Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  6 marca 2018

W Polsce to sukces jest sierotą. Zmieńmy to, gdy politycy naruszają status quo!

Piotr Trudnowski  6 marca 2018
przeczytanie zajmie 10 min
W Polsce to sukces jest sierotą. Zmieńmy to, gdy politycy naruszają status quo! www.flickr.com/photos/roovuu/

Zwykło się mawiać, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą. Niestety, gdy spojrzeć na polską debatę publiczną wydaje się, że jest dokładnie odwrotnie. Cenne inicjatywy i prawdziwe dobre zmiany nie budzą emocji, a zatem też entuzjazmu ani słów uznania wobec zasłużonych. Tymczasem każde potknięcie, błąd i porażka są na czołówkach portali i gazet. W Sejmie doszło właśnie do epokowego wydarzenia: przełamano warszawocentryczne status quo! Nie stałoby się to, gdyby nie łącznie dziesiątki osób: z rządu i opozycji, z sektora pozarządowego, mediów i biznesu. Wreszcie – bez bezinteresownej współpracy środowisk ogólnopolskich z lokalnymi. Niech ten chlubny przykład „społecznej gry zespołowej” będzie inspiracją dla innych inicjatyw na rzecz dobrej polityki.

Dlaczego tak trudno reformować państwo?

W głośnej książce Tyrania status quo Milton i Rose Friedman dotknęli sedna demokratycznej polityki, którego nie powinni lekceważyć również ci wszyscy, na których nazwisko wolnorynkowego noblisty działa niczym czerwona płachta na byka.

Posługując się najbardziej wyrazistym przykładem: zorganizowane grupy interesu zwykle skuteczniej sprzeciwią się odebraniu nieuzasadnionych czy wręcz szkodliwych dla pozostałych przywilejów, niż rozproszeni interesariusze reform na rzecz dobra wspólnego są gotowi je popierać. Mechanizm jest prosty: nieliczni, którzy tracą wiele, są bardziej zdeterminowani niż liczni, którzy zyskają niewiele.

„Każdy krok, który w znaczącym stopniu oddziałuje na grupę skoncentrowaną – zarówno korzystnie, jak i niekorzystnie ma tendencję do wywoływania istotnych, występujących natychmiast i bardzo widocznych skutków dla poszczególnych członków tej grupy. Skutki tych samych kroków dla poszczególnych członków grupy rozproszonej – znów korzystnych czy niekorzystnych – zwykle są drobne, pojawiają się z większym opóźnieniem i są mniej widoczne. Szybka, skoncentrowana reakcja jest w demokracji głównym źródłem siły grup wspólnych interesów” – pisali Friedmanowie. Brak silnie zmotywowanych interesariuszy gotowych poświęcić swój czas, energię i pieniądze na rzecz reformowania państwa w sposób zgodny z prymatem dobra wspólnego powodował ich zdaniem właśnie tytułową „tyranię status quo”.

W polskiej literaturze do podobnych wniosków dochodzili badacze dziś związani z Prawem i Sprawiedliwością, z profesorem Andrzejem Zybertowiczem na czele. W swojej sławnej analizie poświęconej antyrozwojowym grupom interesu toruński socjolog wskazywał, że to właśnie one „uniemożliwiają państwu realizację interesów teoretycznych, tj. spójne działanie na rzecz dobra wspólnego”. Podkreślał też „dobrze znany paradoks demokracji: aby realizować interesy teoretyczne, często trzeba naruszać praktyczne interesy antyrozwojowe, co często owocuje uruchomieniem procedur demokratycznych i mobilizacji przeciw sprawcom owych naruszeń, łącznie z argumentem łamania procedur demokracji”.  

Łatwiej ganić, niż pochwalić

Jak zatem reformować państwo? Istotą prawdziwie republikańskiej polityki w demokracji wydaje się tworzenie przeciwwagi dla egoistycznego lobbingu, przeciwstawianie aktywności w interesie publicznym działaniu w interesie partykularnym. Siłą rzeczy taki „altruistyczny lobbing” jest formą służby publicznej, ale nie musimy ograniczać się do postrzegania go przez pryzmat naiwnego idealizmu i, co za tym idzie, oderwania od realiów.

