Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Mateusz Wojda  2 czerwca 2018

Emancypacja i epidemia. O „120 uderzeniach serca” [RECENZJA]

Mateusz Wojda  2 czerwca 2018
przeczytanie zajmie 5 min

Nagradzany i budzący zachwyty film 120 uderzeń serca to kolejny wyimek w ciągu walk o emancypację. W opowieści o początku lat 90. widać ciągłość z rewolucją obyczajowa końca lat 60. Wracają stare hasła i utożsamienie wolności z seksualnym rozpasaniem. Zmieniła się forma protestów i akcji, ale też pojawiła się śmiertelna przeszkoda w realizacji libertyńskich postulatów. Opowieść wpisuje się nie tylko w logikę rewolucji Nowej Lewicy, lecz w tradycję rewolucji w ogóle. Aktywiści wydają się być awangardą na miarę Wiosny Ludów – takiej o charakterze obyczajowym i emancypacyjnym – a mniejszości seksualne stają się w tej optyce nowym proletariatem. Niestety, twórcy filmu bardziej chcieli oddać hołd swojej młodości i dołożyć cegiełkę do mitu walczącego ruchu gejowskiego, niż zrobić film naprawdę wysokiej próby. Wór ze statuetkami tego nie zakryje.

Epidemia w blasku fleszy

Epidemia AIDS to temat już niemodny. „To jest takie z lat osiemdziesiątych”, kto się tym interesuje? Nie słyszymy już mediach, że jakiś celebryta zaraził się HIV. Tymczasem na początku lat 90. problem był żywy i zajmował istotne miejsce wśród zarówno polityczno-społecznych, jak i popkulturowych tematów. Robin Campillo w filmie 120 uderzeń serca usiłował przypomnieć okres, w którym problemy wokół HIV/AIDS – a co za tym idzie również mniejszości seksualnych – były chętnie podejmowane w środkach masowego przekazu.

Na przełomie lat 80. i 90. mieliśmy bowiem do czynienia z, jakkolwiek dziwnie to brzmi, arcymedialną chorobą. Stało się tak zapewne dlatego, że zapadali na nią ludzie znani na całym świecie: muzycy (Freddie Mercury, Liberace), intelektualiści (Allan Bloom, Michel Foucault), sportowcy (Arthur Ashe) czy aktorzy (Rock Hudson, Anthony Perkins).

„Medialność” wiązała się z faktem, że nie była to choroba „przeciętnego człowieka”. Nie dość, że dotykała –  wydawałoby się – wyłącznie osoby powszechnie znane, to na dodatek AIDS zyskał łatkę „gejowskiej choroby” ze względu na nadreprezentację zachorowalności wśród mniejszości seksualnych. Trzeba było wielu lat i głośnych spraw – na przykład wybitnego koszykarza Magica Johnsona czy 13-letniego Ryana White’a  zakażonego wirusem przy transfuzji krwi – by owe piętno złagodzić, choć do dziś jest ono w jakimś wymiarze zakorzenione.

Awangarda mniejszości seksualnych

Film opowiada historię działaczy paryskiego oddziału organizacji ACT UP (AIDS Coalition to Unleash Power) założonej przez amerykańskiego reżysera i działacza LGBT Larry’ego Kramera w 1987 r. w Bostonie. Zajmowała się ona walką z epidemią poprzez edukację seksualną. Działo się to nierzadko na granicy prawa: przez wchodzenie do szkół w trakcie lekcji i namawianie do stosowania antykoncepcji, ale też choćby przez naciskanie firm farmaceutycznych w sprawie testowanych leków, które miały opóźniać rozwój i postęp wirusa HIV.

Aktywistów widzimy jako grupę bardzo zmotywowaną i zdeterminowaną do działania. Nie sposób się im dziwić: wszak są jedną nogą w grobie i chcą ją za wszelką cenę z niego wyciągnąć. Desperacja prowadzi ich do radykalizmu, którego przejawem są choćby próba zdobycia wyników badań nowego leku siłą, oblewanie wszystkiego i wszystkich fałszywą krwią (w domyśle chodzi o pokazanie, że te osoby mają krew na rękach) czy jeszcze ostrzejsze formy zwrócenia na siebie uwagi, które będzie miał okazję poznać widz filmu.

Działacze ACT UP traktują się jako awangardę mniejszości seksualnych prowadzącą je ku upragnionej emancypacji. Nie są wolni od wszystkich emocji i uczuć, jakie ogarniają wszystkich działaczy politycznych i społecznych chcących spopularyzować swoje działania.

Spotykają się z oporem i niezrozumieniem. Nie szczędzą gorzkich słów wobec osób, których interesów rzekomo bronią (ileż razy wspominają o „zombiakach”!).

Oglądając „120 uderzeń serca” poznajemy działalność ACT UP od wewnątrz: wchodzimy za kulisy organizacji kolejnych akcji i happeningów. Scenarzyści filmu, Campillo oraz Philippe Mangeot, byli na początku lat 90. aktywistami ACT UP. Możemy więc uznać, że chociaż częściowo opisali w niej częściowo swoje doświadczenia z działalności w tej organizacji.

Niestety, nadmiernie skupienie się na kulisach działalności tego środowiska sprawia, że wygląda bardziej na przesadnie rozgadany klub dyskusyjny, którego członkowie od czasu do czasu obleją kogoś rozwodnionym klejem do tapet.

Jak na film o nieustraszonych, zdesperowanych aktywistach, samych akcji jest za mało. Gdy się ostatecznie pojawiają – są nazbyt przegadane. Rozumiem paradokumentalną stylistykę –mamy czuć się, jakbyśmy byli wraz z nimi – lecz niepostrzeżenie pojawia się bariera obojętności. Brakuje suspensu, poczucia zagrożenia. Nawet, jeśli obecna jest atmosfera niespodziewane śmierci – wszak bohaterowie filmu żyją „na granicy” i nieustająco odczuwają lęk – to nie udziela się ona widzowi.

