Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Wójcik  28 lutego 2018

„Szarości” powojennego podziemia

Bartosz Wójcik  28 lutego 2018
przeczytanie zajmie 15 min
„Szarości” powojennego podziemia Autorka ilustracji: Magdalena Karpińska

Instrumentalizacja mitu Żołnierzy Wyklętych w połączeniu z wysoką temperaturą politycznego sporu sprawiają, że także w ocenach powojennego podziemia coraz częściej dajemy się zwieść fałszywym dychotomiom. Odpowiedzią na retorykę znajdującego się od lat w ofensywie nurtu jednoznacznie afirmatywnego staje się przechodzenie w drugą skrajność. Jak szkodliwe i nieadekwatne do złożonej rzeczywistości są to postawy znakomicie pokazują dwie głośne akcje z lata 1945 roku. Za jedną i drugą, odpowiednio – pacyfikacją wsi oraz rozbiciem ubeckiego więzienia, stał „znany w okolicy »Szary«”.

Czerwiec roku 1945. Polskę od tygodni przemierzają niekończące się kolumny tych, którym się udało – wracających. Uruchamiane są zakłady, szkoły i instytucje. Miesiąc temu „Tysiącletnia – teraz podkreśla się to ze szczególną satysfakcją – Rzesza” definitywnie legła w gruzach. Ostatnio radio podało, że w amerykańskiej strefie okupacyjnej schwytany został gauleiter Greiser – krwawy namiestnik Kraju Warty, „ucieleśnienie teutońskiej buty”. Ale to tylko część rzeczywistości.

Wbrew manifestacyjnym zapewnieniom komunistycznych władz nie każdy może powrócić do normalnego życia. Powszechna staje się wiedza o prześladowaniach wielu spośród tych, którzy po latach walki z Niemcami zdecydowali się wyjść z podziemia – o aresztowaniach i niewyjaśnionych zniknięciach ludzi niepodległościowej konspiracji, o kolejnych transportach zmierzających na Wschód, o podstępnym uwięzieniu przywódców Polski Podziemnej. Pod koniec maja zmobilizowany doraźnie oddział poakowski ppor. Edwarda Wasilewskiego „Wichury” rozbił okryty złą sławą obóz NKWD w Rembertowie. Ale podobnych miejsc są dziesiątki. „Dla nas wojna jeszcze nie skończona…” – konstatuje gorzko konspiracyjna „Myśl Niezależna”.

Tragizm położenia zagrożonych łagodzi przekonanie o tymczasowości nowego porządku. Sytuacja polityczna wciąż jest niejasna, co rusz pojawiają się przesłanki interpretowane jako zapowiedź nadchodzącego kresu „lubelskiej rzeczywistości”. Niektórzy wiążą ją z Mikołajczykiem i „ugodowcami”, inni czekają na kolejną wojnę – tę samą, którą straszy zmęczone społeczeństwo rządowa propaganda.

To właśnie przekonanie, obok wynikającego z prześladowań lęku przed podzieleniem losu licznych poprzedników, wielu nakazuje trwać w lesie. Dlatego dość ograniczone pozostają skutki apeli, takich jak ten z 17 maja, w którym przedstawiciele „parlamentu” Polski Podziemnej – Rady Jedności Narodowej oraz Delegat Rządu na Kraj, Stefan Korboński, wspólnie wzywali: „Nie dajcie się sprowokować do zbrojnej walki. Nie może ona obecnie przynieść żadnej korzyści celom, do których zmierzamy […]. Wzywamy młodzież, która przed masowymi prześladowaniami i aresztami schroniła się do lasu, by starała się wrócić do normalnego życia i produktywnej pracy tam, gdzie może. Pobyt Wasz w lesie stał się już pretekstem do głośnych pacyfikacji. Czeka was zguba, a Waszym głównym przeznaczeniem jest żyć i pracować dla Ojczyzny, a nie ginąć bez żadnej dla niej korzyści”.

