Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  27 czerwca 2018

Zła zmiana. Dlaczego nowa ordynacja do Parlamentu Europejskiego to błąd?

Piotr Trudnowski  27 czerwca 2018
przeczytanie zajmie 10 min
Zła zmiana. Dlaczego nowa ordynacja do Parlamentu Europejskiego to błąd? Rafał Gawlikowski

W miniony piątek do Sejmu RP trafił projekt nowelizacji Kodeksu Wyborczego. Niestety, nawet jeżeli inicjatorom tej zmiany przyświecały szlachetne pobudki i merytoryczne argumenty, to jej uchwalenie wzmocni polaryzację polityczną, pozbawi dużą rzeszę wyborców reprezentacji politycznej, a w efekcie doprowadzi do pogłębienia kryzysu zaufania do demokracji i polskiego systemu partyjnego. Beneficjentów będzie dwóch: to Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska.

Nie udawajmy, że problemu nie ma

Ordynacja wyborcza do Parlamentu Europejskiego to najbardziej skomplikowana z ordynacji wyborczych i nic dziwnego, że pojawiła się inicjatywa jej modyfikacji. Warto zaznaczyć, że to specyficzne wybory, w których frekwencja w Polsce jest szczególnie niska. W 2004 roku wyniosła 20,9%, w 2009 – 24,53%, a w roku 2014 – 23,83%. Z tymi wynikami Polska zajmuje czwarte od końca miejsce w Unii (gorzej od nas w 2014 roku wypadła Słowenia, Czechy i Słowacja), a unijna średnia wynosi 43,1%. Dla porównania: w wyborach do Sejmu w 2015 roku głosowało ponad dwukrotnie więcej Polaków niż w jakichkolwiek eurowyborach, tj. 50,92% uprawnionych.

Jak dziś dzielone są mandaty? Do zdobycia mamy ich 52. To kompilacja dwóch metod podziału głosów. W pierwszym kroku eliminuje się partie i listy, które otrzymały mniej niż 5% głosów w skali kraju. Następnie dzieli się je między komitetami zgodnie z metodą d`Hondta. Następnym krokiem jest przyporządkowanie proporcjonalnie rozdzielonych mandatów do okręgów. Tutaj zaczynają się prawdziwe schody.

Obecnie mamy 13 okręgów. Pokrywają się z województwami z tym zastrzeżeniem, że jeden okręg tworzą następujące pary województw: małopolskie i świętokrzyskie, zachodniopomorskie i lubuskie, warmińsko-mazurskie i podlaskie oraz dolnośląskie i opolskie. Równocześnie dwa osobne okręgi mamy w województwie mazowieckim: jeden tworzy Warszawa z ośmioma powiatami, a drugi pozostałe 29 powiatów i trzy miasta na prawach powiatu.

Podział mandatów to wyższa matematyka

Na każdy okręg przypada niestała liczba mandatów: w praktyce zwykle od dwóch do siedmiu, choć możliwy jest też „jednomandatowy” okręg. Dla przykładu: po dwóch europosłów mają dziś mieszkańcy okręgów ze stolicami w Olsztynie, Lublinie i Łodzi, a po siedmiu – te z siedzibami w Krakowie i Katowicach. Wynika to z faktu, że liczba mandatów w praktyce jest dziś efektem liczby realnie oddanych głosów, a więc wypadkową dwóch czynników: ludności okręgu i faktycznej frekwencji wyborczej. Przed głosowaniem nie wiadomo do końca, ile mandatów biorących będzie w konkretnym okręgu. Wiadomo jednak na przykład, że w okręgach z dużą liczbą mandatów jest większa szansa na sukces, choć oczywiście zależy to też od poparcia w danym województwie.

