Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Mateusz Mazur  25 maja 2018

Wszyscy byliśmy chciwi. Krajobraz po GetBack

Mateusz Mazur  25 maja 2018
przeczytanie zajmie 10 min

Jeszcze na początku roku firma GetBack była wschodzącą gwiazdą branży finansowej. Jej obligacje przedstawiane były przez banki jako bezpieczne lokaty z gwarancją zysku. Dziś wiadomo już, że goniący za wielkością GetBack przeszarżował. Wyceniana niedawno na 2,5 mld złotych spółka stoi na krawędzi bankructwa. Jak po każdej inwestycyjnej katastrofie rozpoczyna się polowanie. Kto zawinił? Naiwni inwestorzy, nieuczciwi doradcy finansowi, nieudolne organy państwa? W sprawie GetBack zawinili wszyscy. Dlaczego? Bo wszystkich zaślepiła chciwość.

Kolos na glinianych nogach

GetBack powstał w 2012 roku, jako spółka z grupy Getin – finansowego imperium Leszka Czarneckiego. Miała zajmować się skupywaniem i odzyskiwaniem długów, a także zarządzaniem wierzytelnościami funduszów inwestycyjnych. Prezes spółki, Konrad Kąkolewski, do dziś traktujący ją jak „swoje dziecko”, postawił sobie konkretny cel: zdobycie pozycji lidera branży windykacyjnej w Polsce. Nie rzucał słów na wiatr. Już w 2014 roku przychody spółki przekroczyły 100 mln złotych, następnie zaś rosły w tempie przekraczającym 100% rocznie (!). Sprawiło to, że na koniec ubiegłego roku GetBack – z jedną piątą udziałów w rynku – ustępował już tylko Krukowi, firmie z nieporównywalnie dłuższą historią i doświadczeniem. Spółka grała z rozmachem: kupowała długi drożej, niż ktokolwiek inny, przejmowała konkurencję i wchodziła na zagraniczne rynki (Hiszpania, Bułgaria, Rumunia). W świecie polskich finansów zapanował entuzjazm. Czyżbyśmy właśnie obserwowali narodziny pierwszego branżowego giganta pochodzącego z Polski? Błyszcząca aurą sukcesu spółka przyciągała uwagę coraz potężniejszych inwestorów – aż wreszcie, w połowie 2016 roku, kontrolę nad GetBackiem przejął zagraniczny fundusz Abris.

Wartość portfela wierzytelności, którymi zarządzał GetBack, w ciągu 3 lat urosła sześciokrotnie (do blisko 30 mld zł pod koniec 2017 r.) W jaki sposób GetBack finansował tak ogromne zakupy? Dzięki autorskiemu know-how i sprawnym kadrom (które ściągał z konkurencji, oferując im większe zarobki) notował świetne wyniki z odzysków (spłat długów). Nie wystarczało to jednak, by móc prowadzić tak agresywną politykę rozwoju. GetBack sięgnął więc po rynek kapitałowy. W lipcu 2017 r. spółka zadebiutowała na giełdzie. Debiut był, jak na letnie miesiące na Giełdzie Papierów Wartościowych przystało – senny. Prawdziwą żyłą złotą okazał się dla niej rynek obligacji korporacyjnych. Spółka wypuszczała je hurtowo. Z ustaleń KNF wynika, że Getback ma obecnie do wykupu obligacje o łącznej wartości nominalnej bliskiej 2,6 mld złotych (plus odsetki).

Model finansowania przyjęty przez GetBack był tańczeniem na krawędzi. Przez wiele miesięcy spółka płynęła na fali medialnych zachwytów, co pozwalało, by biznes się spinał. Branża chwaliła innowacyjne podejście do odzyskiwania długów, domy maklerskie prześcigały się w wydawaniu pozytywnych rekomendacji, a inspirujące artykuły o success-story prezesa Kąkolewskiego zdobiły okładki prestiżowych magazynów.

