Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Konrad Ciesiołkiewicz  18 lutego 2018

Logika sumienia. W stronę normalizacji debaty o Polakach i Żydach

Konrad Ciesiołkiewicz  18 lutego 2018
przeczytanie zajmie 10 min
Logika sumienia. W stronę normalizacji debaty o Polakach i Żydach Youtube.com/Przy Planty 7/9 (trailer)

Kiedy terapeuta spotyka się z człowiekiem cierpiącym, który widzi w sobie lub w innych same zaburzenia, to jedną z jego interwencji jest zazwyczaj tak zwana „normalizacja”. Polega na pokazaniu cierpiącemu innych punktów widzenia i uświadomieniu mu, że to, co się z nim dzieje, wcale nie musi być takie nienormalne. Jeżeli spojrzymy przez taki psychologiczny filtr na spory ostatnich tygodni, to zamiast obwiniać się wzajemnie o tragedie i zbrodnie, na które nasze pokolenie nie miało żadnego wpływu, zaczniemy odpowiedzialnie myśleć o tym, co dobrego możemy zrobić dziś.

Debata wokół nowelizacji ustawy o IPN uwidoczniła, z jakimi głęboko ukrytymi demonami mamy do czynienia. „Mama powtarzała, że świat nie nauczył się niczego z II wojny światowej” – mówiła w jednym z programów telewizyjnych Janina Zgrzembska, córka Ireny Sendler. W ostatnich tygodniach staliśmy się świadkami fali demonicznego domino – jedno po drugim spadały na siebie kolejne złe zjawiska. Jak to w domino, poszczególne upadające kostki – o czym pisał niedawno Krzysztof Mazur, pozostawały niemal zupełnie poza naszą kontrolą czy wpływem. Na inne ten wpływ możemy mieć, i to duży. I tak na rosnące – co niestety potwierdzają też badania – zjawisko antysemityzmu nakłada się trudne do zniesienia doświadczenie skrajnego przebodźcowania informacyjnego. To prowadzi do uproszczonych reakcji, a w rezultacie do prymitywnego hejtu lub lekceważącego rechotu.

Co jest istotą totalitaryzmu?

Warto spojrzeć na te kwestie z innej niż bieżąca perspektywy. Przyjrzymy się istocie totalitaryzmów. Jedna z głównych lekcji płynących z historii, to lekcja o patologicznej żądzy władzy człowieka nad człowiekiem. Wbrew wyobrażeniom wielu z nas nie dotyka ona wyłącznie ludzi zaburzonych psychicznie. Wręcz przeciwnie. Dotyczy każdej i każdego z nas, ludzi dobrych i kulturalnych, wykształconych lepiej i gorzej, wierzących i niewierzących, tej lub innej narodowości. Rozwija się powoli, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu. Nasze zachowania nie są bowiem stałe i zero-jedynkowe. Nie są tylko dobre lub tylko złe. Są raczej zmienne w czasie, zróżnicowane, rozciągają się między skrajnymi punktami kontinuum i zależą od tysięcy zmieniających się czynników. W różnych momentach udziałem każdego z nas stają się pewne dysfunkcje, które w swojej najbardziej zniekształconej formie stworzyły właśnie totalitaryzmy.

Przewodnikiem po psychopatologii władzy jest prof. Antoni Kępiński. To krakowski psychiatra, były więzień obozu w Hiszpanii, przyjaciel Karola Wojtyły i Józefa Tischnera. Jemu zawdzięczamy opis „zespołu obozu koncentracyjnego” (KZ-syndrom). Do historii polskiej psychologii przeszło jego całkowite, wręcz samarytańskie oddanie się swoim pacjentom.