Dalekie od oczekiwań są również skutki analogicznych nawoływań dowództwa poakowskiej Delegatury Sił Zbrojnych (DSZ). „Powszechna wola oporu przeciw sowiecko-lubelskiej rzeczywistości przeradza się wśród byłej AK i związanych z nią kół w opór przeciw rozwiązaniu szeregów. Ma to charakter żywiołowo-społeczny, zwłaszcza na wsi lubelskiej i białostockiej, i przeradza się w szeroką samoobronę, którą bierzemy pod wpływy i kierunek” – depeszuje do Londynu Delegat Sił Zbrojnych, płk Jan Rzepecki „Prezes”.

W takich okolicznościach, w połowie miesiąca, na podziemie spada propagandowy cios. Pierwsze strony wydawanej w ogromnych nakładach kontrolowanej przez komunistów prasy zalewa dotąd nikomu nic nie mówiąca nazwa – Wierzchowiny. Organom centralnym wtórują liczne wydawnictwa lokalne. Potępiani są nie tylko „oenerowscy zbrodniarze z NSZ”, niektóre tytuły „biją” szerzej. Wzywają do porzucenia złudzeń wobec „wszystkich reakcyjnych morderców”, zapowiadają konieczność „wytępienia w zarodku faszystowskich band”. „Dość już krwi!” – woła nagłówkiem na swojej pierwszej stronie „Rzeczpospolita”, której redakcja demonstracyjnie wyrzuca ogół „polskich faszystów” poza nawias narodu.

Potępiające doniesienia świadomie pomijają ukraińską narodowość ofiar mordu dokonanego w niewielkiej miejscowości powiatu krasnostawskiego. Ograniczają się do sugestii, że zginęli enigmatyczni „polscy demokraci”, „uczciwi zwolennicy nowej Polski”. Świeżo po zbrodni wołyńskiej takie postawienie sprawy daje lepsze perspektywy optymalnego wyzyskania sytuacji. Nie to jest jednak najważniejsze. Kluczowy jest fakt, że „Wierzchowiny”, abstrahując od perfidnego tonu wspomnianej prasy, nie są tylko kolejnym wymysłem komunistycznej propagandy.

Barwy ciemne: Wierzchowiny

6 czerwca 1945 r., przed południem, w niewielkiej miejscowości pojawił się ponad 200-osobowy, solidnie wyekwipowany i uzbrojony oddział pozorujący jedną z wielu wracających w tym czasie z frontu jednostek ludowego Wojska Polskiego. Wkraczającą do wsi kolumnę przyjęto dobrze. Znani w okolicy z pozytywnego stosunku do nowej rzeczywistości mieszkańcy byli przekonani, że witają „swoich”.

W rzeczywistości mieli do czynienia ze zgrupowaniem Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ), dowodzonym przez kpt. Mieczysława Pazderskiego „Szarego”. Podległe mu oddziały rozpoczynały właśnie swoistą demonstrację siły, która obliczona miała być z jednej strony na wzmocnienie konfrontacyjnych nastrojów polskiej ludności, z drugiej – na swoistą „reklamę NSZ” w trwającej od dłuższego czasu rywalizacji o wpływy ze strukturami poakowskiej Delegatury. Nie bez znaczenia pozostawał wreszcie zamiar storpedowania polsko-ukraińskich pertraktacji, podjętych przez jej lokalnych dowódców. W przeciwieństwie do „konkurencji”, narodowcy nie byli bowiem zainteresowani wygaszaniem tragicznego sporu. Jak wskazuje historyk IPN, dr Mariusz Zajączkowski, w okresie trzech poprzedzających krytyczną akcję miesięcy z rąk oddziałów składających się na zgrupowanie „Szarego” śmierć poniosło co najmniej 80 osób narodowości ukraińskiej. Wśród nich Bazyli Martysz – niegdysiejszy naczelny kapelan prawosławny Wojska Polskiego.

