Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Putin pójdzie tak daleko jak mu na to pozwolimy

przeczytanie zajmie 11 min
Putin pójdzie tak daleko jak mu na to pozwolimy www.flickr.com/photos/koreanet/10863552123/

Problem z wyborami w Rosji nie leży w ich fałszowaniu, ale braku politycznej alternatywy. Składa się na nią: niedopuszczanie do rywalizacji prawdziwych konkurentów Putina, jednostronność mediów, koncentracja zasobów finansowych w rękach władz i lojalnych oligarchów oraz wielki nacisk administracyjny na elektorat. Fałszerstwa stricte wyborcze mają charakter uzupełniający. Dziś większość Rosjan popiera system putinowski, ale jest to poparcie „niższej jakości” niż kiedyś. Putin lubi upajać się swoja siłą, zdecydowaniem, bezkompromisowością. Chce wywołać strach Zachodu i w rezultacie ustępstwa, ale często przelicytowuje. Rosja zastrasza wszystkich, bo wierzy, że wszyscy boją się szaleńca. Z dr. Adamem Eberhardtem, dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich, o niedawnych wyborach prezydenckich w Rosji, postępującej technokratyzacji rosyjskich elit, prawdopodobnej destabilizacji państw bałtyckich, korumpowaniu zachodnioeuropejskich polityków oraz sytuacji na Krymie i w Donbasie rozmawia Paweł Musiałek.

Władze Rosji nie dopuściły do udziału w wyborach wszystkich zgłaszających zainteresowanie kandydatów, ale z drugiej strony startował przecież nie tylko Władimir Putin. Czy Rosjanie biorący udział w wyborach prezydenckich mieli w tym roku realny wybór?

Rosyjskie wybory to plebiscyt z jednym kandydatem oraz grupką statystów, którzy mają uwiarygodnić inscenizację. Rosyjski system polityczny opiera się na utrzymywaniu sytuacji, w której nie daje się wyborcom alternatywy. Inaczej mogliby podjąć błędną decyzją albo co najmniej silniej zapragnąć zmian. Zaistnienie alternatywy może uruchomić procesy społeczne, które w dłuższej perspektywie mogłyby być niebezpieczne dla władzy. Kreml popełnił błąd, gdy w 2013 r. dopuścił Aleksieja Nawalnego do kandydowania na mera Moskwy. Według oficjalnych, zapewne wyraźnie zaniżonych, wyników zebrał prawie 30% głosów oraz zyskał rozgłos i popularność. Dlatego tym razem nie powtórzono tego błędu i nie dopuszczono go wyborów.

Dlaczego władze boją się akurat tego kandydata?

Kreml boi się Nawalnego, bo uderza on we wrażliwe dla elity punkty takie jak powszechna korupcja rządzących. Przezwycięża on bezalternatywność systemu. Próbuje przywrócić politykę w kraju bez polityki. Tym różni się od oficjalnych, licencjonowanych sparingpartnerów Putina jak Władimir Żyrinowski czy Ksenia Sobczak.

Czy w związku ze specyfiką rosyjskich wyborów, których wynik jest znany na długo przed formalnym rozstrzygnięciem, było w nich coś ciekawego, intrygującego? Coś co umknęło powierzchownym obserwacjom?

Pamiętajmy, że każde wybory w Rosji pełnią funkcję przede wszystkim barometru, który pozwala władzy mierzyć aktywność społeczną, temperaturę poparcia, zdolność do mobilizacji. Jest to więc ważne dla władz źródło wiedzy o społeczeństwie.

I co ten barometr wskazał?

Że system jest w sumie całkiem nieźle naoliwiony. Cel w postaci poparcia Putina przez ponad 50% osób uprawnionych do głosowania został osiągnięty. Ogłoszono rekordową frekwencję na poziomie 67% oraz rekordowe poparcie dla Putina – 76%. Częściowo udało się zmobilizować społeczeństwo, a częściowo „podkręcić” wyniki. Wybory to jest również niezwykle istotny test dla elity lokalnej, która ma wykazać zdolność administracyjnego wymuszenia na biurokracji niższego szczebla oraz elektoracie konkretnych zachowań.

Rozumiem, że to wiedza niezbędna dla administracji centralnej?