„Władza nad drugim człowiekiem jest jedną z najsilniejszych i najniebezpieczniejszych ludzkich żądz. (…) Patrząc , do jakich wynaturzeń władza prowadzi, chciałoby się powiedzieć, że nie od Boga, ale od Diabła ona pochodzi” – pisał Kępiński w jednym ze swoich esejów. To dążenie do panowania nad innymi (libido dominandi) jest zawsze jednoznacznie patologiczne i ma degradujący wpływ na człowieka i wspólnotę. Uprzedmiotawia człowieka i prowadzi do manipulacji, w których bliźni staje się jedynie środkiem do osiągnięcia egoistycznego celu. Kępiński pokazuje, jak bardzo system władzy redukuje obraz drugiego człowieka i złożoność relacji społecznych. „A u człowieka agresja, zabijanie, okrucieństwo mają główną przyczynę w chęci obrony lub poszerzenia granic »mojego« (…)»Moje« jest mi ślepo posłuszne, jest przedmiotem, na którym urzeczywistnia się marzenie wszechmocy” – pisze w innej ze swoich prac.

Niech nas nie łudzi wyjątkowość fenomenu totalitaryzmów. W jednym ze swoich wykładów o. Maciej Zięba OP powołał się na zeznania nazistów przed Trybunałem w Norymberdze. Wielu z nich dziwiło się ostrości ocen formułowanych pod ich adresem. Bronili się, mówiąc, że przecież cały świat wtedy myślał i robił podobnie jak oni. Oni robili to tylko „trochę bardziej”.

To „trochę bardziej” pokazuje, że wszyscy stąpamy po kruchym lodzie. Czy nazwanie kogoś na Facebooku mordercą lub nazistą i odmówienie mu człowieczeństwa nie znajduje się na początku drogi do „wzięcia spraw w swoje ręce”? Czy manifestowanie z hasłami „zdejmij jarmułkę, podpisz ustawę” nie tka umysłowości tylko trochę innej od tej totalitarnej, znanej nam z książek? Totalitaryzm wcale nie jest zakurzonym przedmiotem leżącym na strychu historii. Jest stanem umysłu i serca. Pojawia się wszędzie tam, gdzie ideologia lub inny bożek bierze górę nad troską o godność drugiego człowieka.

Spojrzenie na wydarzenia i emocje ostatnich tygodni przez swoisty „psychologiczny filtr” być może pozwoli nam wprowadzić do tej trudnej debaty więcej empatii, zrozumienia i… oddali nas od ryzyko zrodzenia się w nas owego podsycanego wściekłością „wewnętrznego totalitaryzmu”.

Brzemię „choroby obozowej”

Musimy sobie uświadomić jeden kluczowy fakt. Rozmawiamy z ludźmi i o ludziach, którzy przeszli piekło wojny. Wielu z nich doświadczyło piekło getta, obozów koncentracyjnych i eksperymentów medycznych. Słowa nie są w stanie opisać ogromu ich bólu. Koszty psychiczne, jakie wiążą się z tak traumatycznymi doświadczeniami, są potworne i przechodzą na kolejne pokolenia.

Dzięki badaniom i powojennej pracy z byłymi więźniami obozów, wykonanej przez krakowski zespół prof. Stanisława Kłodzińskiego – w tym Antoniego Kępińskiego i Marię Orwid – wiemy, co to znaczy „choroba obozowa”. W społecznym funkcjonowaniu „ocalałych” charakterystyczna była trudność w budowania relacji  z innymi: tymi bez doświadczeń obozowych. Badacze opisywali jako charakterystyczne skrajne postawy: z jednej strony nieufność i podejrzliwość, z drugiej radykalne zwiększenie dynamiki życiowej i  ufność wręcz na granicy naiwności.

Te traumy przekazywane są z pokolenia na pokolenie, tak w narodzie żydowskim, który przecież miał zostać całkowicie zgładzony w Holokauście, jak i w narodzie polskim, tak bardzo umęczonym przez wojny, a wcześniej powstania i zabory.

W niemalże namacalny sposób objawów traumy w drugim pokoleniu dotknąć można dzięki lekturze znakomitej serii wywiadów Mikołaja Grynberga pt. Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne.

Uświadomienie sobie takiej perspektywy może być bardzo pomocne w podjęciu próby zrozumienia bólu i rodzących się z niego konsekwencji dla wszystkich bezpośrednio i pośrednio dotkniętych diabelskim doświadczeniem wojennym i obozowym.

