Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Sutowski  5 lipca 2018

Pomysł świetny, ale na realizację stanowczo za wcześnie [KRYTYKA POLITYCZNA]

Michał Sutowski  5 lipca 2018
przeczytanie zajmie 5 min

W obecnych warunkach politycznych propozycja pisania konstytucji niejako obok konfliktu partyjnego to próba wyciągnięcia siebie samego za włosy z bagna. Bo czy można przezwyciężyć polityczną polaryzację (zwłaszcza leżącą w interesie biegunów konfliktu, zwłaszcza zaś tego silniejszego) tworząc najwyższe prawo, którego dobry kształt i społeczna legitymizacja wymagają jednak uprzedniego… zniesienia polaryzacji? Sądzę, że o praktyczną realizację tego pomysłu będzie niezwykle trudno. Nie znaczy to bynajmniej, że pomysł naszych konserwatywnych kolegów i koleżanek to tylko czysta fantazja. Po prostu dojrzeć musi do niej układ polityczny.

Wygląda na to, że krakowscy konserwatyści zaszli nas od demokratycznej flanki. Klub Jagielloński wzywa prezydenta Dudę do rezygnacji z referendum konstytucyjnego w zaplanowanej na 10 i 11 listopada formie i uruchomienia masowego – wzorowanego na doświadczeniu Islandii – procesu pisania nowej konstytucji.

Co ważne, autorzy pomysłu nie skupiają się na treści ani kierunku zmiany ustroju Rzeczpospolitej, lecz na samym dziele jego tworzenia. Powszechne uczestnictwo i przejrzystość procesu umożliwią, ich zdaniem, wyjście poza obecną polaryzację, w warunkach której niemożliwa jest ponadpartyjna zgoda na ustawę zasadniczą.

Powodzenie całej procedury – od wielkiej ankiety konstytucyjnej, przez obywatelską komisję, która jej wnioski uporządkuje, aż po obywatelski panel formułujący kierunkowe pytania do referendum rozpisanego na wniosek prezydenta – byłoby zatem nowym otwarciem w polskiej polityce. Pozwoliłoby odbudować legitymację obywatelskiej wspólnoty nadszarpniętą przez wypaczenia III RP, a zarżniętą ostatecznie przez zamach PiS na obecną konstytucję. Brzmi to wszystko naprawdę dobrze, a dla lewicy stanowi nie lada zgryz – (hiper)demokrację trudno się bowiem lewicy krytykuje. A jednak spróbujmy.

Konstytucja nie jest zła

Na początek drobiazg: czy powszechne désintéressement wobec prezydenckiej inicjatywy debaty konstytucyjnej i referendum konsultacyjnego ws. kierunków jej zmiany to rzeczywiście „świadectwo niedojrzałości polskich elit”? Część z partii, ale także wielu wyborców, po prostu uważa konstytucję z 1997 roku za dobrą, a problem widzi w jej łamaniu. Problem, dodajmy, polityczny –wynikający ze złej woli czy ideologii obozu rządzącego, nie zaś z obiektywnych wad samej ustawy zasadniczej. Ci bardziej krytyczni wobec jej kształtu w inicjatywie prezydenta widzą z kolei – również nie bez podstaw – grę „emancypacyjną” wobec własnego obozu, a nie poważną propozycję dyskusji, o ofercie ustrojowej nie wspominając.

Ze swej strony wejdę w buty konserwatysty i powiem, że lepsze bywa wrogiem dobrego. Owszem, konstytucję z 1997 roku, kierując się „liberalizmem strachu” po prezydenturze Lecha Wałęsy, pisano pod kątem zagrożeń nadmiernie autorytarnymi osobowościami. Owszem, nie miała ona poparcia pełnego spektrum politycznego (choć to nie wina centrolewicy, że prawica nie weszła w 1993 roku do Sejmu). Jak każdy dokument prawno-polityczny ustawa zasadnicza podlega krytyce i możliwej korekcie. O ile zapisana w niej aksjologia wydaje się nam bliska – tu i teraz – optymalnej („społeczna gospodarka rynkowa” wpisana za sprawą Unii Pracy, ekumeniczna preambuła…), wiele rozwiązań szczegółowych warto na nowo przemyśleć.

Co najwyżej drobne zmiany

Wyraźnie niska u nas kultura politycznej kohabitacji (i w ogóle współpracy: o miejsce przy zagranicznym stole bili się przecież nie tylko Kaczyński z Tuskiem, ale nawet Kwaśniewski z Millerem w 2003 roku) sugeruje, że warto ujednoznacznić kompetencje w obszarze polityki zagranicznej – najlepiej na korzyść rządu jako ośrodka o najsilniejszej legitymacji (większość parlamentarna). W sprawie Trybunału Konstytucyjnego – w kontekście „opcji zerowej”, ale także z myślą o przyszłości – dobry pomysł zgłosił już sam Klub Jagielloński (sędziowie wybierani mocą 2/3 głosów). Warto rozważyć też wzmocnienie niezależności samorządów (aby nie były możliwe eksperymenty à la zawetowana próba zmian przepisów o Regionalnych Izbach Obrachunkowych) i przede wszystkim trójpodziału władz. Wreszcie, także poszerzenie katalogu praw obywatelskich. Co do zasady jednak zmiana treści ustrojowej konstytucji nie wydaje się dzisiaj najbardziej palącą potrzebą.

Dziś kluczowa jest legitymacja polityczna – powszechne uznanie dla obowiązywania konstytucji – która silniej niż jakiekolwiek progi i wymogi prawne sprzyja jej przestrzeganiu i funkcjonalności dla państwa i obywateli. Eksperci Klubu Jagiellońskiego liczą, że uda się ją uzyskać „wszczepiając by-pass” między państwem a obywatelami, który pominie skonfliktowane na śmierć i życie partie.