Kluczem do osiągnięcia sukcesu jest bowiem zidentyfikowanie interesariuszy, których indywidualny interes jest zbieżny z interesem publicznym i zaprzęgnięcie ich we wspólne działanie na rzecz dobra wspólnego. Środowisko toruńskich badaczy, nota bene w istotnym stopniu wychowanków profesora Zybertowicza, nazywa to „społeczną grą zespołowa”.

Do „tyranii status quo” Friedmanów i „paradoksu demokracji” Zybertowicza dochodzi jednak jeszcze trzeci czynnik, którego wpływ na politykę wydaje się równie szkodliwy, choć bliższy jest psychologii politycznej czy innym formom rozważań o naturze ludzkiej. Chodzi mianowicie o przypadłość, która sprawia, że dużo chętniej ganimy polityków, niż ich chwalimy. Zdecydowanie łatwiej budować na emocji negatywnej, sprzeciwie i proteście, niż na emocjach pozytywnych, entuzjazmie i konkretnych propozycjach.

To dlatego przez lata rządząca Platforma Obywatelska tyle uwagi poświęcała straszeniu PiS-em. To dlatego zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego było możliwe dopiero wówczas, gdy ogólne poczucie „zmęczenia” poprzednią władzą zbiegło się z przeważeniem szali goryczy przez aferę taśmową. To dlatego polską scenę polityczną wbrew stereotypom organizuje nie podział na plemiona „PiS-owców” i „platformersów”, ale podział na plemiona zjednoczone negatywną emocją: „anty-PiS-u” i „anty-KOD-u”. To dlatego wreszcie w odpowiedzi na antyrządowe marsze Prawo i Sprawiedliwość nie zdecydowało się, pomimo zapowiedzi, zorganizować manifestacji swoich zwolenników, choć wielusettysięczne manifestacje prawicy odbywały się w poprzedniej kadencji (Marsze Wolności i Solidarności, tzw. marsze w obronie Telewizji Trwam, po części również Marsze Niepodległości w latach „świetności” tej inicjatywy).

Z pewnością zjawisko to nasila się jeszcze wraz z ewolucją mediów. U źródeł tabloidyzacji, clickbaityzacji i fake-newsów leży właśnie ta skłonność dzisiejszego czytelnika do czytania, interesowania się i reagowania na informacje, które wywołują w nim raczej złość i frustrację, niż radość i satysfakcję.

Konsekwencje tego stanu rzeczy dla polityki są niebagatelne. Najważniejszym wyzwaniem rozsądnego polityka staje się bowiem… unikanie zagrożeń dla własnego „trwania”. Radość wyborców czy pochwały mediów z zakończonej sukcesem reformy nigdy nie będą na dłuższą metę górować nad wściekłością i krytyką za działanie nie do końca udane. Odważna, reformatorska decyzja prawie zawsze narusza bowiem status quo i zirytuje rzeszę interesariuszy, których sytuacja może w efekcie ulec pogorszeniu. Medialna machina mnożąca wątpliwości wobec proponowanej reformy miele bardzo szybko, niespecjalnie zważając na fakty.

Okazuje się zatem, że wbrew popularnemu powiedzeniu, w polityce często to sukces jest sierotą, a wielu ojców ma porażka. Klęska uruchamia proces poszukiwania winnych i mnożenia wzajemnych, jawnych lub niejawnych, oskarżeń. Chwalenie za sukces zaś nie dość, że zgodnie z wyżej opisaną naturą ludzkiego zainteresowania nie generuje tak silnych emocji, to nie ma też swoich akuszerów: zorganizowanych, prorozwojowych grup interesów.

Czas odwrócić logikę

Nie ma innej drogi przemiany negatywnego oblicza polityki, jak pokazywanie, że można działać inaczej. Pierwszy namacalny sukces raczkującego obywatelskiego lobby deglomeracyjnego, które od kilku miesięcy budujemy przy Klubie Jagiellońskim, niech będzie takim inspirującym przykładem.

Dziś Sejm przyjął ustawę o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców, która zawiera „regułę deglomeracyjnę”- przepis, który każe podjąć ministrowi decyzję o siedzibie nowej instytucji po rzetelnej analizie, ważąc dwie wartości: „konieczność zapewnienia efektywnej realizacji zadań Rzecznika” i „kierując się potrzebą dekoncentracji”. To przełom i odejście od warszawocentrycznego status quo.

