Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Syzyfowe rodzicielstwo w epoce smartfonów

przeczytanie zajmie 7 min
Syzyfowe rodzicielstwo w epoce smartfonów shutterstock.com

W przeszłości zdecydowanie częściej w relacjach rodzice-dzieci dokonywał się transfer wiedzy oraz doświadczenia, i miał on charakter hierarchiczny: dzieci uczyły się od rodziców. Dzisiaj szybkość zmian jest tak duża, że coraz częściej to dzieci sprawniej poruszają się we współczesnym techno-świecie. W konsekwencji szczególnie mniej wykształceni, „analogowi rodzice” nie rozumieją ich codziennego sposobu spędzania czasu, używanego języka, systemu wartości, tego co dla dzieci jest ważne, popularne, co stanowi dla nich punkt odniesienia. Nic więc dziwnego, że rodzicom coraz trudniej z dziećmi rozmawiać i pomagać im w rozwiązywaniu problemów. Z prof. Barbarą Józefik, kierowniczką Pracowni Psychologii i Psychoterapii Systemowej w Klinice Psychiatrii Dzieci i Młodzieży Collegium Medicum UJ rozmawia Bartosz Brzyski.

W głośnym wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” prezes Polskiego Towarzystwa Neuropsychiatrycznego Bartosz Łoza mówił, że nad Wisłą zmagamy się z epidemią samobójstw, a Polacy mają bardzo duży problem z nieleczonymi zaburzeniami psychicznymi, z którymi w dodatku nie mają się do kogo zgłosić. Czy powinniśmy bić już na alarm?

Na co dzień prowadzę zespół zajmujący się terapią rodzin w klinice psychiatrycznej Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ze względu na ograniczenia finansowe mamy niespełna trzy etaty, a równie dobrze moglibyśmy zatrudniać 20 osób, a nowi pacjenci i tak by się zgłaszali. Dzisiaj w kolejce oczekuje już 60 rodzin- każda z nich powinna rozpocząć leczenie „na już”. Nasze możliwości działania są absolutnie minimalne w stosunku do potrzeb i rosnącej rok do roku liczby zgłaszających się rodzin.

Sprawy nie ułatwia także Narodowy Fundusz Zdrowia, który lepiej płaci za terapie indywidualne niż za rodzinne. W konsekwencji szkoleni przez nas terapeuci rodzinni mają później problem ze znalezieniem zatrudnienia. W tym sensie rzeczywiście trzeba bić na alarm i naciskać na szybkie wprowadzenie zmian w systemie leczenia, szczególnie na zwiększenie finansowania psychoterapii, w tym terapii rodzinnej.

Z jakimi problemami zgłaszają się pacjenci?

Wśród chętnych do rozpoczęcia terapii bardzo dużo jest nastolatków z zaburzeniami emocjonalnymi i zachowania, trudnościami szkolnymi, samookaleczeniami, objawami depresji, po próbach samobójczych, młodych ludzi uwikłanych w skomplikowane relacje rodzinne. Do tego dochodzi sporo dziewcząt z zaburzeniami odżywiania. Uogólniając, można powiedzieć, że mamy pełne spektrum problemów: od trudności natury wychowawczej po problemy psychiatryczne, które wymagają już hospitalizacji i to czasami kilkumiesięcznej. Tymczasem dzisiaj panuje tendencja do skracania pobytu w szpitalu, co jest to korzystne dla pewnej grupy pacjentów, ale inni potrzebują tej kilkumiesięcznej hospitalizacji.

Wymienione przez Panią zjawiska pokazują chyba pewną ewolucję w naszym podejściu do problemów rodzinnych. Wydaje mi się, że jeszcze dekadę temu patrzono na nie przez pryzmat ojca-alkoholika ze skłonnościami do przemocy, który znęca się nad członkami rodziny. Dzisiaj coraz częściej nacisk kładziemy na mniej „fizyczne”, a bardziej „psychiczne” aspekty tych rodzinnych problemów.

Tamta koncentracja na przemocy wynikała z odkrycia tego problemu w wymiarze społecznym. Pamiętam szkolenia, które na początku lat 90. przygotowali dla polskich psychoterapeutów i lekarzy psychoterapeuci z londyńskiego ośrodka terapii rodzin, zajmujący się od lat problemem przemocy i molestowania seksualnego w rodzinie. U nas w Polsce to było całkowite novum. Co nie znaczy, że problem nie istniał. Po prostu my go nie dostrzegaliśmy, zarówno jako środowisko medyczne, jak i społeczeństwo.

