod względem językowym, narodów Europy. Ich pochodzenie nie zostało jednoznacznie ustalone, co wiąże się z pojawiającym się czasem u Węgrów poczuciem bycia osamotnioną wyspą otoczoną przez morze ludów indoeuropejskich.

Obok powszechnie przyjętej teorii o członkostwie w grupie ugrofińskiej, pewną popularnością wśród Węgrów cieszy się wersja o przynależności do rodziny narodów „turańskich”. Najbliższymi pobratymcami Węgrów mają być Turcy, Tatarzy, Azerowie, Kazachowie, Kirgizi, a nawet Mongołowie.

Jakkolwiek postronnym obserwatorom ów turanizm wyda się zapewne zgoła fantastyczny, to warto podkreślić, że na Węgrzech co dwa lata organizowany jest huczny Festiwal „Kurultáj” (nazwa odnosi się do dawnej rady wodzów mongolskich), gdzie kilkadziesiąt tysięcy uczestników może zobaczyć rekonstrukcje historyczne, zapoznać się z wystawami oraz „kulturą turańską”, spotkać przedstawicieli dalekich narodów uznawanych za bratnie, a nawet ma możliwość zaznania noclegu w jurcie (rodzaj namiotu typowego dla koczowniczych ludów Wielkiego Stepu). Pewne zapotrzebowanie na tego rodzaju imprezę zatem istnieje.

Przed wojną na Węgrzech funkcjonowały różne stowarzyszenia turańskie, m.in. Towarzystwo Turańskie, które cieszyło się pewnym poparciem ze strony władz (w przeciwieństwie do skrajnych turanistów – zwolenników obrzędów neopogańskich). Wśród jego honorowych członków byli nawet przedstawiciele najwyższych władz państwa węgierskiego. Po drugiej wojnie światowej turanizm nie mógł liczyć na przychylność komunistycznych rządów, aby stopniowo odradzać się po tzw. transformacji ustrojowej. Do tej ideologii w niedalekiej przeszłości odwoływał się Ruch na rzecz Lepszych Węgier (określany po prostu Jobbikiem), a politycy tej partii odwiedzali państwa uznawane za turańskie.

Gábor Vona, jeszcze niedawno lider Jobbiku, złożył kilka lat temu wizytę w Turcji, gdzie mówił o pokrewieństwie węgiersko-tureckim oraz o konieczności budowy pomostów pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami. Stwierdził też wówczas, że woli religijnych muzułmanów od zlaicyzowanych mieszkańców świata Zachodu. Jobbik, chyba jako jedyna formacja nacjonalistyczna w Europie, oficjalnie popierał Azerów w sporze z Ormianami o Górski Karabach unikając tematu ludobójstwa na Ormianach dokonanego ponad sto lat temu przez Turków.

Coraz sprawniejsza wielowektorowość

Trzeba zauważyć, że o azjatyckim pochodzeniu Węgrów mniej ostentacyjnie wzmiankowali nawet politycy Fideszu. Działo się to tak długo, aż pojawił się kryzys imigracyjny, a wraz z nim zaprzestano nawiązywać do braterstwa z narodami w większości muzułmańskimi. Pragmatyzm polityczny nakazywał mówić Orbánowi o obronie chrześcijańskiej Europy, a Jobbik – przedstawiający się niedawno jako jedyna możliwa alternatywa wobec rządów koalicji Fidesz-KDNP – ograniczył odwiedziny domniemanych krewnych z Turcji czy Azerbejdżanu.

Pomijając aspekty ideologiczne trzeba dostrzec, że węgierska polityka zagraniczna wykazuje się niezwykłą elastycznością. Nie jest ukierunkowana wyłącznie na którąkolwiek ze światowych potęg lub sojuszy. Budapeszt posiada dobre relacje z Moskwą.

Jednocześnie – mimo krytyki ze strony Orbána wobec Angeli Markel w kontekście kryzysu imigracyjnego – świetnie rozwijają się stosunki gospodarcze z Niemcami. Wyrastają na regionalnego lidera w kontekście współpracy środkowoeuropejskiego. Następuje progres w stosunkach politycznych i gospodarczych z Austrią, Chorwacją, Rumunią, Serbią czy Słowacją (mimo zaszłości historycznych).

Pozycji Budapesztu nie osłabia coraz ostrzejszy konflikt dyplomatyczny z Ukrainą. Rząd węgierski czyni również wszelkie starania, aby rozwijać relacje z państwami Bliskiego i Dalekiego Wschodu, Turcją czy Kazachstanem.

Postawa Budapesztu dosyć znacząco różni się od polityki prowadzonej przez Warszawę, która nie poświęca tak znaczącej uwagi relacjom z krajami Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Tymczasem Warszawa orientuje się na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi oraz stara się ograniczyć rosyjskie wpływy w Europie Wschodniej, czym jednak Madziarzy nie są szczególnie zainteresowani. Węgry nie podzielają również entuzjazmu Polski wobec Stanów Zjednoczonych, choć relacje z Waszyngtonem uległy pewnej poprawie od czasu objęcia urzędu prezydenckiego przez Donalda Trumpa. Z czego zatem wynikają te różnice?

Po pierwsze, Węgry są krajem stosunkowo niewielkim i bardziej skłonnym do skupienia na doraźnych interesach, aniżeli na koncepcjach budowy wielkich sojuszy geopolitycznych. Po drugie, na Węgrzech praktycznie nigdy nie upowszechniła się jakakolwiek forma „mesjanizmu” względem sąsiednich narodów i uwalniania kogokolwiek od wpływów Rosji (jak chociażby tzw. giedroycizm w Polsce). Dlatego większość węgierskiego establishmentu nie manifestuje potrzeby solidarności np. z Ukrainą, a wręcz skłonna jest wykorzystać niekorzystne położenie tego kraju. Po trzecie, na Węgrzech znacznie powszechniejsze aniżeli w Polsce jest poczucie zdradzenia i oszukania przez szeroko rozumiany Zachód. Począwszy od traktatu z Trianon (1920), odbierającego Węgrom znaczącą część historycznych ziem, poprzez obojętną postawę mocarstw zachodnich względem powstania węgierskiego z 1956 r., a kończąc na bardzo silnej krytyce w stosunku do Węgier po powrocie Fideszu do władzy. Po czwarte, istotna jest postawa poszczególnych przedstawicieli władz Węgier, na czele z premierem Orbánem i ministrem Szijjártó, którzy stawiają na wielowektorową i elastyczną politykę zagraniczną obliczoną na realizację „interesu narodowego” Węgier.

Tej elastyczności i wielowektorowości z pewnością brakuje polskiej aktywności na arenie międzynarodowej, która przy węgierskiej jawi się jako całkowicie schematyczna i przewidywalna.

W najbliższych dniach na łamach portalu Klubu Jagiellońskiego ukaże się tekst polemizujący z oceną, że węgierska wielowektrowość może być inspiracją dla Polski. Jeżeli nie chcesz przegapić kolejnego artykułu, zapisz się na nasz newsletter!