Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Wójcik  28 lutego 2018

„Szarości” powojennego podziemia

Bartosz Wójcik  28 lutego 2018
przeczytanie zajmie 12 min
„Szarości” powojennego podziemia Autorka ilustracji: Magdalena Karpińska

Instrumentalizacja mitu Żołnierzy Wyklętych w połączeniu z wysoką temperaturą toczącego się nad Wisłą politycznego sporu sprawiają, że także w ocenach powojennego podziemia coraz częściej dajemy się zwieść fałszywym dychotomiom. Odpowiedzią na retorykę znajdującego się od lat w ofensywie nurtu jednoznacznie afirmatywnego, odrzucającego ciemne epizody dziejów antykomunistycznego podziemia jest coraz częściej przechodzenie w drugą skrajność. W konsekwencji dostajemy opowieść o Wyklętych zredukowaną wyłącznie do ciemnych kart z ich historii, pomijającą heroizm tysięcy ludzi, niejednokrotnie wbrew własnej woli „zepchniętych” do podziemia przez komunistów. Jak szkodliwe i nieadekwatne do złożonej rzeczywistości tragicznych lat są to postawy znakomicie pokazują dwie głośne akcje z lata 1945 roku. Za jedną i drugą, odpowiednio – pacyfikacją wsi oraz rozbiciem ubeckiego więzienia – stał „znany w okolicy »Szary«”.

Czerwiec 1945 roku. Polskę od tygodni przemierzają niekończące się kolumny tych, którym się udało – wracających. Uruchamiane są zakłady, szkoły i instytucje. Miesiąc temu Tysiącletnia – co teraz podkreśla się ze szczególną satysfakcją – Rzesza definitywnie legła w gruzach. Ostatnio radio podało, że w amerykańskiej strefie okupacyjnej schwytany został gauleiter Greiser – krwawy namiestnik Kraju Warty, „ucieleśnienie teutońskiej buty”. Ale to tylko część rzeczywistości.

Wbrew manifestacyjnym zapewnieniom komunistycznych władz nie każdy może powrócić do normalnego życia. Powszechna staje się wiedza o prześladowaniach wielu spośród tych, którzy po latach walki z Niemcami zdecydowali się wyjść z podziemia – o aresztowaniach i niewyjaśnionych zniknięciach ludzi niepodległościowej konspiracji, o kolejnych transportach zmierzających na Wschód, o podstępnym uwięzieniu przywódców Polski Podziemnej.

Pod koniec maja zmobilizowany doraźnie oddział poakowski ppor. Edwarda Wasilewskiego „Wichury” rozbił okryty złą sławą obóz NKWD w Rembertowie. Ale podobnych miejsc są dziesiątki. „Dla nas wojna jeszcze nie skończona…” – konstatuje gorzko konspiracyjna „Myśl Niezależna”.

Tragizm położenia zagrożonych łagodzi przekonanie o tymczasowości nowego porządku. Sytuacja polityczna wciąż jest niejasna, co rusz pojawiają się przesłanki interpretowane jako zapowiedź nadchodzącego kresu „lubelskiej rzeczywistości”. Niektórzy wiążą ją z Mikołajczykiem i „ugodowcami”, inni czekają na kolejną wojnę – tę samą, którą straszy zmęczone społeczeństwo rządowa propaganda.

To właśnie przekonanie, obok wynikającego z prześladowań lęku przed podzieleniem losu licznych poprzedników, wielu nakazuje trwać w lesie. Dlatego dość ograniczone pozostają skutki apeli, takich jak ten z 17 maja, w którym przedstawiciele  „parlamentu” Polski Podziemnej – Rady Jedności Narodowej oraz Delegat Rządu na Kraj, Stefan Korboński, wspólnie wzywali: „Nie dajcie się sprowokować do zbrojnej walki. Nie może ona obecnie przynieść żadnej korzyści celom, do których zmierzamy […]. Wzywamy młodzież, która przed masowymi prześladowaniami i aresztami schroniła się do lasu, by starała się wrócić do normalnego życia i produktywnej pracy tam, gdzie może. Pobyt Wasz w lesie stał się już pretekstem do głośnych pacyfikacji. Czeka was zguba, a Waszym głównym przeznaczeniem jest żyć i pracować dla Ojczyzny, a nie ginąć bez żadnej dla niej korzyści”.