Potrzeby są ważniejsze niż słowa

Nasze emocjonalne dyskusje ostatnich tygodni powinniśmy przepuścić także przez zatrzymujący hiperbolizację i radykalizacji języka. Nasze skrajne rozjuszenie emocjonalne i funkcjonowanie pod ciągłym wpływem adrenaliny powodowane jest typowym dla kultury tweetowania skupianiem się na słowach obrażających nas, oceniających i wykluczających.

Języka nie należy absolutyzować, a w wielu sytuacjach napięcia należy go nawet celowo relatywizować. Dla uspokajania sytuacji, dla własnego zdrowia psychicznego i w celu poszukiwania potrzeb stojących za wypowiadanymi zdaniami.

Wiemy przecież, że źródłami agresji mogą być strach i alienacja. Próby kreowania idealnego obrazu samych siebie wynikać mogą z niskiej samooceny. Nierzadko atak i zaprzeczanie jest po prostu formą obrony przed narzuceniem czyjejś – bywa że prawdziwej i trudnej dla nas – opinii.  Kiedy zredukujemy człowieka wyłącznie do jego słów, to nigdy nie poznamy jego rzeczywistej sytuacji i zalegających jego wnętrze tragedii, lęków, tęsknot i strat. Pomijam już oczywisty fakt, że nawet mówiąc jednym językiem, operujemy najczęściej różnymi zakresami słów i często te same terminy rozumiemy w skrajnie odmienny sposób. Dobrą zasadą wydaje się ukuta przez Stephena Coveya prosta refleksja: „Zrozum, jeśli sam chcesz być zrozumiany”. Identyfikacja potrzeb odgrywa w tym procesie rolę pierwszoplanową.

Odpowiedzialność ważniejsza od winy

Jednym z przykładów mocnych słów w tej debacie jest słowo „wina”. To termin ważny, ale też nadużywany. Bywa używany jako polityczna pałka w relacjach zewnętrznych i na krajowym podwórku. Kiedy emocje biorą górę, to „wina” odmieniana jest przez wszystkie możliwe przypadki. Mam nieodparte wrażenie, że dość automatyczne i rytualne „obwinianie” jest jednym z instrumentów w szczególny sposób podgrzewających temperaturę każdego sporu. Nie podważam jego zasadności, kiedy przyświeca mu duchowa motywacja wyznania win i uzyskania przebaczenia. Podważam jego zasadność w wielu bieżących dysputach, w których jedynym celem jest oskarżenie i okazanie moralnej dominacji.

W psychoterapii znacznie większą wagę przywiązuje się do odpowiedzialności niż do winy. Bo jaka może być wina trzeciego pokolenia powojennego? Nie mam jednak wątpliwości, że spoczywa na nas ogromna odpowiedzialność za to, co z tym dziedzictwem historycznym zrobimy.

Wzięcie odpowiedzialności pomaga w zatroszczeniu się o „dzisiaj” oraz w konstruktywnym budowaniu przyszłości. W terapii skupianie się na winie wcale nie musi prowadzić do rozwiązań. Może za to powodować powolne zatapianie się w bagnie przeszłości.

Na marginesie warto zauważyć, że przywoływana przez Karolinę Wigurę z „Kultury Liberalnej” kategoria winy metafizycznej Karla Jaspersa w ogromnej mierze spełnia kryterium tak rozumianej odpowiedzialności. Przede wszystkim jednak mam na myśli przepracowywanie przeszłości z towarzyszącym pytaniem, co mogę z nią zrobić dzisiaj i jutro. W największym uproszczeniu: znacznie częściej powinniśmy pytać siebie „Czemu to wszystko może służyć?” niż mówić  „Oni są winni”.

Co nam mówi psychologia polityczna?

Większą wagę powinniśmy przywiązywać też do psychologii politycznej. To z niej możemy się dowiedzieć, że jedną z hipotez agresywnych zachowań nacjonalistycznych jest nieprzepracowana trauma i poczucie niesprawiedliwości. Wiedza na temat tych zjawisk mogłaby nam pomóc w lepszym rozumieniu procesów grupowych i typowego dla wszystkich społeczności oporu przed zmianą.