Pełnokrwisty romans

Spośród wszystkich działaczy ACT UPu, Campillo skupia się na romansie dwóch: Nathana (Arnaud Valois) i Seana (Nahuel Perez Biscayart). Sean jest nosicielem wirusa HIV, który zaraził się nim w wieku dziewiętnastu lat od nauczyciela w liceum. Mieszka z mamą tolerancyjną wobec jego orientacji i stylu życia. Jego zdrowie w trakcie filmu pogarsza się, z minuty na minutę staje się coraz słabszy i coraz bardziej zdesperowany. Opiekuje się nim Nathan – jeden z nielicznych przedstawionych widzowi działaczy, o których wspomniano, iż nie są zarażeni wirusem.  To relacja między nimi jest drugą osią fabularną, która wraz z rozwojem fabuły odsuwa zbiorowego bohatera na rzecz jednostek.

Campillo bardzo sprawnie i interesująco przedstawił ten wątek – być może dlatego, że jak wspomniał w jednym z wywiadów wątek ubierania zwłok swojego chłopaka ma dla niego charakter autobiograficzny.

Stąd też zapewne Nathan i Sean są zdecydowanie najlepiej nakreślonymi bohaterami filmu. Relacja między nimi jest krwista, pełna napięcia, wiarygodna w każdym calu. Pozostałe postaci są traktowane po macoszemu, jakby były pretekstem do tego, by pojawił się któryś z nich. Wraz z uwypukleniem romansu Nathana i Seana kolektyw blaknie. Grupa traci początkową pozycję zbiorowego głównego bohatera, zostaje sprowadzony do roli tła.

Emancypacyjna rewolucja u bram

O czym jest ta opowieść, poza romansem i zbiorem urywków z  życia aktywistów? Wydaje się, że przede wszystkim to jednak kolejny wyimek w ciągu walk o emancypację. Widać to w haśle krzyczanym przez uczestników Gay Pride: „Chcemy leczenia dla fanów dupczenia!”. Kryje się w nim nie tylko postulat większych postępów w walce z AIDS, lecz przede wszystkim postulat pełnej swobody seksualnej.

Widać ciągłość między wydarzeniami z początku lat 90. a rewolucją obyczajowa końca lat 60. Wracają stare hasła i utożsamienie wolności z seksualnym rozpasaniem. Zmieniła się forma protestów i akcji, ale też pojawiła się śmiertelna przeszkoda w realizacji libertyński postulatów.

Co ciekawe, Campillo wpisuje się nie tylko w logikę rewolucji Nowej Lewicy, lecz w tradycję rewolucji w ogóle. Nie przypadkiem wspomniana jest rewolucja lutowa 1848 roku, która obaliła dynastię orleańską i ustanowiła ustrój republikański. Był to początek europejskiej Wiosny Ludów wstrząsającej istniejącym porządkiem politycznym i społecznym. U Campillo aktywiści również wydają się zaczątkiem rewolucji na miarę Wiosny Ludów – takiej o charakterze obyczajowym, emancypacyjnym, libertyńskim. Mniejszości seksualne stają się w tej optyce nowym proletariatem. Pełnią rolę, którą Marks i Engels wyznaczyli pierwotnie klasie robotniczej: mają „ruszyć z posad bryłę świata”.

Campillo nie przypadkiem wraca do młodzieńczych czasów: zawsze milej wspominać siebie pięknym, młodym, w euforystycznej ekstazie, wypalającego się w imię idei i rzucającego wyzwanie władzy. Takich właśnie pokazał wszystkich aktywistów ACT UPu. Może mają jakieś wady, może głośno wrzasną, pokłócą się, ale to w imię sprawy, jaką jest wyleczenie siebie, ale też – w ich mniemaniu – stosunków społecznych.

Wszak ACT UP nie tylko walczy z firmami farmaceutycznymi o szerszy dostęp do leków, ale i zwalcza homofobię. Nie mają skrupułów nazwać homofobem Jeana Baudrillarda, czołowego francuskiego postmodernisty i pupila lewicowego salonu. Tu zresztą pojawia się ciekawy, częściowy rozdźwięk pokoleniowy między „dwiema lewicami”. Co dla starych wiarusów jest czymś neutralnym i normalnym, dla młodej gwardii staje się uderzeniem w tożsamość i dobre imię.

***

Po zakończeniu seansu zrozumiałem pasję, jaka ogarnęła francuskie środowisko filmowe oraz deszcz Cezarów, jaki spadł na film. Wymowa wpisuje się w kod kulturowy Francji. Jest pochwała wolnej miłości, młodzieńczej witalności i  rewolucyjnego aktywizmu –to wszystko jest dla francuskiego widza więcej niż zrozumiałe.

Niestety, film nie dorasta do pięt innym dziełom podejmującym podobną tematykę, jak choćby Filadefii Jonathana Demme’a czy znakomitym Aniołom w Ameryce Mike’a Nicholsa. Jest zbyt łopatologiczny w przekazie. Z nadmierną dezynwolturą pokazuje bohaterów jako bojowników o słuszną sprawę. Nie zaszkodziłoby filmowi odrobina złożoności i skomplikowania.

Campillo jednak bardziej chciał oddać hołd swojej młodości i wykreować mit ruchu gejowskiego, niż zrobić film wysokiej jakości. Wór ze statuetkami nie zakryje faktu, iż 120 uderzeń serca na aż tak entuzjastyczne recenzje nie zasłużył.