Dalekie od oczekiwań są również skutki analogicznych nawoływań dowództwa poakowskiej Delegatury Sił Zbrojnych (DSZ). „Powszechna wola oporu przeciw sowiecko-lubelskiej rzeczywistości przeradza się wśród byłej AK i związanych z nią kół w opór przeciw rozwiązaniu szeregów. Ma to charakter żywiołowo-społeczny, zwłaszcza na wsi lubelskiej i białostockiej, i przeradza się w szeroką samoobronę, którą bierzemy pod wpływy i kierunek” – depeszuje do Londynu Delegat Sił Zbrojnych, płk Jan Rzepecki „Prezes”.

W takich okolicznościach, w połowie miesiąca, na podziemie spada propagandowy cios. Pierwsze strony wydawanych w ogromnych nakładach tytułów prasy „lubelskiej” zalewa dotąd nikomu nic nie mówiąca nazwa – Wierzchowiny. Organom centralnym wtórują liczne wydawnictwa lokalne. Potępiani są nie tylko „oenerowscy zbrodniarze z N.S.Z.”, niektóre tytuły „biją” szerzej. Wzywają do porzucenia złudzeń wobec „reakcyjnych zbrodniarzy”, zapowiadają konieczność „wytępienia w zarodku faszystowskich band”. „Dość już krwi!” – woła nagłówkiem na swojej pierwszej stronie „Rzeczpospolita”, której redakcja demonstracyjnie wyrzuca ogół „polskich faszystów” poza nawias narodu.

Potępiające doniesienia świadomie pomijają ukraińską narodowość ofiar mordu dokonanego w niewielkiej miejscowości powiatu krasnostawskiego. Ograniczają się do sugestii, że zginęli enigmatyczni „polscy demokraci”, „uczciwi zwolennicy nowej Polski” – świeżo po zbrodni wołyńskiej takie naświetlenie sprawy daje lepsze perspektywy optymalnego propagandowo wyzyskania sytuacji. 

Nie to jest jednak najważniejsze. Kluczowy jest fakt, że „Wierzchowiny”, abstrahując od perfidnego tonu wspomnianej prasy, która równolegle relacjonuje moskiewski proces „szesnastu podżegaczy”, jak określa przywódców Polski Podziemnej jedna z gazet, nie są tylko kolejnym wymysłem komunistycznej propagandy.

Barwy ciemne: Wierzchowiny

6 czerwca 1945 r., przed południem, w Wierzchowinach pojawił się ponad 200-osobowy, solidnie wyekwipowany i uzbrojony oddział pozorujący jedną z wielu wracających w tym czasie z frontu jednostek „demokratycznego” Wojska Polskiego. Wkraczającą do wsi kolumnę przyjęto dobrze. Znani w okolicy z pozytywnego stosunku do nowej rzeczywistości, w niektórych przypadkach czynnie zasłużeni w jej „utrwalaniu”, mieszkańcy Wierzchowin byli przekonani, że witają „swoich”.

W rzeczywistości mieli do czynienia ze zgrupowaniem Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ) dowodzonym przez kpt. Mieczysława Pazderskiego „Szarego”. Podległe mu oddziały rozpoczynały właśnie swoistą demonstrację siły, która – jak przekonuje część badaczy tematu – obliczona miała być z jednej strony na wzmocnienie antysowieckich nastrojów polskiej ludności, z drugiej – na swoistą „reklamę NSZ” w trwającej od dłuższego czasu rywalizacji o wpływy ze strukturami poakowskiej Delegatury.

Nie bez znaczenia pozostawał również zamiar storpedowania polsko-ukraińskich pertraktacji, podjętych w tym czasie przez lubelskie podziemie o rodowodzie akowskim. W przeciwieństwie do „konkurencji” narodowcy nie byli bowiem zainteresowani wygaszaniem tragicznego sporu. Jak wskazuje historyk IPN, dr Mariusz Zajączkowski, w okresie trzech poprzedzających krytyczną akcję miesięcy, z rąk oddziałów składających się na zgrupowanie „Szarego” śmierć poniosło co najmniej 80 osób narodowości ukraińskiej (nie wiadomo jaka część z nich związana była z komunistycznym aparatem władzy), wśród nich Bazyli Martysz – niegdysiejszy naczelny kapelan prawosławny Wojska Polskiego.

Co ciekawe, akcja na Wierzchowiny pierwotnie miała zostać uzgodniona z komórkami DSZ. Na ponad dwa tygodnie przed feralnym dniem – jak relacjonował jeden z oficerów Delegatury – podczas wspólnej odprawy lokalni dowódcy obu organizacji sporządzili listę kilkunastu mieszkańców – głównie, choć nie tylko, Ukraińców – problematycznej miejscowości, stwarzających swym zaangażowaniem po stronie komunistów szczególne zagrożenie dla podziemia. To oni mieli zostać zlikwidowani.