Jak pisaliśmy wielokrotnie: w 2015 roku 75 na 77 centralnych instytucji publicznych miało siedzibę w stolicy. Przy okazji kilkunastu instytucji tworzonych lub reformowanych w tej kadencji również dotąd wszystkie lokalizowano w Warszawie. Nikt nie analizował, czy tak jest taniej czy drożej, mniej czy bardziej efektywnie. Zdanie: „Siedzibą jest miasto stołeczne Warszawa” wpisywano w kolejnych ustawach i statutach bezrefleksyjnie. Tygodnie naszej pracy, przekonywania opinii publicznej i decydentów przyniosły efekty i zmianę, która może być dobrym precedensem powielanym przy okazji kolejnych instytucji.

Ten sukces nie byłby jednak możliwy, gdyby nie zaangażowanie i dobra wola dziesiątek osób z różnych światów, branż i opcji politycznych. Na dzisiejszą decyzję złożył się szereg działań wielu bardzo różnych osób. Zwykle w takich chwilach inicjatorzy zmiany ogłaszają swój sukces, a o cichych bohaterach, tak szeregowych, jak i kluczowych uczestnikach „społecznej gry zespołowej”, zapomina się. Czas odwrócić tę logikę! Niech historia deglomeracyjnego przełomu będzie inspiracją do budowania innych „altruistycznych lobbies”.

Na początku było słowo

Zacznijmy od początku: postulat „rozproszenia Warszawy” w Klubie Jagiellońskim jest obecny od 2015 roku. Wówczas, gdy portalem klubjagiellonski.pl kierował Paweł Grzegorczyk, teksty składające się na programowy blok stworzyli: Jan Maciejewski (tekst wprowadzający z chyba najważniejszym dla naszego dalszego zaangażowania w temat aspektem biograficznym: „chodzi o to, by powrót młodych ludzi po studiach do rodzinnych miejscowości nie był życiową porażką, ale równoprawną i konkurencyjną opcją”), Piotr Kaszczyszyn (przegląd instytucji), Bartosz Brzyski (policentryzacja bezpieczeństwa), Janusz Lewicki (jak się to robi w Niemczech?), Jarosław Komorniczak (propozycja „jedno województwo – jeden urząd”), Kamil Suskiewicz (pozytywistyczna lekcja o polskiej prowincji) i Bartłomiej Orzeł (wymiar transportowy).

Wcześniej w sposób stały tematyka ta obecna była właściwie w jednym środowisku ideowym: piśmie „Nowy Obywatel”. Działo się to głównie za sprawą tekstów dziennikarza transportowego Karola Trammera, który od lat jest niestrudzonym „apostołem deglomeracji” w Polsce. Z Karolem odbyliśmy jedno z pierwszych spotkań, gdy podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu budowy „deglomeracyjnego lobby”. Od początku deklarował swój entuzjazm i wsparcie, służył radą i kontaktami.

Równolegle nasze zainteresowanie na „Polskę średnich miast” na długo przed sukcesem ruchów miejskich czy książkami Filipa Springera kierował Rafał Matyja.

Lokalnie i ogólnopolsko

W Nowym Sączu, który na pierwszym etapie debaty zaproponowaliśmy na siedzibę Biura Rzecznika Przedsiębiorców, nigdy nie byłem. W Klubie Jagiellońskim jest kilka osób pochodzących z tego miasta, ale prawdę mówiąc chyba żadna z nich nie prowadzi tam dziś realnie żadnej konkretnej działalności i nie ma takich ambicji w najbliższym czasie. Celowo wybraliśmy miasto, za którym przemawiają po prostu merytoryczne argumenty, a nie nasze z nim związki czy jakiekolwiek kontakty z lokalnymi elitami. Postrzeganie postulatów deglomeracyjnych przez pryzmat lokalnych partykularyzmów było jednym z powodów, dla których wciąż kolejne instytucje umieszczano w Warszawie. Pierwszym argumentem „za Nowym Sączem” była niespotykana nigdzie indziej w Polsce koncentracja milionerów w tym mieście. Korzystanie z lokalnych zasobów i doświadczeń, a nie jedynie wygoda urzędników i polityków w Warszawie, to jeden z najważniejszych argumentów na rzecz lokalizowana instytucji w innych miastach. Do tego Krzysztof Mazur dorzucił argument „z tradycji” i przypomniał historię „eksperymentu sądeckiego”, który był nieco analogicznym i zakończonym częściowym sukcesem odwrotem od nadmiernego centralizmu, tyle że w PRL. 