Oferowane w zawrotnym tempie transze obligacji o wysokim oprocentowaniu rozchodziły się więc jak świeże bułeczki, a spółka kontynuowała swój spacer po linie. Jednak to, co z dołu wydawało się popisami artysty, z bliska okazało się brawurą samobójcy. Wystarczył jeden niepewny krok, by z hukiem runąć na dno. Upadek nadszedł wiosną tego roku.

Zderzenie z górą lodową

Pierwsze sygnały o tym, że spółka zaczyna się dusić, pojawiły się w marcu. GetBack ogłosił, że planuje wkrótce wypuścić dodatkowe akcje dla nowych akcjonariuszy, co powinno pozwolić mu na pozyskanie z rynku miliarda złotych. „Widzimy dużo atrakcyjnych portfeli wierzytelności i chcemy być aktywnym graczem” – tłumaczył w swoim stylu prezes Kąkolewski, jednak inwestorzy zareagowali nerwowo. Skala emisji (w tamtym czasie spółka była warta ok. 1,6 mld zł), głośne informacje o zawieszeniu rozmów z kilkoma potencjalnymi inwestorami, obawa przed rozwodnieniem akcjonariatu, a także fakt, że ostatni raport opublikowany przez GetBack dotyczył trzeciego kwartału 2017 r. (na giełdzie dane sprzed pół roku to archeologia) spowodowały, że akcje spółki poleciały w dół o 25%.

Prawdziwa bomba wybuchła jednak 16 kwietnia. Jeszcze przed rozpoczęciem sesji giełdowej GetBack wydał komunikat, że prowadzi zaawansowane rozmowy z PKO BP i Polskim Funduszem Rozwoju w sprawie pozyskania od nich finansowania. Obie państwowe instytucje natychmiast zdementowały te informacje. Notowania akcjami spółki zostały zawieszone, a Komisja Nadzoru Finansowego złożyła do prokuratury zawiadomienie o możliwej manipulacji kursem. Kolejne tygodnie to już prawdziwy Armagedon, jakiego polski rynek kapitałowy jeszcze nie widział.

Fałszywy komunikat otworzył szafę, z której w zasadzie dzień za dniem wypadał nowy trup. Zaprzestanie spłacania obligacji. Odwołanie prezesa Kąkolewskiego, który rozpoczął w mediach emocjonalną wojnę z głównym akcjonariuszem spółki, funduszem Abris. Rezygnacja jego następcy kilka tygodni później. Listy adresowane przez Kąkolewskiego do najwyższych władz państwowych z prośbą o interwencję, pod groźbą uznania afery GetBack za „Amber Gold PiS-u”. Wniosek do sądu o otwarcie postępowania układowego. Przekładana co tydzień publikacja raportu za poprzedni rok (zgodnie z przepisami, spółka miała na to czas do końca kwietnia). Sygnalizacja straty przekraczającej 1,2 miliarda złotych. Powzięte przez KNF podejrzenie o fałszowanie informacji publikowanych w raportach i łamanie prawa.

Jednocześnie wyszło na jaw, że przy sprzedawaniu obligacji GetBacku, mogło dojść do nadużyć. Na koniec marca, według wiedzy KNF, posiadaczami obligacji spółki było 9242 podmiotów, z czego aż 9064 (!) to osoby fizyczne. Jak donoszą media, wielu z nich stanowią niedoświadczeni inwestorzy, których oszukano, przedstawiając im obligacje GetBacku jako alternatywę dla gwarantowanych bankowych lokat. Niektórzy włożyli w nie oszczędności całego życia. Teraz przechodzą przyspieszony – i bolesny – kurs inwestowania na rynku kapitałowym.

Najciemniej jest pod latarnią

Sprawą GetBacku żyją od miesiąca wszystkie media. Część komentatorów nazywa ją nowym Amber Gold. To porównanie nie jest trafione. Sprawa GetBack znacznie bardziej kojarzy się z upadkiem Enronu, potężnej amerykańskiej firmy energetycznej, która poszybowała na dno, gdy wyszło na jaw, że fałszuje swoje sprawozdania finansowe.