W międzyczasie jednak okoliczności uległy diametralnej zmianie – pomiędzy lubelską DSZ a lokalnymi strukturami Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) zawarty został rozejm, którego priorytetowym celem miało być zakończenie wzajemnych wystąpień przeciwko ludności cywilnej. Narodowcy, zajmujący wobec „problemu ukraińskiego” stanowisko nieprzejednane, nie zamierzali go respektować. Co więcej, pod koniec maja zwołali jeszcze jedną odprawę, podczas której powzięte wspólnie z akowcami ustalenia dotyczące Wierzchowin najprawdopodobniej poddane zostały rewizji.

To, co nastąpiło w kolejnych godzinach, po odpowiednim „zabezpieczeniu” miejscowości przez oddziały „Szarego”, przez lata budziło liczne kontrowersje i spektakularne domysły. Niektórzy badacze, przekonując, że oddział NSZ zlikwidował tylko część mieszkańców, głównie tych gorliwie wspierających komunistyczne władze, odpowiedzialnością za pozostałe z górą sto ofiar – 6 czerwca 1945 r. śmierć poniosło ponad 190 mieszkańców (w tym kobiety i dzieci), zdecydowana większość obecnych we wsi prawosławnych oraz Świadków Jehowy – obciążali niezidentyfikowaną grupę prowokacyjną, mającą wkroczyć do Wierzchowin tuż po opuszczeniu ich przez zgrupowanie „Szarego”. Dokonana zbrodnia miała być cyniczną grą obliczoną na kompromitację NSZ.

Alternatywne wersje, niekiedy kwestionujące odpowiedzialność NSZ, innym razem – rzeczywistą skalę mordu (podnoszony jest tu problem braku ekshumacji), co jakiś czas powracają. Chyba ostatnim przykładem usiłowań rzucenia na Wierzchowiny „nowego światła”, jest próba dr. Mariusza Bechty, współautora wydanej jesienią ubiegłego roku przez IPN monografii podziemia narodowego, który częściowo odrzucając jako niewiarygodne, częściowo – pomijając materiały wskazujące na sprawstwo ludzi „Szarego”, sugeruje, że rzeczywistą odpowiedzialność za mord, poza komunistami, ponosić mogli mieszkańcy okolicznych wsi lub żołnierze poakowskiej DSZ. Jednak ustalenia innych badaczy problematyki polsko-ukraińskiej, profesorów Grzegorza Motyki i Rafała Wnuka, wreszcie – wspomnianego już, od wielu lat zgłębiającego dzieje podziemia na Lubelszczyźnie oraz sam temat tragedii Wierzchowin, dr. Mariusza Zajączkowskiego, nie pozostawiają wątpliwości co do odpowiedzialności zgrupowania NSZ.

O tej odpowiedzialności pisał zresztą dość otwarcie już w czerwcu 1945 r. organ prasowy lubelskich struktur organizacji, „Szczerbiec”. Ponad dwa tygodnie od pacyfikacji, kreśląc stanowisko ideowe NSZ i zapowiadając okres trudnych zmagań z „żydokomuną i hajdamacczyzną”, pismo deklarowało: „Wierzchowiny były jednym z wielu przykładów panoszenia się pasożyta hajdamackiego, który za Bugiem morduje Polaków, a z tej strony wchodzi do resortu, do PPR i likwiduje Polaków. Za zbrodnie te spotkała ich kara i spotka każdego zdrajcę. Do Wierzchowin nie tylko się przyznajemy, ale zapowiadamy niejedno Psie Pole hajdamacczyzny. To jest odpowiedź na zabużańskie mordy dokonywane na bezbronnej Polskiej ludności”.

Warto dodać, że „Szczerbiec” nie był jedynym tytułem proweniencji narodowej, który potwierdzał odpowiedzialność zgrupowania NSZ. Uderzające, że w tym samym czasie, gdy narodowcy otwarcie przyznawali się do Wierzchowin, inne nurty konspiracji zaprzeczały winie podziemia i przedstawiały tragedię jako prowokację komunistyczną bądź wyczyn „dzikiej bandy”. Niekiedy – jak w przypadku „Wschodu”, pisma zajmującego się tematyką Ziem Wschodnich – powoływano się przy tym nawet na rzekomo akowską przeszłość Wierzchowin, mającą jednoznacznie przeczyć wersji intensywnie forsowanej przez „czerwone gadzinówki”.