Szczególnie ciekawy wydaje mi się Vamik Volkan i jego koncepcja tożsamości dużych grup, do której nawiązywał obecny niedawno w Polsce na zajęciach Leadership Academy for Poland prof. Hugh O’Doherty z Uniwersytetu Harvarda. Od kilkudziesięciu lat zajmuje się on procesami pokojowymi na świecie. Zarówno Volkan, jak i O’Doherty na własnej skórze doświadczyli psychopatologii władzy. Volkan jest tureckim Cypryjczykiem, a O’Doherty wychował się w naznaczonej terrorem Irlandii Północnej.  

Koncepcja tożsamości dużych grup składa się między innymi z takich elementów jak: wspólne identyfikacje, przyswajanie dychotomicznego mechanizmu „kim nie jestem” zawierającego w sobie „złe cechy” innych grup, przyswajanie oczekiwań charyzmatycznych przywódców. Wreszcie: wybrane traumy oraz wybrane chwalebne fakty, pra-symbole i artefakty.

Swoją koncepcję Volkan przedstawia metaforycznie w formie namiotu, którego środkowy maszt utrzymywany jest przez lidera, dążącego do utrzymywania płótna namiotowego w maksymalnym naciągnięciu w celu pokrycia nim jak największej liczby osób udzielających mu poparcia. Ci z kolei dzięki wspólnocie uzyskują ochronę, poczucie przynależności i uznania.

Na podstawie analizy zachowań wielu grup społecznych i narodów można powiedzieć, że budowanie takich wspólnot odbywa się nierzadko za cenę idealizacji, wybierania jednych traum i zapominania o innych, wyzbywania się ze zbiorowej pamięci wielu faktów. To wspólnota ofiary i bólu, która w praktyce swojego funkcjonowania pozbywa się niektórych wartości. Ceną bywa wreszcie też tożsamość indywidualna, składana na ołtarzu grupy, zrzekanie się odpowiedzialności i wolności na rzecz liderów.

Im silniejsze dążenie do władzy nad ludźmi lub okresy konfliktu, tym większe ryzyko reaktywacji wybranych traum i przenoszenia oczekiwań przywódców trzymających maszt namiotu na całą chroniącą się pod nim wspólnotę.

Jedną z cech dzisiejszych czasów jest nadzwyczajne skupianie się na charyzmatycznych liderach w biznesie, polityce i ruchach społecznych. Patrzymy na ich cechy, techniki osiągania władzy i budowania wizerunku, zamiast skupiać się na istocie zmiany społecznej niezbędnej do zdrowego funkcjonowania wspólnoty, opartej na służeniu ludziom i dokonywaniu zrównoważonych zmian.

Nadmierna i narcystyczna kultura skrajnej personalizacji przywództwa jest częścią opisywanej przez prof. Kępińskiego psychopatologii władzy.

Dwa trudne wnioski na trudną przyszłość

Po co ten cały psychologiczny filtr w gorącej dyskusji o wpływie historii na współczesność, jaka wybuchła wokół nowelizacji ustawy o IPN? Po to, żeby uświadamiając sobie rolę wielu procesów typowych dla społecznej natury człowieka, poszerzyć własną perspektywę. Mówimy o procesach uniwersalnych: dotykających Polaków, Żydów, Brytyjczyków, Irlandczyków, Francuzów, Holendrów i Amerykanów. Nikt nie jest od tego wolny.

Kiedy terapeuta spotyka się z człowiekiem cierpiącym i uwikłanym, który widzi w sobie lub w innych same zaburzenia, to jedną z jego interwencji jest zazwyczaj tzw. normalizacja. Polega ona na pokazaniu cierpiącemu innych punktów widzenia i uświadomieniu mu, że to, co się z nim dzieje, wcale nie musi być takie nienormalne.

Czasami okazuje się to niezbędne do zdrowego funkcjonowania w przyszłości. Rozszerzenie perspektywy daje możliwość nabrania nieco dystansu i nietraktowania bieżących wyzwań jako bardziej znaczące, niż są. W nominowanym do Oscara filmie dokumentalnym Raoula Pecka opowiadającym o walce z segregacją rasową w USA, eseista walczący o prawa człowieka James Baldwin wypowiada celnie podsumowujące takie zjawisko słowa: „Nie wszystko, z czym się skonfrontujemy, może być zmienione, ale nic nie może być zmienione, dopóki się z tym nie skonfrontujemy”.