Tak, dla władz centralnych jest to ważna funkcja wyborów. Jeśli przedstawiciel władz na szczeblu obwodu nie był w stanie, mimo kilkumiesięcznego okresu przygotowawczego, zapewnić lepszej frekwencji, to jest to sygnał, że jak pojawi się sytuacja kryzysowa w regionie, to również się nie sprawdzi. Wybory to zatem zarówno testowanie wierności wyborców, jak i sprawności elity niższego szczebla.

Czy jesteśmy w stanie ocenić jakim realnym poparciem dysponuje Putin w skali całego kraju?

Wybory w Rosji były nieuczciwe nie tylko – i nie przede wszystkim dlatego – że dosypano 10, 15 czy 20% głosów. Mówiłem o braku politycznej alternatywy, na co składa się niedopuszczanie do rywalizacji prawdziwych konkurentów Putina, ale również jednostronność mediów, koncentracja zasobów finansowych w rękach władz i lojalnych oligarchów oraz wielki nacisk administracyjny na elektorat. Cały system polityczny utrudnia formułowanie niezależnych poglądów i wyklucza możliwość rzeczywistej debaty politycznej. W takiej sytuacji nie ma odpowiedzi na pytanie o rzeczywiste poparcie dla Putina.

Czyli fałszerstwa wyborcze nie są potrzebne, bo cały system jest sfałszowany?

Właściwie tak. Fałszerstwa stricte wyborcze, do których dochodzi w dniu głosowania, mają charakter pomocniczy, uzupełniający. Siła modelu autokratycznego wynika nie z dorzucania kart przez członków komisji, ale na wywołaniu takiej presji na wyborców w ich zakładach pracy, wsiach i miasteczkach, żeby ludzie sami szli do urn. Tam stają przed „wyborem bez wyboru”.

Skoro system jest zamknięty na wszystkich poziomach, to czy jesteśmy w stanie coś pewnego powiedzieć o realnych odczuciach społecznych?

Rosyjskie sondaże opinii publicznej niewiele nam mówią i nie jest to kwestia tylko ingerencji władz oraz bezalternatywności systemu. Generalnie ludzie w Rosji, ale przecież nie tylko tam, niechętnie dzielą się z obcym ankieterem swoimi emocjami politycznymi. To, co da się od biedy porównywać to trendy – o ile prawdziwe jest założenie, że wyniki przedstawiane przez ośrodki socjologiczne w różnych sondażach przedstawiają rzeczywistość zafałszowaną w miarę podobnie.

Co nam mówią te trendy?

Wskazują przede wszystkim na wyczerpywanie się zaufania do władz przed 2014 rokiem i spektakularny wzrost poparcia po aneksji krymskiej. Ale to dotyczy jedynie skali poparcia dla Putina. Dużo trudniej jednak zmierzyć „temperaturę” tego poparcia. Sądzę, że dziś większość Rosjan popiera system putinowski, ale jest to poparcie „niższej jakości” niż wcześniej. Wynika coraz bardziej z inercji i braku alternatywy. Podszyte jest rosnącym zmęczeniem, rozczarowaniem, stagnacją oraz brakiem perspektyw. Poparcie to jest sztucznie pompowane retoryką mocarstwową. Afrodyzjak krymski działa i te wybory potwierdzają, że jeszcze będzie przez jakiś czas działać.

Jakie znaczenie miały zatem wybory na Krymie?

Wybory nie przez przypadek były przeprowadzone w czwartą rocznice aneksji Krymu, a kampania Putina budowana była na hasłach dumy mocarstwowej oraz Rosji, która „wstała z kolan”. Dla władzy było niezwykle istotne, aby rezultat Putina na Krymie był jeszcze lepszy niż ten w pozostałej części Rosji. I tak rzeczywiście było – ponad 90% głosów na Krymie oddanych zostało na Putina.

O czym te wyniki świadczą?