Amber Gold prowadził biznes w cieniu, bez wymaganych przez prawo zezwoleń, od samego początku świadomie oszukując swoich klientów. GetBack jest dramatem o tyle większym, że spółka wyrosła w świetle jupiterów, pod samym okiem nadzorcy, Komisji Nadzoru Finansowego.

KNF ledwie rok temu zatwierdzała jej prospekt emisyjny, spółka była audytowana przez prestiżowe firmy, interesy z nią robiły najbardziej szanowane instytucje. Wszyscy zastanawiają się, czy niedawnej katastrofie można było jakoś zapobiec.

Patrząc wstecz, łatwo stawiać zarzuty. Prawda jest taka, że przez wiele miesięcy nikt nie poddawał w wątpliwość modelu działania spółki, bo… po prostu nie było do tego podstaw. GetBack imponował wynikami. Pojawiają się podejrzenia, że spółka mogła fałszować swoje dane finansowe. Jeśli tak było, w jakim świetle stawia to reputację audytora, który tego nie wychwycił?

Wielu ekspertów wskazuje, że pośrednio do wybuchu afery przysłużył się Narodowy Bank Polski, utrzymując od miesięcy rekordowo niskie stopy procentowe. W sytuacji, gdy trzymanie pieniędzy na bankowej lokacie wiąże się z realną stratą z powodu inflacji, ludzie szukają miejsc, w których zarobią lepiej. A to zawsze sprzyja powstawaniu szemranych biznesów jak Amber Gold, bądź inwestowaniu w instrumenty o zbyt wysokim poziomie ryzyka, jak obligacje GetBack. Warto pamiętać, że agencje ratingowe uznawały je za spekulacyjne. Czy ktoś ich słuchał? Nie, magia sukcesu firmy zrobiła swoje.

GetBack udowodnił również, że formalnie przestrzegając prawa, można obchodzić jego istotę. Zdecydowaną większość emisji obligacji spółki przeprowadzono w trybie oferty prywatnej. Polega ona na możliwości sprofilowanego zaoferowania papierów wartościowych góra 149 inwestorom, bez obowiązku sporządzania prospektu i poddawania go ocenie nadzorcy. Zazwyczaj w ten sposób emisje obejmują wielkie fundusze albo bogaci inwestorzy. W sprawie GetBacku w trybie tym oferowano obligacje zwyczajnym, „niedzielnym inwestorom”, jednocześnie schodząc z pola widzenia KNF. Gdy dodać do tego wiedzę, że od września, w pół roku, spółka wypuściła w ten sposób wysokooprocentowane obligacje za blisko miliard złotych, oczywistym staje się, że zaczynało brakować jej powietrza. Pytanie, czy nie oczekujemy od nadzoru właśnie tego, żeby umiał wychwytywać rzeczy nieoczywiste? Na marginesie pytań o jakość nadzorcy rodzą się rzecz jasna pytania o poziom wynagradzania jego pracowników – na rynku finansowym różnice między sektorem publicznym a prywatnym są boleśniejsze niż na jakimkolwiek innym.

28 lutego tego roku na GPW odbyła się uroczysta gala podsumowująca Rok Giełdowy 2017. Nagrodzono na niej instytucje, które w widoczny sposób przyczyniły się do rozwoju polskiego rynku kapitałowego. GetBack został uhonorowany za optymalne wykorzystanie możliwości rynków prowadzonych przez GPW. Z gorzką ironią przyznać trzeba, że uzasadnienie to nigdy nie brzmiało bardziej aktualnie niż dziś.

Za chciwość płaci się wysoką cenę

Wszystkie finansowe afery, niezależnie od tego, jaki mają scenariusz, rodzą się z tego samego źródła: chciwości. I to nie tylko chciwości samych oszustów – ale chciwości wszystkich zaangażowanych stron.