Tylko czy faktycznie?

Konstytucja mniej ważna niż partia

Powszechny, przejrzysty charakter uczestnictwa w rzeczowej deliberacji może pomóc uchronić samo referendum konstytucyjne przed losem plebiscytu: jesteś za czy przeciw władzy (zamiast: czy jesteś za systemem prezydenckim czy kanclerskim? Czy jesteś za wzmocnieniem roli referendum ogólnokrajowego? Czy jesteś za większą partycypacją lokalną?). Prawdziwa deliberacja sprzyjałaby zapewne jakości samej ustawy zasadniczej. Wreszcie, taki proces – gdyby się powiódł – pozwoliłby większości przyswoić konstytucję jako realną podstawę naszej wspólnoty politycznej. Dzisiaj jest im ona albo obojętna (wciąż najczęściej), albo wprost wroga (bo „uwolsko-postkomunistyczna”). Jeśli nawet jest „swoja”, to zazwyczaj dlatego, że PiS ją praktycznie łamie, a ideologicznie zwalcza. To rzeczywiście zupełnie inna sytuacja od np. amerykańskiej czy francuskiej, gdzie na wartości konstytucyjne („wartości republiki”) powołują się niemal wszystkie siły polityczne, zaś demokratyczny konflikt polityczny to w dużej mierze spór o ich interpretację.

To wszystko prawda… a jednak.

W obecnych warunkach politycznych propozycja pisania konstytucji niejako obok konfliktu partyjnego to próba wyciągnięcia siebie samego za włosy z bagna. Bo czy można przezwyciężyć polityczną polaryzację (zwłaszcza leżącą w interesie biegunów konfliktu, zwłaszcza zaś tego silniejszego) tworząc najwyższe prawo, którego dobry kształt i społeczna legitymizacja wymagają jednak uprzedniego… zniesienia polaryzacji?

Teoretycznie tak. Mogę sobie wyobrazić, że taka społecznie, oddolnie tworzona konstytucja rozsadza ramy konfliktu partyjnego, zaś na jego gruzach buduje się zupełnie nowy układ. Gdyby jednak miała faktycznie spełnić taką funkcję, to cały proces będzie sabotowany przez układ obecny – bo w „najlepszym” razie wzmocni prezydenta i osłabi spójność obozu władzy; w „najgorszym” zaś przestawi osie konfliktu i wykreuje nowych aktorów. Odrzucenie bowiem tak silnie legitymizowanego dokumentu (tj. wytycznych do zmiany konstytucji) na poziomie prac parlamentarnych byłoby politycznym samobójstwem głosujących. Jego przyjęcie może zaś wywrócić cały polityczny stolik.

I jeszcze druga rzecz – czy naprawdę będziemy w stanie deliberować o konstytucji abstrahując od gier partyjnych? Od kalkulacji, czy ten proces pomoże władzy czy opozycji? Tu najlepsza odpowiedź brzmi, rzecz jasna, „nie dowiemy się, zanim nie spróbujemy”.

Układ polityczny musi dojrzeć

Gdyby propozycja Klubu Jagiellońskiego znalazła polityczną artykulację (czytaj: prezydent przejąłby się ich apelem) oznaczałoby to niezły ferment w obozie władzy i ferment w ogóle – o ile oczywiście cały proces „uczestniczącej deliberacji” nie zostanie ustawiony pod interes partyjny rządzących. Sądzę jednak, z powodów wyżej wymienionych, że o jego praktyczną realizację będzie niezwykle trudno. Nie znaczy to bynajmniej, że pomysł naszych konserwatywnych kolegów i koleżanek to tylko czysta fantazja – po prostu dojrzeć musi do niej układ polityczny.

Skoro niemiecka chadecja mogła realizować postulaty tamtejszych Zielonych (wyjście z atomu), a katolicka polityczka realizować postulaty liberałów i feministek we Francji (ustawa Veil o dopuszczalności przerywania ciąży), nie widzę najmniejszego powodu, dla którego jakiś postępowy rząd Rzeczypospolitej Polskiej nie mógłby skorzystać z pomysłu konserwatywnych państwowców i podjąć inicjatywy „powszechnego pisania konstytucji”.

Rozumiem i sympatyzuję z ideą poszukiwania game-changera dla polskiej polityki, którą obecny układ niszczy wraz z jej społecznym otoczeniem. Skoro jednak konstytucję i tak ostatecznie musimy przegłosować w parlamencie, to najpierw tamtejszy układ sił musi się zmienić. Ja osobiście wolałbym, aby się przesunął na lewo i aby twarzą demokratycznych inicjatyw był raczej Robert Biedroń niż Andrzej Duda. To akurat kwestia moich i mojego środowiska preferencji. Jestem jednak przekonany, że bez nowego układu sił po wyborach w 2019 roku każdy tego rodzaju pomysł zostanie zdławiony w zarodku. Jeśli układ uda się zmienić, to jakiś nowy, lepszy rząd propozycję Klubu Jagiellońskiego będzie miał podaną na stole.

Artykuł powstał w ramach projektu „Spięcie” realizowanego przez: redakcję Klubu Jagiellońskiego – klubjagiellonski.pl, Magazyn Kontakt, Kulturę Liberalną, Krytykę Polityczną i Nową Konfederację. Wszystkie tekst powstałe w ramach projektu znaleźć można tutaj. Inicjatywa wspierana jest przez Fundusz Obywatelski zarządzany przez Fundację dla Polski.