Wracając jednak do deklaracji „Szczerbca”, kolejnych, porównywalnych z Wierzchowinami, „Psich Pól” nie było. Gdy na łamach pisma ukazała się niniejsza zapowiedź, zgrupowanie „Szarego” już nie istniało. Uchodząc przed pościgiem, w nocy z 7 na 8 czerwca dotarło ono z licznymi taborami – charakterystyczne, że zdobycze ze spacyfikowanej wsi transportowało kilkadziesiąt wozów! – do oddalonej od Wierzchowin zaledwie o 20 km wioski Huta. Tam zarządzono postój, podczas którego zorganizowano swego rodzaju festyn – świętowano, biesiadowano, odbywały się różne zabawy. Mimo próśb obawiających się konsekwencji zaistniałej sytuacji mieszkańców – tych uspokajano zapewnieniami, że przy NSZ nic im się nie stanie – oraz ostrzeżeń o nadciągającej obławie, napływających od lokalnych komórek DSZ, pobyt we wsi przedłużał się. 10 czerwca rano nastąpiło uderzenie. Zgrupowanie NSZ, kompletnie nieprzygotowane do podjęcia walki z grupą pościgową NKWD-UB, zostało rozbite. Sam dowódca zginął, próbując organizować spóźniony odwrót pod kulami atakujących. Spalona została też znaczna część zabudowań wioski.

Kończąc wątek wierzchowińskiej tragedii należy dodać, że zdaniem historyków nie bez znaczenia dla przebiegu wydarzeń, poza względami polityczno-narodowościowymi, mogły być motywy osobiste. Prawdopodobnie około trzecią część zgrupowania „Szarego” stanowili, mający za sobą traumatyczne przeżycia, niejednokrotnie pozbawieni bliskich przez ukraińskich nacjonalistów, żołnierze wywodzący się z 27 Wołyńskiej Dywizji AK, z czasem „przygarnięci” przez dające obietnicę prowadzenia dalszej walki NSZ. Prawdopodobne, że także sam „Szary”, we wrześniu 1939 r. kwaterujący w tych okolicach jako oficer rezerwy Wojska Polskiego, zmuszony był ratować się ucieczką przed dywersantami ukraińskimi, którzy w rejonie Wierzchowin zamordować mieli kilku polskich żołnierzy.

Rozgrywana przez komunistów propagandowo jeszcze długi czas „sprawa Wierzchowin” poważnie naruszyła etos niepodległościowego podziemia. O krzywdzie, jaką przyniosła nie tylko narodowcom – i w dziejach tego nurtu, zasadniczo nieprzychylnego, niekiedy zaś wprost wrogiego mniejszościom, była to sytuacja wyjątkowa – najlepiej świadczy fakt, że jeszcze rok po tragedii w oficjalnej instrukcji referendalnej [mowa o referendum z 30 czerwca 1946 r. – red.] największej organizacji antykomunistycznej – Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, zastrzegano: „To nie my dokonujemy mordów politycznych, samosądów i prowokacyjnych napadów rabunkowych, nie my przeprowadzamy »pacyfikacje«. Nasz dorobek to Kutschera, Hahn, Celestynów i Długa [chodzi o głośne akcje AK; Hahn znalazł się tu zapewne przez pomyłkę, ponadto mowa o likwidacji generała SS Franza Kutschery, odbiciu więźniów z transportu do KL Auschwitz oraz legendarnej akcji pod Arsenałem] – ale nie Wierzchowiny, nie Puławy i Grójec”.

Znacznie mniej gorliwie „lubelska” prasa donosiła o przeprowadzonej kilka tygodni później akcji innego „Szarego” – kpt. Antoniego Hedy.

Barwy jasne: Kielce

W nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. zmobilizowany doraźnie blisko 200-osobowy oddział poakowski pod wodzą „Szarego”, przez nikogo nie niepokojony, wjechał zarekwirowanymi uprzednio samochodami do samego centrum Kielc. W pierwszej kolejności byli akowcy zabezpieczyli kluczowe kierunki, z których spodziewano się ewentualnych problemów. Następnie, około północy, grupa uderzeniowa z samym Hedą w składzie przystąpiła do ataku na osławione więzienie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP).