Po pierwsze, chciwość zgubiła sam GetBack. Wszedł z ambitnymi planami na niezwykle konkurencyjny rynek. Aby nie zginąć, jak wielu jego poprzedników, musiał rozpychać się łokciami. Mierzył wysoko, musiał więc grać ostro. Oferować więcej niż inni. Wiedział, że nie przejmie zabetonowanego rynku, jeśli będzie grać według dotychczasowych reguł – postanowił więc stworzyć własne. Aby przebić konkurencję, oferował wyższe wynagrodzenia pracownikom, kupował długi po wyższych cenach, inwestował w PR. Emitował obligacje o coraz wyższych rentownościach, bo stał się zakładnikiem własnej wizji wielkości. Wreszcie przelicytował. Tak agresywny model wzrostu jest nie do utrzymania na dłuższą metę. GetBack potrzebował pieniędzy jak powietrza. Napędzał propagandę sukcesu (być może również poprzez fałszowanie wyników), bo wiedział, że tylko wtedy jest w stanie pozyskiwać nowe finansowanie – aż w końcu sukces, w który sam uwierzył, stał się przyczyną jego upadku.

Swoje za uszami ma też środowisko, w którym wyrósł GetBack – wszystkie instytucje pośredniczące między spółką a rynkiem: domy maklerskie obsługujące emisje, banki oferujące jego obligacje, branżowe stowarzyszenia nagradzające go prestiżowymi nagrodami (Certyfikat Wiarygodności Płatniczej, Firma Godna Zaufania). Dla cherlawego polskiego rynku kapitałowego, pojawienie się rakiety takiej jak GetBack, było niczym odkrycie strumyka na pustyni. Trzeba było go obsiąść i chciwie pić każdą kroplę.

Wystarczy powiedzieć, że w organizację debiutu GetBack na giełdzie zaangażowanych było aż osiem biur maklerskich (zazwyczaj zajmuje się tym jedno lub dwa), a koszty emisji (wynagrodzenia za sporządzenie prospektu, analizy, promocję itp.), sięgnęły, jak się szacuje, ok. 10% wartości oferty (zazwyczaj, przy dużych debiutach, nie przekraczają one kilku procent). A jeszcze osobną przecież kwestią są prowizje, jakie otrzymywały podmioty sprzedające obligacje spółki.

Mówiąc o prowizjach, nie sposób nie wspomnieć o tzw. doradcach finansowych zatrudnionych w bankach i firmach pośrednictwa finansowego, którzy, namawiając swoich klientów do zainwestowania w obligacje GetBacku, dla wielu z nich na zawsze staną się twarzą utopionych w tej inwestycji oszczędności. Coraz głośniej słychać o tym, że sprzedaż obligacji spółki w wielu przypadkach nosiła znamiona zorganizowanego missellingu – czyli „nieczystej sprzedaży”: oferowania produktów osobom, dla których nie są one przeznaczone i świadomego wprowadzania ich w błąd (np. poprzez formułowanie ofert w sposób sugerujący, że obligacje GetBack są objęte ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego).