Przykładowo: Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego w ostatnich eurowyborach zyskał 7,15% poparcia i zdobył cztery mandaty w okręgach: warszawskim (1 z 5), małopolsko-świętokrzyskim (1 z 7), śląskim (1 z 7) i dolnośląsko-opolskim (1 z 6). Było to w uproszczeniu efektem trzech czynników: dużej liczby mandatów do podziału w tych okręgach, dość równomiernego poparcia dla formacji konserwatywno-liberalnej w całej Polsce (od 5,78 w okręgu kujawsko-pomorskim do 8,68 w okręgu śląskim, gdzie liderem listy był szef partii) oraz szczególnie wysokich wyników ugrupowania Korwin-Mikkego w dużych aglomeracjach.

Równolegle również cztery mandaty w zgoła innych okręgach zdobyło Polskie Stronnictwo Ludowe: w pozawarszawskim okręgu mazowieckim (1 z 3), wielkopolskim (1 z 5), lubelskim (1 z 2) oraz małopolsko-świętokrzyskim (1 z 7). W tym wypadku było to wypadkową dwóch czynników: mandat z okręgu lubelskiego wynikał z nieproporcjonalnie wysokiego poparcia dla ludowców (aż 17,54% wyborców oddało tam głos na PSL; podobnie na Mazowszu, gdzie osiągnięto 15,62% poparcia), a z kolei ten w okręgu małopolsko-świętokrzyskim był efektem właśnie dużej liczby mandatów „do wzięcia” – w całym okręgu wynik PSL był bowiem niższy od ogólnopolskiego i wyniósł zaledwie 6,40% (przy średniej 6,80% w skali kraju).

Nie da się ukryć, że cały system jest skomplikowany i nie dziwi, że uzasadniając swoją nowelizację posłowie PiS napisali, że „wyeliminowana zostanie, niezrozumiała dla wyborców i niczym nieuzasadniona, rywalizacja pomiędzy okręgami wyborczymi o liczbę mandatów. Sposób wyłaniania reprezentantów w okręgach będzie jasny i precyzyjny, jak ma to miejsce choćby w przypadku wyborów do Sejmu, przyczyniając się tym samym do wzrostu zainteresowania wyborami europejskimi, co z kolei bezpośrednio przekłada się na frekwencję wyborczą”.

Wybory do PE: szansa dla wyborczych start-upów

Nim przejdziemy do omówienia zmian zaproponowanych przez PiS, musimy zwrócić uwagę na jeszcze inny aspekt wyborów do Parlamentu Europejskiego. Choć sposób dzielenia głosów jest szczególnie zawiły, to z punktu widzenia partii są to w pewnym sensie wybory najłatwiejsze. Z tego powodu zdarzały się w nich zaskakująco dobre wyniki mniejszych ugrupowań, jak i sukcesy politycznych start-upów. Warto wymienić wspomniane 7,15% dla Nowej Prawicy w 2014 roku, ale też przykłady z 2004 roku: 15,92% dla eurosceptycznej Ligi Polskich Rodzin, 7,33% dla dogorywającej, ale wiarygodnej dla euroentuzjastów Unii Wolności, wreszcie 5,33% dla nowopowstałej Socjaldemokracji Polskiej Marka Borowskiego.

„Łatwość” wyborów do Parlamentu Europejskiego opiera się na dwóch elementach. Po pierwsze, frekwencja jest niska, więc udział w wyborach biorą najbardziej zdyscyplinowani, świadomi i zaangażowani wyborcy. Wśród nich poparcie dla mniejszych formacji jest zwyczajnie silniejsze, niż w ogóle głosujących np. w wyborach do Sejmu czy prezydenckich. Po drugie – dziś w wyborach do PE należy wystawić zaledwie 130 kandydatów, czyli po dziesięciu na każdy okręg. To istotnie niższy próg wejścia, niż w wyborach do Sejmu, gdzie potrzebujemy minimum 460, a maksymalnie (i optymalnie, bo niemal każdy kandydat to dodatkowe głosy rodziny czy sąsiadów) 920 osób! Jeszcze trudniejsze pod tym kątem są wybory samorządowe.

W efekcie: w wyborach do Parlamentu Europejskiego swoich sił mogą spróbować z szansą na sukces formacje mniejsze, mniej doświadczone i przede wszystkim- dysponujące ograniczonymi środkami na zarządzanie partią i kampanię wyborczą.