Jakub Lipiński podzielił się szeregiem lokalnych kontaktów, które okazały się niezwykle pomocne. Pani Zofia Pieczkowska, córka współodpowiedzialnego za sukces „eksperymentu sądeckiego” Janusza Pieczkowskiego, udostępniła nam jego wspomnienia na kanwie których artykuł przybliżający tamto doświadczenie napisał Maciej Dulak. W szukanie sojuszników zaangażowali się absolwenci nowosądeckiej szkoły wyższej WSB-NLU: Jacek Powałka i Łukasz Smolarski. To oni przekonywali do zainteresowania tematem lokalne media i nowosądeckich liderów. Bez wątpienia kluczowe było wsparcie Krzysztofa Pawłowskiego, twórcy tej szkoły. Dzięki ich wspólnej pracy powstał list otwarty podpisany przez liderów biznesu: m.in. Ryszarda Florka, Ryszarda Fryca, Andrzeja Wiśniowskiego, Zygmunta Berdychowskiego.

Na właściwe posiedzenie komisji rozpatrującej „poprawkę nowosądecką” przyjechali też z Nowego Sącza lokalni aktywiści i samorządowcy: Patryk Wicher i Tomasz Michałowski. Na rożnych etapach angażował się w działania szereg członków naszego stowarzyszenia. W tym miejscu na wyróżnienie zasługują z pewnością Maciej Dulak i Mateusz Jarosiewicz, którzy obok innych aktywności wzięli też udział w kluczowym posiedzeniu sejmowej komisji.

Rządzący pod rękę z opozycją

Oczywiście, wsparcie lokalnych środowisk było bardzo ważne, ale decyzja spoczywała w rękach polityków. Tu znów warto podkreślić, że wydarzenia przebiegały niestandardowo: swój istotny udział mieli zarówno rządzący, jak i politycy opozycji.

W pierwszej kolejności mogliśmy liczyć na wsparcie poseł Elżbiety Zielińskiej, deputowanej Kukiz’15 z okręgu nowosądeckiego. To ona wraz z posłem Jakubem Kuleszą złożyli przygotowaną przez nas poprawkę, bez czego pewnie nie doszłoby do podjęcia prac nad alternatywnym rozwiązaniem legislacyjnym na etapie senackim. Od początku inicjatywie kibicował też poseł PiS Arkadiusz Mularczyk. Jeszcze przed głosowaniami swoje poparcie dla pomysłu przekazywali nam również politycy Nowoczesnej.

Chociaż ostatecznie zarówno na komisji, jak i na posiedzeniu plenarnym poprawka proponująca na siedzibę Biura Rzecznika Nowy Sącz przepadła, to sejmowa dyskusja zmierzała w dobrym kierunku: stworzenia formuły legislacyjnej, która nie wskaże konkretnego miasta, ale podkreśli konieczność rozważenia lokalizacji poza Warszawą.

Gdy przygotowaliśmy kolejną wersję poprawki z myślą o etapie senackim okazało się, że w rządzie zapadła decyzja o „zielonym świetle” dla regulacji w tym zakresie. Tę odważną i kluczową decyzję podjęło kierownictwo Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii: minister Jadwiga Emilewicz oraz wiceminister Mariusz Haładyj, który pilotował ten pakiet ustaw znany jako „Konstytucja biznesu”. Na docenienie zasługuje też rola urzędników pilotujących ustawę, którzy opracowali akceptowalne legislacyjnie brzmienie przepisu: dyrektorów Luizy Modzelewskiej i Armena Artwicha.