Trzeba sobie wreszcie uświadomić, że doradca finansowy to nie jest to samo, co doradca inwestycyjny. Ten drugi to ściśle regulowany przepisami prawa zawód, którego zdobycie wymaga zdania szeregu specjalistycznych egzaminów – i który wykonuje w Polsce obecnie zaledwie kilkaset osób. Doradca finansowy zaś, to tak naprawdę nic innego, jak zwykły sprzedawca, który zamiast za ladą, siedzi za biurkiem, zamiast w fartuch, ubrany jest w elegancki garnitur, a zamiast sprzedawać truskawki, sprzedaje kredyty i lokaty strukturyzowane. Rekrutowani są spośród chętnych, skuszonych obietnicą szybkiego, łatwo osiągalnego sukcesu, którego fizycznym znakiem będą czekające na najlepszych nagrody: drogie zegarki, wakacje, sute bonusy – dowody własnej przedsiębiorczości i uznania od równych sobie. Większość z nich miałoby problem ze wskazaniem najdynamiczniejszych giełdowych indeksów bądź zasad działania instrumentów pochodnych – co nie przeszkadza im osiągać biegłości w oferowaniu ich klientom na podstawie zestawu formułek z poradników sprzedażowych. Nie można oczywiście powiedzieć, że zupełnie nie zależy im na poprawie finansów klienta – ale z całą pewnością można powiedzieć, że w pierwszej kolejności chodzi im o zasobność własnej kieszeni. W realiach, w których wynagrodzenie większości z nich ma w dużej mierze charakter prowizyjny, a plany sprzedażowe są wciąż na porządku dziennym, tak właśnie wygląda smutna rzeczywistość.

Nie zdejmując w żaden sposób z doradców finansowych odpowiedzialności za czyjąś realną szkodę, warto pamiętać, że oni też są ofiarami systemu opanowanego przez chciwość – słabe wyniki i wizja zwolnienia pozwalają uciszyć wątpliwości, a brak specjalistycznej wiedzy zmniejsza świadomość możliwej niemoralności: wielu z nich realnie wierzy, że dobro ich firmy zawsze idzie w parze z interesem klientów.

Ostatecznie, nie byłoby jednak afery GetBack, gdyby nie chciwość tych, którzy zainwestowali w jego obligacje. Rzecz jasna, wielu z nich to osoby pokrzywdzone przez oszustów, ale nie można zrzucać z nich całej odpowiedzialności. Nie chodzi nawet o to, że sami podpisywali dokumenty potwierdzające znajomość ryzyka, jakie wiąże się z inwestycją – sami dobrze wiemy, ilu z nas czyta internetowe regulaminy wyświetlające się nam przy zakładaniu kont na kolejnych serwisach. Chodzi o to, że jest coś absolutnie zdumiewającego w nieufności, jaką Polacy obdarzają wszystkich: lekarzy, prawników, mechaników samochodowych – zastępując ich opinię konsultacjami w Internecie bądź z przysłowiowym „szwagrem” – w porównaniu z zaufaniem, jakie budzą w nich bankierzy i konsultanci finansowi. Dlaczego zasady ograniczonego zaufania, jaką stosujemy na drodze, nie przekładamy na troskę nad naszymi oszczędnościami? Dlaczego zakładamy, że wszystkim zależy, żeby bezinteresownie pomóc nam pomnażać naszą kupkę?

Nie trzeba mieć licencji maklera giełdowego, żeby wyczuć, że jest coś podejrzanego w fakcie, że obligacje przedstawiane za bezpieczne jak państwowe, są od nich oprocentowane kilka razy wyżej. Ale chciwość jest jak katar – zatyka nos, otępia zmysły.

Co więcej, dramat obligatariuszy GetBacku udowodnił, że chciwość jest demokratyczna. Oszczędności stracili nie tylko szaraczkowie, którym z trudem udało się odłożyć parę groszy z emerytury – setki tysięcy złotych utopili również bogaci, świetnie wykształceni menadżerowie z korporacji, aspirująca klasa średnia objęta usługami elitarnej bankowości prywatnej. Wszystkich zaślepił łatwy zysk, bezwysiłkowe 10%. Wszyscy mieli to samo, najbardziej złudne w świecie finansów uczucie: uczucie wykorzystania świetnej okazji.