Nawet jeżeli zostawimy spory margines błędu, uwzględniający prawdopodobne fałszerstwa oraz presję administracyjną na wyborców, to wyniki te pokazują, że pozytywne emocje mieszkańców Krymu wobec Rosji wyraźnie przeważają. Pomimo tego, że koszty integracji półwyspu z Rosją dla lokalnej ludności są spore – spadły dochody z turystyki, wzrosły koszty życia. Ale wybory na Krymie ważne są również z punktu widzenia globalnej strategii Putina. Rezultaty wyborów pozwalają budować rosyjskiej propagandzie przekaz potwierdzający rzekomą legalność i zasadność aneksji. „Nie podobało wam się referendum na Krymie cztery lata temu? Na to zobaczcie – znowu 90% mieszkańców głosowało za Putinem” – argumentują rosyjskie władze.

Czy źródłem krymskiej mobilizacji jest satysfakcja z odzyskanego terytorium, które kulturowo było bliżej Rosji niż Ukrainy?

Tak, ale nie tylko. Aneksja Krymu wpisuje się w sentymenty imperialne, budowane wokół konfrontacji z USA. W Rosji obecny jest bardzo silny odruch antyamerykanizmu, genezą sięgający czasów sowieckich. To jest coś co silnie konsoliduje rosyjskie społeczeństwo wokół władz. Putin to wykorzystuje przedstawiając kolejne wojny – w Gruzji, na Ukrainie, w Syrii – jako „proxy wars” (wojny zastępcze), które w rzeczywistości Rosja prowadzi ze Stanami Zjednoczonymi.

Czy polityka imperialna jest dziś faktycznie absolutną podstawą społecznego poparcia dla władz na Kremlu?

Na początku była nią stabilność polityczna, która została osiągnięta po objęciu władzy przez Putina. Później poparcie napędzał rozwój gospodarczy ze względu na koniunkturę surowcową. Dziś stabilność polityczna jest czymś naturalnym, a gospodarka z fazy rozwoju przeszła najpierw w fazę stabilizacji, a następnie w stagnację. Dlatego głównym źródłem legitymizacji władz stała się polityka zagraniczna. Innymi słowy – telewizor zamiast lodówki.

Na ile istotnym aktywem jest po prostu osobowość Putina?

To jest czasem czynnik niedoceniany, ale rzeczywiście jego zdolność trafienia z przekazem do społeczeństwa jest imponująca. Ma zarówno pamięć do szczegółów, jak i zdolność syntezy. To oczywiście jest również praca całego sztabu specjalistów, którzy pracują nad jego wizerunkiem. W pierwszych latach prezydentury bardziej podkreślano jego swojskość, w tym przede wszystkim sportowy tryb życia, rozumienie problemów społecznych. Teraz kreowany jest na cara – męża stanu, wskrzesiciela wielkiej Rosji. Ale nadal wiele uwagi przywiązuje się do starannie wyreżyserowanych rozmów ze społeczeństwem w formie konferencji prasowych oraz podróży po kraju. Ich scenariusz za każdym razem przewiduje podjęcie przez Putina natychmiastowej decyzji w reakcji na skargi obywateli.

Czy należy się spodziewać, że zmobilizowane antyamerykańskim odruchem społeczeństwo w najbliższych latach będzie tak samo bierne, jak to było po 2014 roku? Czy może wyczerpywanie się obecnego modelu rozwojowego wybudzi ludzi z letargu, tak jak to miało miejsce w czasie protestów przed 2014 rokiem?

Oceniając potencjał protestu trzeba mieć na uwadze podział Rosjan na dwie nieprzystające do siebie grupy. Pierwsza to klasa średnia, elektorat wielkomiejski. Ona ma dosyć stagnacji, korupcji, nadmiaru państwa we wszystkich dziedzinach życia. Jej przedstawiciele najwięcej zyskali w ostatnich latach, ale teraz zaczynają się dusić, chcą liberalizacji systemu. To oni wyszli protestować na ulice Moskwy i Petersburga na przełomie 2011 i 2012 roku, gdy Putin wracał na Kreml po prezydenturze Miedwiediewa. Ta grupa jest dziś w letargu, wątpi w możliwość zmian. Niektórzy swoją aktywność kanalizują na niższym poziomie: budując zręby społeczeństwa obywatelskiego, walcząc z arogancją władz lokalnych, dziurami w drogach, nielegalną wycinką lasów. Ale to nie ich wściekłości obawia się Putin.

Kim jest zatem druga grupa?