Dla partii pozbawionych subwencji budżetowej wystawienie pełnych list kandydatów w wyborach do Sejmu czy samorządowych jest ograniczeniem, które bardzo trudno jest przekroczyć. Wybory do Parlamentu Europejskiego są dla takich formacji ogromną szansą: by zaistnieć, odnieść sukces, nabyć doświadczenia wyborczego.

Nic dziwnego zatem, że właśnie w tych wyborach udało się odnieść pierwszy od 1991 roku sukces formacji Korwin-Mikkego. Nic dziwnego, że sił swoich ugrupowań w takich wyborach próbowali w 2009 r. Marek Jurek (ponad 4%), a w 2014 r. – Jarosław Gowin i Zbigniew Ziobro, którzy łącznie zdobyli ponad 7% głosów. Wszyscy trzej politycy prawicy zyskali właśnie dzięki eurowyborom realną kartę przetargową, by wynegocjować z Jarosławem Kaczyńskim takie warunki koalicyjne dla swoich formacji, które ostatecznie zaowocowały stworzeniem „Zjednoczonej Prawicy” i sukcesem wyborczym 2015 roku.

Nic wreszcie dziwnego, że w ostatnich miesiącach pisano o wielu rzekomych nowych inicjatywach, dla których testem mają być zaplanowane na maj 2019 roku wybory do Parlamentu Europejskiego. Wiele dyskutuje się o ewentualnym „projekcie politycznym” Roberta Biedronia. Według brzmiących raczej mało wiarygodnie pogłosek odrębną od Platformy Obywatelskiej listę miałby hipotetycznie poprzeć Donald Tusk, przygotowując sobie grunt do powrotu do krajowej polityki. Pojawiały się głosy, że możemy mieć do czynienia z polskimi odnogami paneuropejskich formacji: Emmanuela Macrona (tu kandydata na polskiego lidera widziano w Biedroniu lub Ryszardzie Petru) czy chcącego demokratyzować Unię Europejską lewicowego Diem25 animowanego przez byłego greckiego ministra finansów Janisa Warufakisa (tu naturalnym zalążkiem jest Partia Razem i środowisko Krytyki Politycznej).

Niewinna korekta, która zmieni polski system partyjny

Dopiero mając świadomość tych kontekstów można całościowo ocenić propozycję zmian w Kodeksie Wyborczym autorstwa parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości. Pozornie zmiana brzmi niewinnie: chodzi o to, by na każdy okręg przypadały minimum trzy mandaty. W praktyce „wzmocnione” zostaną okręgi: lubelski, łódzki oraz ten, na który składają się województwa warmińsko-mazurskie i podlaskie. Nie zdziwi pewnie nikogo, że choć w skali kraju PiS w ostatnich wyborach do PE nieznacznie przegrał z Platformą, to w każdym z trzech zyskujących na znaczeniu okręgach formacja Kaczyńskiego zwyciężyła z partią Tuska i Schetyny.

Niestety, konsekwencje tej zmiany idą znacznie dalej. Na łamach Rzeczpospolitej wyniki z 2014 roku przeliczył Michał Kolanko.

Okazuje się, że dwie największe partie zyskałyby kosztem mniejszych ugrupowań po pięć mandatów, a swój stan posiadania zmniejszyłby Sojusz Lewicy Demokratycznej (utrata 2 z 5 mandatów), Polskie Stronnictwo Ludowe (utrata 3 z 4 mandatów), a partia Korwin-Mikkego – mimo ponad 7% głosów nie miałaby żadnego europosła (z dzisiejszych 4)!

Wyliczenia w oparciu o sondażowe wyniki z czerwca bieżącego roku przeprowadził Marcin Palade. Wyniki nie zaskakują: na starych zasadach na mandaty liczyć może poza PiS i PO również PSL, Nowoczesna, SLD i Kukiz’15. Formacje te miałyby łącznie szansę zdobyć czternaście mandatów. Po zmianie, a bez połączenia się w większe bloki wyborcze – wszystkie te czternaście mandatów przypadnie dwóm największym partiom.

