Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michalina Bojanowska  18 maja 2018

Niespodziewana rewolucja, oczekiwana zmiana. Nowe otwarcie w Armenii?

Michalina Bojanowska  18 maja 2018
przeczytanie zajmie 5 min
Niespodziewana rewolucja, oczekiwana zmiana. Nowe otwarcie w Armenii? www.flickr.com/photos/norayr_chilingarian/

Wydawało się, że wszystko zostało już dopięte na ostatni guzik, a proces przekształcania systemów rządów w Armenii właśnie się skończył. Gdy Nikol Paszynian, raczej kojarzony niż bardzo dobrze znany w społeczeństwie, wezwał Ormian do sprzeciwienia się „manewrowi Putina” w wykonaniu dotychczasowej głowy państwa, to nikt nie przewidywał, że to za jego sprawą dojdzie do obalenia władzy. „Strajk totalny” sparaliżował cały kraj, a w głównym proteście na placu Republiki w centrum Erywania wziął udział niemal co dwunasty mieszkaniec Armenii. Niecały miesiąc po rozpoczęciu protestów ich inicjator stanął na czele nowego rządu.

Roszada na rosyjską modłę

Kiedy w marcu tego roku dobiegała końca druga kadencja prezydenta Serża Serkisjan wszystko wskazywało na to, że niczego nowego w armeńskiej polityce nie możemy się spodziewać. Będący u władzy od dekady Serkisjan już w 2015 roku za pomocą zmian w konstytucji przygotowała sobie grunt do przeprowadzenia tak zwanego „manewru Putina”. Chodziło o przeniesienie większości prerogatyw prezydenta na premiera, aby móc nadal pozostać u sterów władzy. Kolejne wygrane przez jego partię wybory parlamentarne w 2017 roku dając jej możliwość samodzielnego rządzenia utwierdzały tylko w przekonaniu, że roszady na najważniejszych stanowiskach w państwie będą czystą formalnością. Gdy w połowie kwietnia Sarkisjan zostały wybrany na premiera (uzyskał 77 głosów ze 105) wydawało się, że wszystko zostało już dopięte na ostatni guzik, a proces przekształcania systemu rządów w Armenii właśnie się skończył. Nikt nie podejrzewał, że polityk z niewielkim poparciem popsuje nagle ten misterny plan.

Mający obecnie 42 lata Nikol Paszynian w młodości studiował dziennikarstwo na Uniwersytecie w Erywaniu. Po 4 latach został z niego wyrzucony za pisanie na temat korupcji. W późniejszym okresie zajmował się tym tematem i innymi patologiami władzy na łamach różnych gazet, przez co często stawał przed sądem.

Kiedy w roku 2008 roku Serż Sarkisjan walczy o swoją pierwszą prezydenturę z Lwem Ter-Petrosjanem, to Paszynian wspiera tego drugiego. Po wyborach bierze udział w zamieszkach, za co zostaje skazany na siedem lat więzienia.

Po dwóch latach wychodzi na wolność na mocy amnestii. W 2012 roku dostaje się do parlamentu z listy opozycyjnego ugrupowania Ormiański Kongres Narodowy. Pięć lat później staje na czele Partii Wyjście, która w obecnym parlamencie ma zaledwie 9 ze 105 mandatów. Kiedy Paszynian, raczej kojarzony niż bardzo dobrze znany w społeczeństwie, wezwał Ormian do sprzeciwienia się wyborowi Sarkisjana na premiera trudno było podejrzewać, że to za jego sprawą dojdzie do obalenia dotychczasowej władzy, a niecały miesiąc później to on będzie stał na czele rządu.

Rewolucja przekracza Rubikon

Paszynian swoim wezwaniem do protestów trafił jednak na podatny grunt. W społeczeństwie armeńskim już od dłuższego czasu narastała frustracja związana z szerzącą się korupcją, złą sytuacją gospodarczą, niską stopą życia, autorytarnym sposobem rządzenia, jak również ciągle nierozwiązanym konfliktem o Górski Karabach.

Rozmiar ulicznych protestów przekroczył jednak wszelkie oczekiwania. Pod naporem protestujących Sarkisjan podał się do dymisji i przekazał władzę byłemu premierowi Karenowi Karapetianowi. Taka rotacja nie wystarczała jednak manifestującym. Domagali się oni wyborów nowego szefa rządu, którym miał być właśnie Paszynian. W pierwszym głosowaniu nie uzyskał on jednak większości. Wówczas wezwał do „strajku totalnego”, który prawie dosłownie sparaliżował cały kraj.