Gdy zastanawiam się nad praktycznymi pomysłami na działanie, będącymi w zasięgu ręki każdego z nas, do głowy przychodzą mi dwa konkretne.

Pierwszy z nich to popularyzacja zawartej w publikacjach prof. Kępińskiego wiedzy o psychopatologii władzy, jej źródłach i symptomach. Temat ten powinien być niemalże obowiązkowy w programie nie tylko studiów humanistycznych i społecznych, ale też bardziej praktycznych szkoleń z zakresu zarządzania czy przywództwa. Celem działań menedżerskich powinno być skupienie się na dokonywaniu mądrych zmian, a nie na narcystycznym dążeniu do bycia liderką lub liderem. Zasadą naszego działania musi być ciągłe samoograniczanie się i uwrażliwianie sumienia, będącego miarą wielkości człowieka. Jest sporo dobrych i dialogicznych inicjatyw zasługujących na docenienie za systematyczne edukowanie o służebnej roli przywództwa.

Drugi i fundamentalny aspekt dotyczy kwestii oddolnej zmiany społecznej. Na szczególną uwagę zasługuje projekt realizowany od kilkunastu lat w Kielcach przez Bogdana Białka. Opowiada o nim dokumentalny film Planty 7/9. To szereg działań zainicjowanych w Kielcach wokół budynku, w którym w 1946 roku dokonano pogromu na mieszkających tam polskich Żydach. W bestialski sposób zamordowano kilkadziesiąt osób, a kolejnych kilkadziesiąt ciężko raniono. Pogrom kielecki był tematem tabu przez okres komunizmu w Polsce. Bardzo wolno przebijał się do społecznej świadomości od początku lat 80. Jednak inicjatywa Bogdana Białka to prawdziwy akcelerator tego, co redaktor naczelny kwartalnika „Więź” i współprzewodniczący Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów Zbigniew Nosowski nazywa „pedagogiką sumienia”.

„Można powiedzieć, że choć punktem wyjścia jest tu wstyd za wydarzenia z przeszłości, punktem dojścia jest duma, że po latach można się było zająć tą kwestią w sposób godny i właściwy” – pisał Nosowski.

W jakimś sensie zadziało się tam wszystko, o czym wyżej chciałem powiedzieć. Obserwujemy więc zmagania z żałobą po zamordowanych, ale też stan ducha współczesnej wspólnoty mieszkańców, która w konsekwencji zdobycia wiedzy o pogromie już nigdy nie będzie taka sama. Mieszkańcy doświadczyli wszystkich etapów, o których świat uczy się z podręczników Elisabeth Kubler-Ross, twórczyni teorii straty i żałoby, opartej na jej kilkudziesięcioletnim doświadczeniu posługiwania ludziom umierającym. Mamy więc zaprzeczenie i izolację, potworny gniew, próbę „targowania się”, depresyjny smutek, w końcu pogodzenie się i nadzieję na lepszą przyszłość opartą na prawdzie dającej szansę na poczucie wzrostu i sensu.

Bogdan Białek w praktyce udziela trudnych, ale potrzebnych lekcji nam wszystkim. Niektóre z nich mogłyby brzmieć tak: jeśli chcesz doprowadzić do prawdziwej przemiany serc i umysłów ludzi, to uruchom działanie oddolne, bez udziału wielkich instytucji państwa. Daj sobie i innym dużo czasu i wolności. Zaangażuj ludzi dobrej woli, w tym duchownych.

Trudno nie zapamiętać przytoczonej w filmie rozmowy Bogdana Białka z dwiema bohaterkami ocalałymi z pogromu. Jedna mówi, że wszyscy Polacy, to antysemici. Druga sprzeciwia się i karci ją, mówiąc, że to nie jest prawda. Dodaje też, że taki Bogdan na pewno by ich w czasie wojny nie wydał. Na to sam Bogdan Białek odpowiada, że nie wie, czy by nie wydał, bo nie ma pojęcia, jak zachowałby się w warunkach wojny. To kwintesencja logiki sumienia.