Dzisiaj na szczęście świadomość społeczna jest już zdecydowanie wyższa, nie brakuje też organizacji pozarządowych udzielających pomocy kobietom i dzieciom, gdyż to one najczęściej są ofiarami przemocy i molestowania w rodzinie. Pamiętajmy jednak o jednej kluczowej rzeczy- edukacja i pomoc terapeutyczna mogą wydatnie przyczynić się do zmniejszenia skali tych zjawisk, ale intensywność relacji wpisana w życie rodzinne sprawia, że całkowicie tych problemów w skali całego społeczeństwa nigdy nie wyeliminujemy.

W powszechnej świadomości społecznej, jak nie przemoc, to rozbite rodziny są kojarzone z hasłem „rodzinnych problemów”.

W ostatnich latach na w dyskursie społecznym pojawił się problem związany ze zjawiskiem tzw. eurosierot. Jeden rodzic wyjechał do pracy na Zachód, wraca na miesiąc, a kolejne pół roku przebywa we Włoszech czy Anglii. W takich rodzinach za wychowanie często odpowiadają dziadkowie, starsze rodzeństwo. To powoduje całą masę trudności: dzieci czują się zagubione, samotne, nie potrafią rozmawiać ani dzielić się własnymi problemami.

Czy w takim wypadku możemy potraktować wejście Polski do Unii Europejskiej jako negatywną cezurę, po której problemy rodzinne szczególnie mocno się nasiliły?

Aż tak, to nie. Zmieniła się nie tyle skala, co kierunek emigracji i łatwość znalezienia pracy poza Polską. Także przed 2004 rokiem mieliśmy bowiem wiele przypadków, w których rodzic wyjeżdżał do USA, kiedy dziecko miało 3 lata, miał przyjechać z prezentami na Boże Narodzenie, a kończyło się powrotem po 8 latach. W klinice prowadziliśmy terapie dla rodzin, w których dzieci znały swoich rodziców wyłącznie ze słyszenia, bo w tamtym czasie nie było Skype’a, tylko telefon stacjonarny. Kiedy taki rodzic wracał po latach, to życie rodzinne trzeba było budować tak naprawdę od nowa.

Dodatkowo te problemy są mocno zróżnicowane geograficznie: znajdziemy rejony Polski, gdzie ten odsetek rozdzielonych rodzin jest wyższy, są takie, gdzie problem jest mniej odczuwalny.

Jakie regiony przewodzą tej niechlubnej stawce?

Nie dysponuję niestety niezbędnymi danymi socjodemograficznymi. Mogę odwołać się tylko do doświadczeń zbieranych w naszym kontekście klinicznym. Często są to osoby z województw podkarpackiego i opolskiego.

 Zakładam, że wbrew pozorom pełne rodziny, które w niedzielne popołudnie możemy spotkać w parku, też zmagają się ze swoimi problemami.

Problemy występują w różnych  rodzinach, np. gdy rodzina jest pełna, ale rodzice są tak zapracowani albo nieobecni emocjonalnie, że nie mają czasu na budowę regularnej i bardziej pogłębionej relacji z dzieckiem.

Kultura popularna oraz współczesne wzorce konsumpcyjne każą nam otaczać się całą stertą technologicznych gadżetów, bez których nie wyobrażamy sobie życia: nowy smartfon, laptop, telewizor cyfrowy, sprzęt muzyczny. To wszystko wymaga coraz dłuższego siedzenia w pracy. W konsekwencji może już nie być czasu na zwykłą rozmowę po kolacji, sobotni spacer, wspólny wypad za miasto.

Jednocześnie te gadżety tworzą coraz trudniejszą do sforsowania barierę pokoleniową. Ciężko być rodzicem w epoce smartfonów.

Cyberprzestrzeń i nowoczesne technologie dokładają tylko nowych trudności do starych problemów okresu dojrzewania. Podstawowy problem polega na kryzysie dotychczasowego modelu autorytetu.

W przeszłości zdecydowanie częściej w relacjach rodzice-dzieci dokonywał się transfer wiedzy oraz doświadczenia, i miał on charakter hierarchiczny: dzieci uczyły się od rodziców. Dzisiaj szybkość zmian jest tak duża, że coraz częściej to dzieci sprawniej poruszają się we współczesnym techno-świecie. W konsekwencji szczególnie mniej wykształceni, „analogowi rodzice” nie rozumieją ich codziennego sposobu spędzania czasu, używanego języka, systemu wartości, tego co dla dzieci jest ważne, popularne, co stanowi dla nich punkt odniesienia. Nic więc dziwnego, że rodzicom coraz trudniej z dziećmi rozmawiać i pomagać im w rozwiązywaniu problemów.