Co ciekawe, po wkroczeniu Sowietów, Heda, jeden z bardziej – obok „Ponurego”, „Nurta” czy „Huragana” – znanych dowódców partyzanckich AK operujących na tych terenach, nie zdecydował się na powrót do lasu. Po pierwszych kontaktach z nowymi władzami – akowiec, na wezwanie szefa radomskiego UB, stawił się na rozmowę; krótko po niej został aresztowany, ale też dość szybko zwolniony przez NKWD – zapobiegawczo opuścił rodzinne strony i zamieszkał pod Łodzią. Pozostając w kontakcie ze swoimi byłymi żołnierzami, z których część nadal trwała w podziemiu, postanowił czekać na dalszy rozwój wypadków.

Sytuacja uległa zmianie późną wiosną, gdy dowiedział się o fali aresztowań akowców, jaka przeszła przez Kielecczyznę. W rękach UB znaleźli się m. in. czołowi oficerowie świętokrzyskich struktur AK, a zarazem zwierzchnicy „Szarego” z okresu akcji „Burza” – dowodzący 2 Dywizją Piechoty AK płk Antoni Żółkiewski „Lin” oraz jej szef sztabu, mjr Michał Mandziara „Siwy”. Na determinację partyzanta istotnie wpływać musiał także fakt, że kilka tygodni wcześniej kieleckie „Bezpieczeństwo” aresztowało jego braci. Według składanych po latach zeznań – o zamordowaniu dwóch z nich dowie się na godziny przed akcją.

Atak na kielecki obiekt nie był dla „Szarego” debiutem. Rok wcześniej, w czerwcu 1944 r., wraz ze swoim oddziałem rozbił niemieckie więzienie w Końskich, uwalniając blisko 60 ludzi. Wówczas poległo czterech jego żołnierzy. Tym razem, mimo nieubłagalnego przedłużania się „roboty” – atakujący nie zdobyli ukrytych przez załogę kluczy, kolejne drzwi trzeba więc było wysadzać bądź wyważać! – zginie tylko jeden z nich. Drugi, ranny, dostanie się w ręce komunistów. Wolność w wyniku brawurowej, zupełnie niespodziewanej akcji, odzyska blisko 350 osób.

Nazajutrz – w stolicy gościli wówczas marszałkowie ZSRR Żukow i Rokossowski, przybyli na uroczystość odznaczenia orderami Virtuti Militari – z kieleckiego „Bezpieczeństwa” do Warszawy spłynął raport, w którym donoszono: „Pierwsza część reakcjonistów [sic!] wdarła się przez bramę rozbitą dynamitem i wysadzała drzwi, naprzód na oddziale trzecim a później na oddziałach drugim, pierwszym, czwartym, piątym (oddział kobiecy). Następnie wysadzając dynamitem kraty, na oddziałach dobijali się do cel, zaś drzwi w celach wysadzali dynamitem i łupkami drzewa. […] Razem cel było 56, w czym pozostały 4 cele, z reszty cel zostali więźniowie rozpuszczeni i zabrali ich ze sobą reakcjoniści. Walka pomiędzy reakcjonistami a obsługą więzienia trwała 1 godzinę 30 minut. Po uchwyceniu jednego bandyty, który brał udział w napadzie, w toku śledztwa zeznał, że banda była pod dowództwem »Szarego«”.

Wśród uwolnionych przez „reakcjonistów” Hedy, obok wspomnianych już oficerów kieleckiego podziemia – niestety poważnie chory na serce, wyczerpany warunkami więziennymi płk „Lin” umrze w trakcie odwrotu – znaleźli się także m. in. cichociemny, ppor Ludwik Wiechuła „Jeleń” oraz były hubalczyk, następnie głośny dowódca partyzancki NSZ, a z czasem AK – kpt Józef Wyrwa „Stary”.

Po udanej ewakuacji w lasy podkieleckie, zorganizowany naprędce, w dużej mierze dzięki autorytetowi „Szarego”, oddział został rozwiązany. Część uczestników brawurowej akcji powróciła do domów, ci którzy na koncentrację przybyli jako „leśni”, odbili w swoje rejony. Heda, poważnie ranny w kolano, miał przed sobą kilka tygodni „melinowania” w okolicznych miejscowościach – mimo zakażenia nogę udało się uratować.

Miesiąc później wyczyn „Szarego” – tym razem w Radomiu, we współpracy, co warto podkreślić, z lokalnym oddziałem Narodowego Związku Zbrojnego [lokalna mutacja Narodowego Zjednoczenia Wojskowego – red.] dowodzonym przez por. Adama Gomułę „Beja” – powtórzy inny bohater kieleckiego wypadu, por. Stefan Bembiński „Harnaś”. Charakterystyczne, że przed radomską akcją zwierzchnik „Harnasia” w strukturach DSZ, ppłk Zygmunt Żywocki „Wujek”, wyda oficerowi polecenie: „Oszczędzać w walce życie, nie tylko własnych żołnierzy, ale także przeciwnika. […] Zadaniem jest zdobyć więzienie i uwolnić więźniów”.