Co ciekawe, akcja w Wierzchowinach pierwotnie miała zostać uzgodniona z komórkami poakowskiej DSZ. Na ponad dwa tygodnie przed feralnym dniem – jak relacjonował jeden z oficerów Delegatury – podczas wspólnej odprawy lokalni dowódcy obu organizacji sporządzili listę kilkunastu mieszkańców – głównie, choć nie tylko, Ukraińców – problematycznej miejscowości, stwarzających swym zaangażowaniem po stronie komunistów szczególne zagrożenie dla podziemia. Pierwotnie to oni mieli zostać zlikwidowani.

W międzyczasie jednak okoliczności uległy diametralnej zmianie – między lubelską DSZ a lokalnymi strukturami Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) zawarty został rozejm, którego priorytetowym celem miało być zakończenie wzajemnych wystąpień przeciwko ludności cywilnej. Narodowcy, zajmujący wobec „problemu ukraińskiego” stanowisko nieprzejednane, nie zamierzali go respektować. Co więcej, pod koniec maja zwołali jeszcze jedną odprawę, podczas której powzięte wspólnie z przedstawicielami DSZ ustalenia dotyczące Wierzchowin najprawdopodobniej poddane zostały rewizji.

To, co nastąpiło 6 czerwca 1945 r. przez lata budziło liczne kontrowersje i spektakularne domysły. W wyniku przeprowadzonej przez zgrupowanie „Szarego” pacyfikacji śmierć poniosło ponad 190 mieszkańców (w tym kobiety i dzieci) – zdecydowana większość obecnych we wsi prawosławnych oraz Świadków Jehowy. Niektórzy badacze przekonują, że oddział NSZ zlikwidował tylko część mieszkańców, głównie tych gorliwie wspierających komunistyczne władze, zaś odpowiedzialnością za pozostałe z górą sto ofiar obciążają niezidentyfikowaną grupę prowokacyjną, mającą wkroczyć do Wierzchowin tuż po opuszczeniu ich przez zgrupowanie „Szarego”. Dokonana zbrodnia miałaby być cyniczną grą obliczoną na kompromitację NSZ.

Alternatywne wersje, niekiedy kwestionujące odpowiedzialność narodowców, innym razem – rzeczywistą skalę mordu (podnoszony jest tu problem braku ekshumacji), co jakiś czas powracają. Już jednak w czerwcu 1945 r. rolę zgrupowania potwierdzała otwarcie prasa podziemia narodowego. „Do Wierzchowin nie tylko się przyznajemy, ale zapowiadamy niejedno Psie Pole hajdamacczyzny. To jest odpowiedź na zabużańskie mordy dokonywane na bezbronnej Polskiej [oryg.] ludności” – obwieścili redaktorzy „Szczerbca”, pisma lubelskich struktur NSZ, wieszcząc dalsze wystąpienia przeciw „hajdamacczyznie” i „żydokomunie”. Sprawstwo narodowców – czego badacze dotąd nie dostrzegali – jeszcze szybciej przyznał centralny organ Stronnictwa Narodowego (SN), „Walka”. „Wierzchowiny [wezwania do wyniesienia się za Bug] nie usłuchały, na odwrót – zaopatrzone w broń przez NKWD zaczęły się odgrażać. Wówczas to oddział NSZ, kładąc kres ich wrogiej robocie i zarazem ucinając u podstaw kłamliwe wieści o »konszachtach« obozu narodowego z ukraińcami [oryg.], mieszkańców wsi Wierzchowiny zlikwidował” – stwierdzano. Przywołując przy tym „sceny najdzikszych bestialstw”, jakim poddawana była ludność polska na Wołyniu, pismo dodawało: „Podkreślamy, że w Wierzchowinach tego nie było”. Co ciekawe, gdy narodowcy wyraźnie przyznawali się do odpowiedzialności, inne nurty konspiracji zaprzeczały winie podziemia. Tragedię przedstawiały jako prowokację komunistyczną bądź wyczyn „dzikiej bandy”.