Rykoszetem dostaną inni

Upadłość GetBack to problem nie tylko dla jej wierzycieli. Tak naprawdę to problem nas wszystkich. Największym przegranym w całym tym zamieszaniu będzie polski rynek kapitałowy. Jego wiarygodność, i tak już nadszarpnięta sprawą OFE, poleciała właśnie na łeb na szyję. Ludzie zastanowią się po trzy razy, zanim zdecydują się zainwestować swoje pieniądze w akcje lub obligacje. Skoro bowiem spółka giełdowa, która w teorii powinna być prześwietlona na wszystkie strony, okazuje się tak naprawdę sprytnie ukrywać prawdę o sobie, to jak można obdarzyć zaufaniem inne podmioty?

Kryzys zdarza się w najgorszym możliwym momencie – kiedy państwo finalizuje strategię rozwoju rynku kapitałowego i opracowuje pracownicze programy kapitałowe, które miały zachęcić Polaków do inwestowania na rynku. Tymczasem z funduszy obligacji korporacyjnych w ciągu ostatnich dwóch miesięcy wycofano już prawie 500 mln złotych. Odpływ kapitału odczują spółki, które widziały w rynku kapitałowym źródło finansowania swojego rozwoju. Giganci, którzy i tak śpią na pieniądzach, sobie poradzą – za to ogromny problem będą miały teraz mniejsze spółki o krótszej historii i dopiero rozwijanym produkcie. Wolne środki Polacy zainwestują pewnie w nieruchomości, podgrzewając ryzyko potencjalnej bańki na tym rynku – bądź zostawią bezpiecznie na bankowych depozytach, przewrotnie wynagradzając tych, którzy do afery GetBacku doprowadzili: banki.

Świat po GetBack

Pytanie, czy można coś zrobić, żeby taka sytuacja się nie powtórzyła? Zapewne na dniach sprawa trafi w ręce polityków. Ktoś wpadnie na pomysł powołania komisji śledczej, rozpocznie się kolejne medialne śledztwo, KNF, obudzone po fakcie, ze zdwojoną siłą zacznie promować zaostrzenie regulacji. Zwiększone zostaną wymogi, dołożone obowiązki, wprowadzone nowe sankcje. Rzecz jasna dla rynku gorszego scenariusza nie da się wyobrazić. Na emisje pozwolić będą mogły sobie tylko największe podmioty, na inwestowanie tylko najbogatsi inwestorzy. Rynek kapitałowy obumrze tak, jak rosło ryzyko upadku GetBacku: cicho i niepostrzeżenie.

Jasne, być może podjęte zostaną konkretne kroki. Być może rozpoczęta zostanie dyskusja o skuteczności zintegrowanego nadzoru. Być może przyspieszone zostaną podwyżki stóp procentowych. Być może wprowadzona zostanie wreszcie do szkół i na uczelnie edukacja finansowa. Być może władza pójdzie nawet o krok dalej, i wykorzysta szansę, jaką jest obligatoryjne objęcie polskich pracujących PPK i obejmie ich wszystkich obligatoryjnym kursem inwestycyjnym.

Niech Polacy wyniosą z niego jedną tylko lekcje: nie inwestuj w to, czego nie rozumiesz. I to naprawdę będzie już wystarczająco wiele.

Prawda jest jednak taka, że prawdopodobnie wydarzy się wiele, aby nie zmieniło się nic. Czy Amber Gold czegoś nas nauczyło? Nie. Czy nauczyły nas czegoś kredyty frankowe? Niespecjalnie. GetBack też niczego nas nie nauczy. Minie jakiś czas. Sprawa przycichnie. Media znajdą nowe dramaty. A gdzieś tam, głęboko i cichutko w otchłani Internetu, ktoś odkryje niezwykłą okazję tylko dla wybranych. Ktoś przeleje na czyjeś konto oszczędności ze spadku po rodzicach. Ktoś namówi znajomego, by szybko zrobił tak samo, bo pierwsze osoby dostają korzystny rabat. A po kilku miesiącach ten ktoś odkryje, że właśnie stracił wszystko. I że razem z nim swoje pieniądze utopiło kilka tysięcy osób. Dlaczego tak się stanie? Bo taka nasza natura. Wszyscy jesteśmy chciwi.