Z tego powodu kluczem jest zbudowanie relacji bardziej partnerskiej, a nie hierarchicznej, opartej tylko na systemie zakazów i nakazów. Trzeba pokazać dzieciom, że może i rodzice nie mają kont w popularnych serwisach społecznościowych ani nie znają tych wszystkich jutuberów, którzy dla nich są atrakcyjni, ale mają im do przekazania doświadczenia i wartości bardziej uniwersalne, egzystencjalne, przydatne także w świecie nowych technologii.

Ważne jest wypracowanie u dzieci poczucia, że rodzina w tej dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości jest stałym punktem oparcia, czymś czego nie zastąpią im internetowe znajomości.

W tym kontekście na pierwszy plan wysuwa się kwestia wyboru momentu tej „technologicznej inicjacji”, a później wyznaczenia i respektowania odpowiednich zasad korzystania z nowych technologii.

Jakiś czas temu słuchałam audycji radiowej, w której jedna z fundacji zajmujących się tą tematyką proponowała wprowadzenie swoistej domowej konstytucji – zbioru zasad dla młodszych dzieci w wieku 8-10 lat, dotyczących tego, w jaki sposób i jak długo korzystać z komputera. Ten wiek nie był przypadkowy, bo wprowadzanie takich zasad dla 15-latków już nie będzie skuteczne.

Żeby te zasady zadziałały rodzic musi być jednak obecny codziennie i regularnie monitorować zachowanie dziecka, stopniowo ucząc je dyscypliny w korzystaniu z Internetu. Przede wszystkim jednak musi sprawić, aby dziecko zrozumiało sens tych reguł, zaakceptowało je, a nie traktowało jako uciążliwej przeszkody, którą trzeba omijać.

Co poza nowymi technologiami ma szczególnie negatywny wpływ na rozwój dzieci i młodzieży?

W ostatnim czasie rośnie w siłę zjawisko używania dopalaczy i substancji psychoaktywnych wśród młodzieży gimnazjalnej. Z badań dr Ewy Gomółki wynika, że w 2013 r. odnotowano 1079 przypadków zatruć, a w ciągu pierwszego półrocza 2014 r. było to już 1212 przypadków zatruć, w tym 3 zgony. Pokazuje to dynamikę narastania problemu, trudnego do rozwiązywania ze względu na łatwość dostępu do tych środków.

Kolejna rzecz to wciąż duża liczba dziewcząt u których rozpoznajemy anoreksję lub bulimie psychiczną. Szacuje się, że problem dotyczy około 2% populacji nastolatek. Jest pokłosiem obecnego w kulturze popularnej wzoru kobiecości i szczupłej sylwetki z okładek modnych czasopism. Młode dziewczęta w okresie dojrzewania chcąc dorównać tym wyretuszowanym ideałom, nie akceptują swojego ciała i chcą go za wszelką cenę zmienić. Dotyczy to zarówno dziewcząt w wieku 12, 13 lat, jak i starszych 17-, 18-latek.

Brak tej akceptacji coraz częściej pojawia się także u chłopców. Poddanie się presji ćwiczenia na siłowni, aby posiadać odpowiednie umięśnienie, kończy się często bigoreksją, zwaną też dysmorfią mięśniową, czyli zaburzeniem polegającym na braku akceptacji własnej, rzekomo niewystarczającej muskulatury. Trudno jest oszacować skalę tego zjawiska, gdyż brak jest szeroko zakrojonych badań. Uczęszczanie na siłownię jest spostrzegane jako przejaw dbania o ciało i w zbyt małym stopniu zwraca się uwagę na stosowaną  suplementację diety, często połączoną z używaniem sterydów anabolicznych, które mają doprowadzić do szybkiego zwiększenia masy mięśni. Z badań brytyjskich wynika, że około 46% mężczyzn z dysmorfią mięśniową przyznało się do używania sterydów.

U dziewcząt częściej niż u chłopców ten brak akceptacji przejawia się w samookaleczeniach- cięcie się jest sposobem regulowania własnych uczuć. Ta metoda ekspresji trudności jest czymś w kulturze młodzieżowej rozpowszechnionym – da się znaleźć całe fora internetowe poświęcone samookaleczeniom.

W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” wspomniała Pani o badaniach, w ramach których młodym Brytyjczykom pokazano zdjęcia piersi ich rówieśniczek, a naukowcy obserwowali ich rozczarowanie. W konsekwencji w Wielkiej Brytanii pojawił się pomysł ograniczenia dostępu do internetowej pornografii. Problem wykrzywienia rzeczywistości i podporządkowania go wirtualnym wzorcom to już zjawisko powszechne.