To tradycyjne zaplecze Putina: emeryci, robotnicy, górnicy, pracownicy budżetówki, resortów siłowych. Oczekują większego wsparcia państwa, skuteczniejszej i sprawiedliwszej redystrybucji dóbr, ale przez jakiś czas gotowi są zadowolić się również rosnącym poczuciem dumy imperialnej. Ich portfele wyraźnie odczuły skutki kryzysu gospodarczego.

Czy zatem „podstawa systemu” może wyjść na ulice?

Władze robią wszystko, żeby temu przeciwdziałać. Ale uroda procesów społecznych polega na tym, że nie da się ich w pełni przewidzieć. Nie ma algorytmów, które zapowiadają rewolucje. Przykład sąsiedniej Ukrainy jest najlepszym tego przykładem.

Jaka jest zatem różnica między Rosjanami a Ukraińcami? Dlaczego „rewolucja godności” wydarzyła się w Kijowie, a nie w Moskwie?

Putin wielokrotnie twierdził, że Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród. Myślę, że w to szczerze wierzył, co doprowadziło go do wielkiego rozczarowania w roku 2014, gdy nie udało mu się wywołać rewolty poza Krymem i częścią Donbasu. Rosyjskojęzyczni, kulturowo pokrewni Rosjanom Ukraińcy z Charkowa i Dniepra zaczęli z bronią w ręku powstrzymywać ekspansję „rosyjskiego świata”. To są różne społeczeństwa: od ponad ćwierćwiecza dojrzewające w różnych państwach, różnych modelach społeczno-politycznych. Ale przede wszystkim narody z odmiennym bagażem doświadczeń historycznych. W Rosji silny jest rys imperialny, autokratyczny, wynikający z przekonania, że wielką Rosją trzeba rządzić żelazną ręką albo się ona rozpadnie. Ukraina to odwrotność – Dzikie Pola Rzeczypospolitej, wolni Kozacy, silny pierwiastek anarchiczny.

Skoro nie w rosyjskim społeczeństwie, to może w rywalizujących ze sobą kręgach elit należy szukać potencjału protestu? Czy sojusz ludzi z administracji i biznesu, którym coraz gorzej się wiedzie, może zagrozić pozycji Putina?

Elita żerująca na Rosji potrzebuje stabilności i przewidywalności. Putin jest najwyższym rozjemcą – arbitrem, który zapewnia względną równowagę różnych koterii walczących o pieniądze i władzę. Oczywiście zawsze są niezadowoleni, którzy mają słuszne poczucie gorszego traktowania, ale nadal są oni beneficjentami układu oligarchiczno-korupcyjnego.

Czy coraz trudniejsze warunki gospodarcze mogą ten stabilny układ zachwiać?

Kołdra rzeczywiście staje się coraz krótsza. Sankcje, kryzys modelu rozwojowego, niskie ceny ropy – wszystko to pogłębia walkę o zasoby w otoczeniu Putina. Nie wydaje się jednak, że będzie to stanowić zagrożenie dla samego układu władzy. Jeśli ktoś spróbuje zmienić reguły gry, to zostanie spacyfikowany. System władzy w Rosji jest tak skonstruowany, że daje profity dla elity politycznej, ale nie daje uczestnikom pełnej gwarancji bezpieczeństwa. Kreml ma instrumenty dyscyplinowania elit, czego przykładem wyrok wieloletniego więzienia dla byłego ministra gospodarki Aleksieja Ulukajewa. Nie ma obawy przed buntem, bo istnieje strach, że niedostosowanie do zmieniających się reguł gry spowoduje utratę tego, co już się zdobyło.

Skoro nie w biernym elektoracie i zastraszonych elitach, to może nadziei na zmianę należy szukać w biologii. Może szansę na liberalizację systemu daje nowe pokolenie ludzi niepamietających ZSRR, a więc nieobciążonych sowieckimi kodami kulturowymi?