Tych akcji – a w latach 1945-1946 było ich znacznie więcej – na pierwszych stronach „lubelskich” gazet nie eksponowano. Pisało o nich podziemie. W radomskiej „Walce o Wolność”, pisemku poakowskiej Delegatury, dwa tygodnie po sukcesie „Szarego” zamieszczono – być może fikcyjną, być może tylko inspirowaną; niewątpliwie jednak przejmującą i oddającą nastroje więźniów – relację jednej z uwolnionych kobiet. „Najgorsze były wieczory. Myśli spać nie dają. Tęsknota chwyta za serce. Te przeklęte kraty. Aż 4-go o godz. 3 huk »gamonów« [typ granatu – red], grzechot salw i okrzyk: »Niech żyje Polska«. Szybko mówimy »pod Twoją obronę« za tych co idą i ubieramy się jak która może. Potem – tupot ich kroków i huk wysadzanych drzwi zwiastujący Wolność – w sekundzie cele są puste. A my nareszcie wolni. Wszystkim, którzy się do tego przyczynili, za ofiarność, poświęcenie i odwagę Cześć. »Nowada«”.

Sam „Szary” w podziemiu pozostał jeszcze kilka miesięcy. Jesienią ostro wystąpił przeciw głośnej akcji płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława”, który po aresztowaniu i uzyskaniu od władz odpowiednich gwarancji dla ujawniających się akowców, zgodził się stanąć na czele specjalnej Komisji Likwidacyjnej, mającej „rozwiązać problem AK”. W pierwszych tygodniach nowego roku, czując się „spalonym” i chyba nie widząc perspektyw dalszej konspiracji, wyjechał na Wybrzeże, by ostatecznie, wraz z żoną i malutką córką, trafić na Mazury – kierunek bardzo popularny wśród szukających miejsca w nowej rzeczywistości „żołnierzy przegranej sprawy”. Gdy w 1948 r. wpadł w ręce bezpieki, został skazany na karę śmierci. Wyroku jednak nie wykonano. Istotną rolę odegrać miała tu interwencja oficerów Armii Ludowej, którzy zwrócili uwagę na osiągnięcia „Szarego” w walce z Niemcami. Wyszedł, jak tysiące akowców, na fali odwilży w 1956 r.

***

Rozsądna i uczciwa opowieść o antykomunistycznym podziemiu musi uwzględniać oba przywołane tu epizody „pierwszego lata pokoju”. W przeciwnym razie otrzymać możemy obraz nawet bardzo efektowny, ale w gruncie rzeczy mniej ciekawy – na dłuższą metę szkodliwy i nie dający możliwości pełnego zrozumienia tragicznego czasu, o którym tyle dziś mówimy.

Opis części dotyczącej wydarzeń z czerwca 1945 r. autor oparł o rozstrzygające w jego przekonaniu (choć niepozbawione potknięć) artykuły M. Zajączkowskiego pt. „Spór o Wierzchowiny” oraz R. Wnuka, „Wierzchowiny i Huta”, „Polska 1944/45-1989. Studia i materiały” 1999 t. 4. Ponadto, na rozdziale dotyczącym rzeczonej kwestii zawartym w publikacji „Pod znakiem króla Daniela: OUN-B i UPA na Lubelszczyźnie 1944-1950”, Lublin-Warszawa 2016 autorstwa wspomnianego M. Zajączkowskiego.

Autor korzystał także z recenzji A. Karbowiaka i G. Motyki, krytycznych wobec interpretacji zdarzeń zaproponowanej przez dr. M. Bechtę w pracy „Przeciwko Pax Sovietica. NZW i struktury polityczne ruchu narodowego wobec reżimu komunistycznego 1944-1956”, Warszawa 2017. Stanowisko tegoż dostępne jest także na łamach Tygodnika „DoRzeczy”.

Wątek rozbicia kieleckiego więzienia i wydarzeń mu towarzyszących autor oparł z kolei na monografii R. Śmietanki-Kruszelnickiego, „Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie, Kraków 2003” oraz barwnych, niestety kryjących w sobie liczne pułapki, wspomnieniach „Szarego”.