Równie ciekawa jest analiza wyników dla potencjalnych koalicji wyborczych. Okazuje się, że tylko „zblokowani” mają szansę na mandat. Co ciekawe: w sytuacji, w której dochodzi do zjednoczenia opozycji (Platforma Obywatelska, Nowoczesna, Polskie Stronnictwo Ludowe) przewaga Zjednoczonej Prawicy jest niewielka. Zgodnie z tą symulacją, gdy opozycyjny sojusz rozszerza się o SLD, to Prawo i Sprawiedliwość przegrywa wybory.

Istotą zmiany proponowanej przez polityków PiS jest zatem dalsze zabetonowanie polskiego systemu partyjnego. Dzięki 5-procentowemu progowi wyborczemu i subwencjom dla partii jest on już dziś bardzo stabilny, a nowym inicjatywom trudno się przebić. Zmiana ordynacji do Parlamentu Europejskiego to domknięcie jednego z nielicznych „okien możliwości” na rozhermetyzowanie systemu.

Trzy konkretne korzyści dla PiS

Teoretycznie dla partii Jarosława Kaczyńskiego oznacza to niemal same polityczne korzyści.

  1. Nowelizacja Kodeksu Wyborczego eliminuje szanse na pojawienie się na alternatywy dla Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Mówiąc dosadnie: gdyby Zbigniew Ziobro albo Jarosław Gowin zechcieli z jakichś powodów opuścić koalicję, to dla ich formacji nie ma już żadnej nadziei. Jeżeli Marek Jurek, którego Prawica RP uważa porozumienie z PiS za złamane przez formację rządzącą, chciałby wystawić własną listę, to nawet przy dobrym wyniku nie może liczyć na mandaty. Narodowcy nawet w potencjalnym sojuszu z eurosceptykami od Korwin-Mikkego raczej nie osiągną sukcesu. „Partia ludu smoleńskiego”, o której przebąkiwało się, gdy Antoni Macierewicz tracił tekę ministra, a środowisko Gazety Polskiej stawało w jego obronie, również nie ma szans.

  1. Zmieniając ordynację PiS osłabia swoich największych, a dziś realnie istniejących konkurentów.

Ani Kukiz’15, ani Polskie Stronnictwo Ludowe w nowej ordynacji nie mogą liczyć na zdobycie mandatów. W praktyce, nawet gdy formacje zdecydują się na samodzielny start, to ich wyborcy, gdy raz się rozczarują „zmarnowanym głosem”, to łatwiej przerzucą się na partię Kaczyńskiego w wyborach sejmowych.

  1. Wzmacniając impuls do zjednoczenia partii opozycyjnych PiS ustawia sobie konkurentów bardzo wygodnie: jako „totalną opozycję”.

Uniemożliwia też osiągnięcie „efektu świeżości”. Krytykowanie rządów Platformy Obywatelskiej („przez osiem ostatnich lat…”) i porównywanie imposybilizmu w takich obszarach jak wsparcie dla rodzin czy uszczelnienie VAT z niekwestionowanymi sukcesami rządu prawicy jest ulubionym zabiegiem retorycznym polityków PiS. Niespodziewany sukces jakiejś nowej formacji byłby dla partii rządzącej dużo większym zagrożeniem, niż umocnienie się formacji Schetyny – analogicznie do tego, jak droga do sukcesu Zjednoczonej Prawicy wiodła przez ponad 14% „niepisowskich” głosów na prawicę w wyborach do europarlamentu i 20% w wyborach prezydenckich dla Pawła Kukiza. Dużo łatwiej przerzucić głos z PO na PiS lub z PiS na PO, gdy droga wiedzie „przez pośrednika”, na którego rozczarowany wyborca zagłosował w jednej elekcji „po drodze”.