W Rosji postępuje technokratyzacja. Coraz więcej zaufanych Putina rezygnuje ze stanowisk formalnych, zaczyna trzymać się w cieniu. Na ich miejsce przychodzą młodzi, niepolityczni gubernatorowie czy urzędnicy. Ale pamiętajmy, że ich słaba pozycja polityczna w rezultacie jeszcze bardziej centralizuje Rosję – w większym stopniu muszą liczyć się ze wskazówkami z Kremla. Nie jestem ponadto przekonany, czy młodsze pokolenie oznacza wyższe standardy etyczne. Cynizm elity rządzącej Rosją jest ponadgeneracyjny.

W jaki sposób system władzy w Rosji wpływa na politykę zagraniczną?

Siłą systemu rosyjskiego jest jeden decydent, nieograniczony wewnętrznymi mechanizmami wypracowywania decyzji politycznych w postaci ucierania się wewnętrznego konsensusu oraz ograniczeń formalnych. To daje współczesnej Rosji dużą decyzyjność i elastyczność, dzięki której może dokonywać szybkich nieprzewidywalnych zwrotów. To duża wartość, szczególnie w porównaniu ze skomplikowaną strukturą jaką jest Unia Europejska, gdzie każda decyzja wymaga licznych konsultacji i procedur.

Fakt, rosyjska polityka zagraniczna nie jest skrępowana np. naciskiem opinii publicznej. Czy w Rosji zatem polityka wewnętrzna definiuje zagraniczną czy na odwrót?

Polityka zagraniczna Rosji nie jest skrępowana polityką wewnętrzną, choć jest oczywiście służebna wobec kontekstu wewnątrzpolitycznego, a przede wszystkim podstawowego celu, jakim jest utrzymanie reżimu. Polityka zagraniczna jest przy tym narzędziem oddziaływania na politykę wewnętrzną. Ale to nie oznacza, że czynnik wewnętrzny nad wszystkim bezwzględnie dominuje. Sankcje zachodnie nałożone przed czterema laty na Rosję są kłopotliwe w wymiarze wewnątrzpolitycznym. Są bolesne zarówno dla elity, jak i i społeczeństwa, ale nie wymusiły rewizji agresywnej polityki zagranicznej.

Chyba trudno dziś postawić tezę, że rola Rosji na świecie jest większa niż była jeszcze kilka lat temu, nie mówiąc już o tym, że na pewno nie jest taka, o jakiej marzył Putin. Z czego wynika nieskuteczność Rosji w przekonaniu Zachodu do swoich racji?

Putin lubi upajać się swoja siłą, zdecydowaniem, bezkompromisowością. Chce wywołać strach Zachodu i w rezultacie ustępstwa, ale często przelicytowuje. Wywołuje oburzenie społeczeństw, co ogranicza pole manewru zachodnich elit, podnosi koszt polityczny przyjaźni z Putinem. Oczywiście Kreml nie tylko próbuje zastraszyć przeciwników, ale również ich skorumpować. Przyjmuje błędne założenie, że wszystko można kupić.

Udało się to w przypadku Gerharda Schroedera.

Ale to raczej wyjątek, niż reguła. Niemieccy politycy mówią dziś o Rosji innym, twardszym językiem niż pięć czy dziesięć lat temu.

Dlaczego Rosja na próbuje przyciągnąć do współpracy zachętą, tylko przymusem?

Jeśli ma pan do dyspozycji jedynie młotek, to na każdy problem patrzy pan jak na gwóźdź. Rosja zastrasza wszystkich, bo wierzy ze wszyscy się boją szaleńca. Straszy np. wojną nuklearną i liczy na to, że druga strona się złamie i podpisze ważne dla nas umowy. Póki co ta strategia nie przynosi spodziewanych efektów. Dobrze pokazuje to wojna przeciwko Ukrainie. Zamiast przyciągnąć Kijów w swoją orbitę i czekać na wypalenie się proeuropejskich emocji i rozczarowanie Zachodem, Rosja zdecydowała się na scenariusz militarny o olbrzymich, negatywnych konsekwencjach.

No właśnie, jak ocenić bilans rosyjskiego zaangażowania w tym kraju od czasu interwencji w Donbasie?

Wpierw była aneksja Krymu, która była dla Kremla nagrodą pocieszenia po zwycięstwie rewolucji godności. Choć niosła ze sobą koszty polityczne w wymiarze międzynarodowym, to wewnątrz Rosji była i pozostaje źródłem silnej legitymizacji Putina. Łatwość z jaką Rosja zajęła półwysep zachęciła ją do działań zbrojnych w Donbasie. Tutaj sukces okazał się dość iluzoryczny. Wprawdzie większość regionu udało się oderwać od Ukrainy, ale cena okazała się jak na razie niewspółmierna do korzyści.