W pierwszej kolejności dotyczy ono dziewcząt. Pod kątem profilaktyki niezwykle pomocne jest demaskowanie tych technologicznych manipulacji, przedstawienie młodym dziewczynom jak za pomocą różnych programów tworzy się te idealnie proporcjonalne ciała. Takie „zajrzenie za kulisy” pozwala budować większy krytycyzm wobec medialnych i wirtualnych obrazów.

Często zdarza się, że chłopak „wychowany” na pornografii ma później problemy w realnym związku, bo jego partnerka „nie dorasta” do jego fikcyjnych oczekiwań? Czy wirtualne wzorce rodzą rozczarowanie analogową rzeczywistością?

U młodzieży ten problem jest mniej widoczny. Natomiast dostrzegam go w pracy z dorosłymi parami. Przeważnie chodzi o mężczyznę regularnie korzystającego z pornografii. Konsekwencją jest później bardzo rzadkie współżycie w małżeństwie. Dlaczego? Bo okazuje się, że wypracowane przez lata nawyki, uwarunkowania na pewien określony typ obrazu i pobudzenia seksualnego, łatwość dostępu do pornografii sprawiają, że seks w świecie rzeczywistym nie jest już tak atrakcyjny. Trzeba się bardziej starać, otworzyć na potrzeby partnerki, nie skupiać wyłącznie na sobie, zbudować faktyczną relację. Kilka kliknięć myszką już nie wystarczy. Ten problem staje się już problemem prawdziwie społecznym.

Patrząc na rosnącą liczbę rozwodów, trzeba się cieszyć, że pary z takimi problemami w ogóle rozpoczynają terapię…

Oczywiście to korzystne zjawisko. Chociaż nie zawsze te terapie, nawet wieloletnie, kończą się sukcesem. Czasami różnice są tak rozległe i tak zasadnicze, że rozstanie może być właściwszym rozwiązaniem, zarówno dla małżonków, jak i dzieci. Zdarzają się bowiem sytuacje, w których jeden z partnerów wręcz choruje, pojawiają się objawy depresji. W tym miejscu trzeba zadać sobie pytanie: czy warto? Może lepiej, aby rodzice rozstali się, a swoją energię i siłę przeznaczyli na wychowanie dzieci, troskę, regularny kontakt z nimi. Takie trwanie  związku za wszelka ceną, gdy istnieją konflikty, napięcia lub trwające całymi tygodniami „ciche dni” nie działa dobrze na dzieci. Niedawno miałam pacjentkę, która powiedziała że bardzo żałuje, że jej rodzice rozwiedli się dopiero po tym jak poszła na studia. Do teraz ma złe wspomnienia i emocje związane z życiem rodzinnym. Jakkolwiek brutalnie to brzmi, zdarzają się sytuacje, kiedy koszt rozwodu jest mniejszy niż dalszego trwania relacji małżeńskiej.

Czy dzisiaj jest trudniej być rodzicem niż 20 czy 40 lat temu?

Na pewno jest inaczej. 50 lat temu jak dziecko przyszło do szkoły z brudnymi rękoma, to nikt specjalnie nie zwracał na to uwagi. Dziś pojawiłyby się już pytania o poziom higieny w domu tego dziecka, zachowanie rodziców, poziom opieki etc. Mamy znacznie większe oczekiwania wobec rodziców: dbania o rozwój fizyczny, społeczny, emocjonalny, stymulowania rozwoju intelektualnego, inspirowania do pogłębiania zainteresowań i kreatywności. To jest oczywiście korzystne, z drugiej jednak strony tworzy dużą presję.

Rozwój neuronauki na przestrzeni ostatnich dekad pokazał jak złożona jest opieka nad małym dzieckiem, jak wiele czynników wpływa jego wychowanie. Ta wiedza coraz bardziej jest popularyzowana i rodzice mają świadomość swojej odpowiedzialności. Często rodzi to stres u młodych rodziców, zwłaszcza matek: problemem staje się nie to, co robią, ale czego nie robią. Może trzeba wysłać już maluszka na specjalne rozwijające zajęcia? Może już czas na lekcję języka obcego?

To właśnie rosnąca świadomość złożoności wychowania i wyzwań z tym związanych odpowiada za rosnącą liczbę zgłoszeń do ośrodków pomocy rodzinie?

W dużym stopniu tak. Rośnie świadomość profesjonalistów, rodzin, nauczycieli w szkole, kuratorów. Nawet sądy coraz częściej kierują na terapie. Nie zmienia to faktu, że jednocześnie tych ośrodków terapeutycznych w Polsce jest wciąż bardzo mało.