Na samym placu Republiki w centrum Erywania zebrało się około 250 000 osób, czyli ok. 8,5 procent wszystkich mieszkańców Armenii. Rewolucja przekroczyła Rubikon.

Republikańskiej Partii Armenii, formacji dotychczasowego prezydenta, nie pozostało nic innego, jak pozwolić przywódcy protestów objąć urząd premiera. W czasie drugiego głosowania 8 maja Paszyniana wybrano nowym szefem rządu, a po piętnastu latach partia straciła pełnię władzy w kaukaskim państwie.

Więcej pytań niż odpowiedzi

Przed Paszynianem stoi trudne zadanie. Nie tylko będzie musiał uporać się z dominującymi wpływami tak zwanego klanu karabaskiego powiązanego z byłym prezydentem i Rosją, ciężką sytuacją ekonomiczną i kryzysem wewnętrznym, ale przede wszystkim zaspokoić obudzone w społeczeństwie nadzieje. To może okazać się najtrudniejszym zadaniem.

Sprawdzianem poparcia dla nowego rządu będą zapowiedziane przez Paszyniana wcześniejsze wybory. Już tutaj zaczynają się schody. Kodeks wyborczy faworyzuje Republikańską Partię Armenii, więc bez jego nowelizacji, do której potrzebna jest zgoda parlamentu, potwierdzenie politycznej zmiany w wyborach może okazać się bardzo trudne.

Oprócz rozwiązania problemów wewnętrznych bardzo istotne będę posunięcia Paszyniania w polityce międzynarodowej. Wyzwaniem jest, czy uda mu się doprowadzić do przełamania regionalnego osamotnienia Armenii. Szczególnie ważną kwestią będzie oczywiście jego podejście do ciągnącego się od lat konfliktu o Górski Karabach. To on jest przyczyną fatalnych relacji z Azerbejdżanem i Turcją, których dotkliwym symbolem są pozamykane granice Armenii z tymi państwami.

Paszynian przynajmniej deklaratywnie zmienia dotychczasową politykę zagraniczną. Wyraził już gotowość do rozmów z Turcją i nawiązania z nią stosunków dyplomatycznych bez stawiania jakichkolwiek warunków wstępnych.

Warto zaznaczyć, że dopiero co w marcu tego roku rząd zerwał podpisane w 2009 roku porozumienie mające na celu normalizację relacji między krajami. Wydaje się więc, że Paszynian będzie zmierzał do odnowienie go i próby realnej zmiany stosunków na lepsze. Równolegle wyciąga rękę do wschodnich sąsiadów i zapowiada wstępną gotowość negocjacji kompromisu w sprawie Górskiego Karabachu. Tutaj pokojowe rozwiązanie będzie znacznie trudniejsze, bo znalezienie gotowości do jakichkolwiek ustępstw po którejkolwiek ze strony wydaje się niemal niemożliwe.

Moskwa jak dotąd  oficjalnie dystansuje się od sytuacji w Armenii dając do zrozumienia, że jest to wewnętrzna sprawa tego państwa, a Rosja nie ma się zamiaru wtrącać. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że gdy sytuacja w kaukaskim państwie wymknie się jej spod kontroli, to skutki ewentualnej interwencji Rosjan dla Armenii prawdopodobnie będą jeszcze bardziej dalekosiężne, niż te dla Ukrainy po Majdanie. Dlatego ciężko znaleźć tam polityka, który na poważnie myślałaby o zachwianiu sojuszu z Moskwą.

Sam Paszynian, który uchodzi za polityka prozachodniego, już zdążył powtórzyć parę razy, że Rosja pozostanie strategicznym sojusznikiem Armenii. Kilka dni po zaprzysiężeniu Paszynian spotkał się z Putinem i złagodził dotychczasową krytykę udziału jego kraju w Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej. W obecnej sytuacji geopolitycznej Armenia jest tak naprawdę skazana na sojusz z Rosją. Tylko ona jest w stanie zagwarantować stabilną sytuację w Górskim Karabachu i powstrzymywać zakusy Azerbejdżanu wspieranego mocno przez Ankarę.

***

Podsumowując: przed Ormianami wciąż wiele niewiadomych. Przed nowym premierem stoi wielkie zadanie, aby po rewolucji nie zostały tylko wspomnienia i zawiedzione nadzieje. Najbliższy czas, a przede wszystkim kolejne wybory, wyklarują sytuację. Pozwolą nam ocenić, czy było to chwilowe przebudzenie Ormian czy właśnie jesteśmy świadkami otwarcia nowej karty w historii Armenii.