Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Marcin Kędzierski  15 lutego 2018

Zbudujmy z Niemcami najlepszą europejską uczelnię

dr Marcin Kędzierski  15 lutego 2018
przeczytanie zajmie 5 min
Zbudujmy z Niemcami najlepszą europejską uczelnię Autor ilustracji: Rafał Gawlikowski

Jutro rozpoczyna się pierwsza oficjalna wizyta premiera Mateusza Morawieckiego w Berlinie. Jak zawsze przy okazji takich wizyt, nie należy mieć nadmiernych oczekiwań co do jej oficjalnych efektów. Nowe okoliczności polityczne zarówno w Niemczech, jak i w Polsce, każą traktować to spotkanie jako okazję do wyartykułowania ambitnych pomysłów, które powinny inspirować przywódców do odwagi w myśleniu. Symbolem nowego otwarcia w partnerstwie między naszymi państwami mogłoby być wspólne „wymyślenie” na nowo roli Europejskiego Uniwersytetu Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Uczyńmy z niego polsko-niemiecką uczelnię badawczą o globalnych aspiracjach!

Jestem przekonany – za czym obszernie argumentowałem niedawno na tych łamach – że Niemcy to dziś nie tylko najważniejszy, ale też najbardziej perspektywiczny partner Polski. Chociaż wezwanie do pogłębiania tej współpracy wywołało liczne polemiki – m.in. Adama Traczyka, Bartłomieja RadziejewskiegoPawła Behrendta, a kolejne opublikujemy w najbliższych dniach – to potrzeba pogłębiania współpracy między państwami i pilna konieczność jej konkretyzacji raczej nie budzi sprzeciwu. Jutrzejsza wizyta premiera Morawieckiego w Berlinie tworzy dobry pretekst, by zacząć dyskusję o tych namacalnych konkretach.

Lutowe spotkania polsko-niemieckie stają się powoli tradycją rządu Prawa i Sprawiedliwości. 11 lutego 2016 roku z „przełomową” wizytą do Berlina udała się premier Szydło. Rok później, 7 lutego 2017 r., do Warszawy z równie „przełomową” wizytą przyleciała kanclerz Merkel. Nadzieje wyrażane przed tymi spotkaniami, także przez piszącego te słowa, były spore. Niestety, rzeczywistość szybko weryfikowała oczekiwania co do nowego otwarcia w relacjach między Warszawą a Berlinem.

Trudno abstrahować też od faktu, że dziś istnieje wyraźne napięcie pomiędzy obydwiema stolicami. Nasze relacje w wymiarze wizerunkowym są najgorsze od lat. Stąd i publicznie wyrażane oczekiwania co do wizyty Morawieckiego w Berlinie są znacznie mniejsze niż przed rokiem. Paradoksalnie jednak, jutrzejsza wizyta może przynieść znacznie lepsze efekty niż dwa poprzednie spotkania. Argumenty stojące za taką tezą są dwa.

Morawiecki z czystą kartą

Po pierwsze, premier Morawiecki, podobnie jak Viktor Orbán, ma większe doświadczenie, a przez to i większą swobodę, w relacjach z partnerami zza Odry. Dowodem może być choćby zaproszenie go na ubiegłoroczny szczyt G20 w Baden-Baden. Wydaje się też, że o wiele lepiej niż jego poprzedniczka rozumie on zarówno znaczenie partnerstwa między naszymi krajami, jak i stojące przed nim wyzwania.

Po drugie – i to powód znacznie ważniejszy – Niemcy znalazły się w naprawdę trudnej sytuacji politycznej, zarówno w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Jeśli bowiem w umowie koalicyjnej między CDU/CSU a SPD, pomimo tak napiętych relacji, Berlin nadal wskazuje Polskę jako kluczowego partnera, to jest to namacalny dowód, że argumenty gospodarcze i europejskie każą niemieckim elitom „nie obrażać się” na Warszawę, ale włączać je w swoje polityczne plany.