Każdy kij ma jednak dwa końce. Wykańczając Kukiza i Kosiniak-Kamysza PiS właściwie traci jakąkolwiek zdolność koalicyjną po wyborach parlamentarnych w 2019 roku. Co więcej: jeżeli faktycznie dojdzie do zjednoczenia opozycji, to możliwy jest też scenariusz porażki wyborczej już w maju przyszłego roku. Bardzo trudno będzie odwrócić ten trend w wyborach krajowych.

Nie dolewajmy oliwy do ognia

Oczywiście – istnieją pewne istotne argumenty na rzecz systemu dwupartyjnego i nie powinniśmy z góry przekreślać dyskusji na ten temat. Ordynację do Parlamentu Europejskiego należy zmienić i uprościć, choć tutaj najczęściej jako alternatywę wskazuje się po prostu listę krajową.

Wreszcie, nie sposób się nie zgodzić z argumentem, że z punktu widzenia polskich interesów w Unii Europejskiej lepiej by było, gdyby nasi eurodeputowani funkcjonowali w zwartych blokach i głównych frakcjach, bo z radosnej twórczości radykałów z prawa czy lewa niewiele dobrego dla Polski wyniknie. Jeżeli jednak odbierzemy ich wyborcom prawo do reprezentacji, to ich frustracja tylko wzrośnie.

Rzecz w tym, że proponowana przez Prawo i Sprawiedliwość zmiana nie odpowiada na długofalowe wyzwania, ale oznacza doraźną korektę w stricte partyjnym interesie.

Najdotkliwszym jej efektem będzie fakt, że wśród najbardziej świadomych i aktywnych – bo zainteresowanych głosowaniem do Parlamentu Europejskiego – wyborców urośnie silna grupa osób z brakiem poczucia reprezentacji. Wyborcy Kukiza „zmarnują głos”. Wyborcy Partii Razem zmarnują głos. Wyborcy Korwin-Mikkego czy narodowców zmarnują głos. Wszyscy przejdą na jeszcze bardziej „antysystemowe”, sfrustrowane, kontestujące pozycje.

Dodatkowo część konserwatywnego elektoratu PSL i PO wścieknie się, że musi głosować na listę z postkomunistami. Wielu wyborców liberalnych z SLD czy Nowoczesnej – że muszą popierać „kościółkowych” kandydatów ludowców czy Platformy. Wielu z głosujących na te partie zostanie w domu. Ich zaufanie do systemu reprezentacji, polskiej demokracji i układu partyjnego osłabnie.

Tymczasem pogłębianie kryzysu wiary w demokrację to ostatnie, czego w niespokojnych czasach potrzebujemy. Dziś w Polsce mamy nie tylko prawo do wyborów, ale też prawo do realnego wyboru na karcie do głosowania, gdy nieliczni z nas już stawią się w lokalu wyborczym w maju 2019 roku.

Petycja Klubu Jagiellońskiego: wycofajcie się!

Dlatego przygotowaliśmy petycję do liderów Zjednoczonej Prawicy, w której namawiamy ich do wycofania się z planowanych zmian w ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Wierzymy, że rządzący wycofają się z tej niemądrej i podyktowanej partyjną kalkulacją propozycji.

Liczymy też, że ta inicjatywa będzie impulsem do pogłębionej i merytorycznej dyskusji o optymalnej ordynacji we wszystkich wyborach oraz koniecznej systemowej korekty zarówno systemu partyjnego (ustawy o partiach i sposobów finansowania), jak i kompleksowego przeglądu Kodeksu Wyborczego. Wiemy, że zmiany są niezbędne.

Doświadczenie ostatnich dwóch lat pokazuje, że „dobrą zmianą” okazują się reformy przeprowadzane z myślą o współobywatelach (choćby wspomniane programy Rodzina 500 Plus, uszczelnienie VAT), a „złą zmianą” – te inicjowane z partyjnych pobudek (np. media publiczne czy Trybunał Konstytucyjny). Niestety, w sprawie ordynacji jak dotąd mamy do czynienia z drugim przypadkiem.