Wracając jednak do deklaracji „Szczerbca”, kolejnych „Psich Pól” miało nie być. Gdy na łamach pisma ukazała się niniejsza zapowiedź, zgrupowanie „Szarego” już nie istniało. Uchodząc przed pościgiem, w nocy z 7 na 8 czerwca dotarło ono z licznymi taborami – charakterystyczne, że zdobycze ze spacyfikowanej wsi transportowało kilkadziesiąt wozów! – do oddalonej od Wierzchowin zaledwie o 20 km wioski Huta. Tam zarządzono postój, podczas którego zorganizowano swoisty festyn. Mimo nalegań mieszkańców oraz ostrzeżeń o nadciągającej obławie napływających od lokalnych komórek poakowskich, pobyt we wsi przedłużał się. 10 czerwca rano nastąpiło uderzenie. Zgrupowanie NSZ, kompletnie nieprzygotowane do podjęcia walki z grupą pościgową NKWD-UB, zostało rozbite. Sam dowódca zginął, próbując organizować spóźniony odwrót. Spalona została też znaczna część zabudowań.

Kończąc wątek wierzchowińskiej tragedii należy dodać, że zdaniem historyków nie bez znaczenia dla przebiegu wydarzeń, poza względami polityczno-narodowościowymi, mogły pozostawać motywy osobiste. Prawdopodobnie około trzecią część zgrupowania „Szarego” stanowili byli żołnierze dawnej 27. Wołyńskiej Dywizji AK, często pozbawieni bliskich w wyniku antypolskich akcji UPA. Niewykluczone, że także sam „Szary”, we wrześniu 1939 r. kwaterujący w tych okolicach jako oficer rezerwy Wojska Polskiego, doświadczył wrogości ze strony okolicznej ludności ukraińskiej.

Rozgrywana przez komunistów propagandowo jeszcze długi czas „sprawa Wierzchowin” poważnie naruszyła etos niepodległościowego podziemia. O krzywdzie, jaką przyniosła nie tylko narodowcom najlepiej świadczy fakt, że jeszcze rok po tragedii w oficjalnej instrukcji referendalnej [mowa o referendum z 30 czerwca 1946 r. – red.] największej organizacji antykomunistycznej – Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, zastrzegano: „To nie my dokonujemy mordów politycznych, samosądów i prowokacyjnych napadów rabunkowych, nie my przeprowadzamy »pacyfikacje«. Nasz dorobek to Kutschera, Hahn, Celestynów i Długa [chodzi o głośne akcje AK; Hahn znalazł się tu zapewne przez pomyłkę, ponadto mowa o likwidacji generała SS Franza Kutschery, odbiciu więźniów z transportu do KL Auschwitz oraz legendarnej akcji pod Arsenałem – red.] – ale nie Wierzchowiny, nie Puławy i Grójec”.

Znacznie mniej gorliwie oficjalna prasa donosiła o przeprowadzonej kilka tygodni później akcji innego „Szarego” – kpt. Antoniego Hedy działającego w ramach poakowskiej DSZ.

Barwy jasne: Kielce

W nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. zmobilizowany doraźnie blisko 200-osobowy oddział poakowski pod wodzą „Szarego”, przez nikogo nie niepokojony wjechał zarekwirowanymi uprzednio samochodami do samego centrum Kielc. W pierwszej kolejności żołnierze zabezpieczyli kluczowe kierunki, z których spodziewano się ewentualnych problemów. Następnie, około północy, grupa uderzeniowa z samym Hedą w składzie przystąpiła do ataku na osławione więzienie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP).

Co ciekawe, w obliczu wkroczenia Sowietów, Heda, jeden z bardziej – obok „Ponurego”, „Nurta” czy „Huragana” – znanych dowódców partyzanckich AK operujących na tych terenach, nie zdecydował się na powrót do lasu. Po pierwszych kontaktach z nowymi władzami – akowiec stawił się nawet na rozmowę z szefem radomskiego UB; krótko po niej został aresztowany, ale też dość szybko zwolniony przez NKWD – zapobiegawczo opuścił rodzinne strony i zamieszkał pod Łodzią. Pozostając w kontakcie ze swoimi byłymi żołnierzami, z których część nadal trwała w podziemiu, czekał na dalszy rozwój wypadków.