Celem wojny w Donbasie było bowiem narzucenie Ukrainie sytuacji, w której niekontrolowany przez nią region destabilizuje resztę kraju, czyni ją niezdolną do modernizacji, przekształca ją w zakładnika rosyjskiego widzimisię. Jak na razie Rosja oderwała najbardziej postsowiecki region Ukrainy, ograniczając jego wpływ na resztę kraju. Donbas stał się szczepionką przeciwko separatyzmowi w innych regionach Ukrainy. Nastawił patriotycznie i antyrosyjsko większość Ukraińców – w tym wielu, którzy jeszcze kilka lat temu byli indyferentni narodowościowo. No i na dodatek Zachód nałożył na Rosję sankcje, których wbrew powszechnym przewidywaniom nie zostały zniesione, a wręcz stopniowo są uzupełniane.

Jaki jest najbardziej prawdopodobny scenariusz dalszego rozwoju sytuacji w Donbasie?

Wznowienie konfliktu na pełną skalę nie leży w interesie Rosji, ponieważ tylko oddalałoby ją od celu, jakim jest zrzucenie na Ukrainę odpowiedzialności za przyszłość Donbasu i związanie rąk Kijowa niechcianą republiką. Ukraina z kolei nie dysponuje potencjałem militarnym odzyskania regionu, a właściwie to nie jest tym zainteresowana, zdając sobie sprawę z pułapki, z jaką reintegracja by się wiązała. W dodatku władze ukraińskie nie mogą również oficjalnie zrezygnować z niechcianego regionu ze względu na swoją nieustępliwą strategię w sprawie Krymu oraz nastroje społeczne. Zbyt wielu ukraińskich żołnierzy zginęło w czasie wojny, żeby dziś podważać celowość daniny krwi. Sytuacja jest zatem patowa. Kreml, wobec braku lepszych pomysłów, liczy że tląca się wojna jednak docelowo osłabi Ukrainę. Petro Poroszenko kalkuluje, że status quo to wyśmienite alibi do wstrzymywania trudnych reform oraz narzędzie konsolidacji społeczeństwa. A ludzie tam wciąż giną.

Co ciekawe, ale i smutne, świat bardziej niż Donbasem żyje dziś otruciem Skripala w Wielkiej Brytanii przez rosyjskie służby. Jaką korzyść osiągnęła Rosja z tytułu tej operacji?

Jest to kolejny przejaw samoniszczenia swojego wizerunku przez Kreml. Jedyny plus to prewencja ogólna – zastraszenie potencjalnych zdrajców. Innych nie widzę, szczególnie na arenie międzynarodowej.

Jak daleko Rosja może się posunąć w swojej polityce wobec Zachodu?

Kreml będzie testował granice. Pójdzie tak daleko jak mu na to pozwolimy.

Czy scenariusz militarny jest wobec tego realną opcją?

Myślę, że więcej Rosja może ugrać metodami hybrydowymi i, przede wszystkim, podejmując wówczas wyraźnie mniejsze ryzyko. Za prawdopodobny scenariusz należy uznać działania destabilizująco-dywersyjne w państwach bałtyckich. Są to członkowie UE, w tym strefy euro, oraz NATO. Nie myślę o skierowaniu dywizji pancernej do Rygi, ale działaniach, która wykażą słabość zachodnich zobowiązań sojuszniczych. Dlatego powinniśmy skupić się na odstraszaniu Rosji, co jest sumą przygotowań militarnych oraz jednoznacznych, czytelnych sygnałów politycznych. ZSRR nie zajął w czasie zimnej wojny Berlina Zachodniego nie dlatego, że miałaby z tym militarny problem. Wstrzymywał go strach przed konsekwencjami tej decyzji, w tym obawa przed wybuchem wojny nuklearnej. W polityce odstraszania kluczowy jest aspekt psychologiczny.

Przy opracowaniu wywiadu współpracował Mateusz Wróblewski.