Wreszcie, poprawkę zgłosić musiał ostatecznie któryś z senatorów – i zrobił to przewodniczący senackiej komisji Andrzej Stanisławek (Porozumienie, Klub Parlamentarny Prawo i Sprawiedliwość). W Senacie poparcie dla poprawki było powszechne, ale na wyróżnienie zasługuje senator Kazimierz Kleina (Platforma Obywatelska), który jest jednym z nielicznych polityków w Polsce, którzy o deglomeracji w sposób świadomy mówi od wielu lat. Ostatecznie Senat przyjął poprawkę przy zaledwie jednym głosie sprzeciwu!

Dziś Sejm podjął decyzję o przyjęciu ustawy wraz z senacką poprawką… jednogłośnie!

Na dostrzeżenie zasługuje też wyjątkowa rola kobiet-polityków w całym procesie. Nie ogranicza się ona do już wspomnianych i kluczowych: Elżbiety Zielińskiej i Jadwigi Emilewicz. Niedawno wprost, w czasie swojej wizyty w Nowym Sączu, poparcie dla naszego postulatu wyraziła była prezes Rady Ministrów, a dziś wicepremier Beata Szydło. Wcześniej jako jedyna na sejmowej komisji nie zagłosowała przeciwko poprawce „nowosądeckiej” poseł Prawa i Sprawiedliwości Anna Kwiecień. Równolegle z życzliwością dla pomysłu i sensownie – w kierunku szerszego ujęcia legislacyjnego – argumentowała poseł Małgorzata Janyska (Platforma Obywatelska).

Niech to będzie dopiero początek!

Na dalsze, pewnie jeszcze dłuższe wyliczenie i podziękowanie zasługują przedstawiciele mediów: zarówno lokalnych (nowosądeckich i małopolskich), jak i ogólnopolskich. Gdyby nie ich zaangażowanie pewnie nie udałoby się wprowadzić tego tematu na poważnie do debaty publicznej. Nie bez znaczenia dla dalszych losów inicjatywy wydaje się też fakt, że lokalni dziennikarze zareagowali na głosowanie posłów ze swojego okręgu przeciwko „propozycji nowosądeckiej” tak jak powinni: ostro krytykując swoich przedstawicieli. Gdy kilka dni później głosowano w Sejmie inną propozycję deglomeracyjną (lokalizację Fundacji Polsko-Węgierskiej w Tarnowie) tarnowscy posłowie partii rządzącej, odrabiając lekcje nowosądeckich kolegów, głosowali już „za”, wbrew partyjnej dyscyplinie.

Wszystkim tu wymienionym, a także wielu niewymienionym z nazwiska, należą się szczere, wielkie podziękowania. Choć oczywiście inna jest waga politycznej decyzji ministra, a inna artykułu dziennikarza na lokalnym portalu, to dopiero suma tych aktów składa się na zanegowanie warszawocentrycznego status quo. Trudno przewidzieć, które z indywidualnych zaangażowań przeważyło. Nie znamy odpowiedzi na pytanie, bez którego z niby drobnych aktów ostateczna decyzja Sejmu byłaby inna.

Ta przydługa wyliczanka to swoista mapa republikańskiej polityki. Każda, nawet drobna zmiana wymaga wbrew pozorom współpracy dziesiątek osób, których zaangażowanie rzadko się docenia. Przy determinacji obywateli, odwadze decydentów i odrobinie szczęścia można przeprowadzać takie zmiany, które służą przede wszystkim dobru wspólnemu, a nie partykularnym interesem. Im silniejsze będą obywatelskie instytucje pilnujące polityków, a wybierani do Sejmu i zdobywający zaufanie w swoich partiach politycy będą lepiej przygotowani do służby obywatelom, tym większa szansa, że takie zmiany będą regułą, a nie odstępstwem od niej. 

To na pewno nie koniec naszych działań. Będziemy dalej budowali lobby deglomeracyjne i pracowali nad wizją bardziej solidarnego terytorialnie rozwoju Polski. Chcemy rozwijać debatę ekspercką na ten temat, prowadzić działania edukacyjne i wreszcie proponować lokalizację poza Warszawą kolejnych instytucji. Jeżeli tak jak my wierzysz, że 99 % urzędów wcale nie musi mieć siedzib w Warszawie, to wesprzyj nas przekazując na ten cel 1% swojego podatku (numer KRS Klubu Jagiellońskiego: 0000128315)!

Każda, nawet drobna darowizna będzie przecież udziałem w kolejnych sukcesach w walce z „tyranią status quo”.