Sytuacja uległa zmianie późną wiosną, gdy napłynęły wieści o fali aresztowań akowców, jaka przeszła przez Kielecczyznę. W rękach UB znaleźli się m. in. czołowi oficerowie świętokrzyskich struktur AK, a zarazem zwierzchnicy „Szarego” z okresu akcji „Burza” – dowodzący 2. Dywizją Piechoty AK płk Antoni Żółkiewski „Lin” oraz jej szef sztabu, mjr Michał Mandziara „Siwy”. Na determinację partyzanta istotnie wpływać musiał także fakt, że kilka tygodni wcześniej kielecka bezpieka aresztowała jego braci. Według składanych po latach zeznań – o zamordowaniu dwóch z nich dowie się na godziny przed akcją.

Atak na znajdujący się w sercu wojewódzkiego miasta obiekt nie był dla „Szarego” debiutem. Rok wcześniej, w czerwcu 1944 r., wraz ze swoim oddziałem rozbił – uwalniając blisko 60 osób – niemieckie więzienie w Końskich. Wówczas poległo czterech jego żołnierzy. Tym razem, mimo przedłużania się „roboty” – atakujący nie zdobyli ukrytych przez załogę kluczy, kolejne drzwi trzeba więc było wysadzać bądź wyważać! – zginął tylko jeden z nich. Drugi, ranny, dostał się w ręce komunistów. Wolność w wyniku brawurowej, zupełnie niespodziewanej akcji, odzyskało blisko 350 osób.

Nazajutrz, gdy stolicę wizytowali marszałkowie ZSRR Żukow i Rokossowski, z kieleckiego „Bezpieczeństwa” do Warszawy spłynął raport. Kielce donosiły: „Pierwsza część reakcjonistów [sic!] wdarła się przez bramę rozbitą dynamitem i wysadzała drzwi, naprzód na oddziale trzecim, a później na oddziałach drugim, pierwszym, czwartym, piątym (oddział kobiecy). Następnie wysadzając dynamitem kraty, na oddziałach dobijali się do cel, zaś drzwi w celach wysadzali dynamitem i łupkami drzewa. […] Razem cel było 56, w czym pozostały 4 cele, z reszty cel zostali więźniowie rozpuszczeni i zabrali ich ze sobą reakcjoniści. Walka pomiędzy reakcjonistami a obsługą więzienia trwała 1 godzinę 30 minut. Po uchwyceniu jednego bandyty, który brał udział w napadzie, w toku śledztwa zeznał, że banda była pod dowództwem »Szarego«”.

Wśród uwolnionych przez „reakcjonistów” Hedy, obok wspomnianych już oficerów kieleckiego podziemia – w trakcie odwrotu zmarł poważnie chory na serce, wyczerpany warunkami więziennymi płk „Lin” – znaleźli się także m. in. ppor cichociemny Ludwik Wiechuła „Jeleń” oraz były hubalczyk, głośny dowódca partyzancki NSZ a następnie AK – kpt Józef Wyrwa „Stary”. Po udanej ewakuacji w okoliczne lasy zorganizowany naprędce oddział został rozwiązany. Część uczestników brawurowej akcji powróciła do domów, ci którzy na koncentrację przybyli jako „leśni”, ruszyli w swoje rejony. Sam Heda, poważnie ranny w kolano, miał przed sobą kilka tygodni „melinowania” w okolicznych miejscowościach.

Miesiąc później wyczyn „Szarego” – tym razem w Radomiu, we współpracy z lokalnym oddziałem Narodowego Związku Zbrojnego – powtórzy inny uczestnik kieleckiego wypadu, por. Stefan Bembiński „Harnaś”. Charakterystyczne, że przed radomską akcją zwierzchnik „Harnasia” w strukturach DSZ, ppłk Zygmunt Żywocki „Wujek”, wyda oficerowi polecenie: „Oszczędzać w walce życie, nie tylko własnych żołnierzy, ale także przeciwnika. […] Zadaniem jest zdobyć więzienie i uwolnić więźniów”.

Tych akcji – a w latach 1945-1946 było ich znacznie więcej – na pierwszych stronach partyjnych gazet nie eksponowano. Czasem donosiło o nich podziemie. W radomskiej „Walce o Wolność”, pisemku poakowskiej Delegatury, dwa tygodnie po sukcesie „Szarego” zamieszczono – być może fikcyjną, być może tylko inspirowaną; niewątpliwie jednak przejmującą i oddającą nastroje więźniów – relację jednej z uwolnionych kobiet. „Najgorsze były wieczory. Myśli spać nie dają. Tęsknota chwyta za serce. Te przeklęte kraty. Aż 4-go o godz. 3 huk »gamonów« [typ granatu – red], grzechot salw i okrzyk: »Niech żyje Polska«. Szybko mówimy »pod Twoją obronę« za tych co idą i ubieramy się jak która może. Potem – tupot ich kroków i huk wysadzanych drzwi zwiastujący Wolność – w sekundzie cele są puste. A my nareszcie wolni. Wszystkim, którzy się do tego przyczynili, za ofiarność, poświęcenie i odwagę Cześć. »Nowada«”.

Sam „Szary” w podziemiu pozostać miał jeszcze kilka miesięcy. Jesienią 1945 r. ostro wystąpił przeciw głośnej akcji płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława”, który po aresztowaniu i uzyskaniu od władz odpowiednich gwarancji dla ujawniających się akowców, zgodził się stanąć na czele specjalnej Komisji Likwidacyjnej, mającej „rozwiązać problem AK”. W pierwszych tygodniach nowego roku, czując się „spalonym” i chyba nie widząc perspektyw dalszej konspiracji, wyjechał na Wybrzeże, by ostatecznie, wraz z żoną i malutką córką, trafić na Mazury – docelowy punkt wielu szukających miejsca w nowej rzeczywistości „żołnierzy przegranej sprawy”. W 1948 r. wpadł w ręce bezpieki. Został skazany na karę śmierci, wyroku jednak nie wykonano. Istotną rolę odegrać miała tu interwencja byłych oficerów Armii Ludowej, którzy zwrócili uwagę na osiągnięcia „Szarego” w walce z Niemcami. Wyszedł, jak tysiące akowców, na fali odwilży w 1956 r.

***

Rozsądna i uczciwa opowieść o antykomunistycznym podziemiu musi uwzględniać oba przywołane tu epizody „pierwszego lata pokoju”. W przeciwnym razie otrzymać możemy obraz nawet bardzo efektowny, ale w gruncie rzeczy mniej ciekawy – na dłuższą metę szkodliwy i nie dający możliwości pełnego zrozumienia tragicznego czasu, o którym tyle dziś mówimy.

Autor korzystał z artykułów: M. Zajączkowski, Spór o Wierzchowiny, „Pamięć i Sprawiedliwość” 2006, nr 1 (9); R. Wnuk, Wierzchowiny i Huta, „Polska 1944/45-1989. Studia i materiały” 1999, t. 4;. Ponadto ze stosownych rozdziałów prac: M. Bechta, W. Muszyński, Przeciwko Pax Sovietica. NZW i struktury polityczne ruchu narodowego wobec reżimu komunistycznego 1944-1956, Warszawa 2017; R. Śmietanka-Kruszelnicki, Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie, Kraków 2003 oraz M. Zajączkowski, Pod znakiem Króla Daniela: OUN-B i UPA na Lubelszczyźnie 1944-1950, Lublin-Warszawa 2016. Wreszcie – z prasy podziemia antykomunistycznego.