Na tę okazję zareagować możemy trojako: próbując budować naszą pozycję podmiotowo, ograniczyć się do roli klienta, bądź perspektywę „nowego otwarcia” po prostu zignorować. Jak będzie- zobaczymy. Wszak polityka zagraniczna jest funkcją – zakładniczką! – polityki wewnętrznej. Ta prawda jest aktualna zaś nie tylko w Polsce, ale i w Niemczech.    

Potrzebujemy symbolu nowego otwarcia

Choć lista potencjalnych wspólnych przedsięwzięć polsko-niemieckich jest długa – artykuł Jana Jakuba Chromca na ten temat opublikujemy na naszym portalu w dniu wizyty Morawieckiego w Berlinie – to musimy mieć świadomość, że nawet ich realizacja (co już jest ambitnym założeniem) nie oznacza jeszcze przeniesienia współpracy między państwami na nowy poziom.

Taki skok wymaga bowiem podjęcia działań o charakterze symbolicznym. Jak słusznie zauważył jeden z moich rozmówców, z którymi prowadziłem w ostatnich tygodniach konsultacje poświęcone nowej agendzie polsko-niemieckiego partnerstwa, bardziej niż wymiany młodzieży czy współpracy start-up’ów – które długofalowo są bardzo istotne – konieczny jest dziś projekt z prawdziwym rozmachem.

Potrzebujemy wspólnej inicjatywy na miarę Centralnego Okręgu Przemysłowego czy zapowiadanego dziś przez rząd w Polsce Centralnego Portu Komunikacyjnego. Taki konkretny, ale i ambitny projekt stanowiłby podwaliny nowego otwarcia w relacjach Warszawy i Berlina.

Razem z Francuzami Niemcy pracują nad niemiecko-francuskim czołgiem. Relacja polsko-niemieckiej wymagają jednak czegoś bardziej spektakularnego.  

Zbudujmy uczelnię o globalnych aspiracjach

Obserwując potencjał oraz aspiracje naszych państw wydaje się, że najlepszym pomysłem na symboliczne nowe otwarcie jest uczynienie z położonego na polsko-niemieckiej granicy Europejskiego Uniwersytetu Viadrina wspólnej, globalnej uczelni badawczej. Dlaczego ten projekt mógłby się udać?

Po pierwsze, najlepszy niemiecki uniwersytet na liście szanghajskiej znajduje się na 43. miejscu. To znacznie wyżej niż jakakolwiek polska uczelnia (Uniwersytet Warszawski jest w czwartej, a Uniwersytet Jagielloński w piątej setce rankingu), ale równocześnie pozycja gorsza od uczelni nie tylko z USA, Wielkiej Brytanii czy Japonii, ale też ze Szwajcarii, Danii czy Francji! To wynik grubo poniżej aspiracji globalnej potęgi eksportowej. Mając na uwadze niemiecki ład akademicki trudno oczekiwać, aby ich tradycyjne uczelnie sprostały warunkom rywalizacji dyktowanym przez uczelnie zarządzane w modelu anglosaskim.

Po drugie, również w Polsce panuje dziś zgoda, że musimy zaistnieć w globalnym wyścigu akademickim. Problem w tym, że plan wicepremiera Gowina zakładający awans jednej z istniejących uczelni do pierwszej setki jest mało realny. Nasza kultura akademicka jest bowiem bliska niemieckiej, co będzie znacznie utrudniało największym polskim uczelniom wejście do światowej ekstraklasy.  

Po trzecie, jak dowodzi przykład Szwajcarskiego Federalnego Instytut Technologii (ETH) w Zurychu, najlepszej uczelni w kontynentalnej części Europy, awans do pierwszej „20” jest możliwy w stosunkowo krótkim czasie i przy potencjalnie osiągalnych nakładach. Roczny budżet ETH to dziś ponad 8 miliardów złotych. Po podzieleniu tej kwoty na pół pomiędzy Berlin i Warszawę, wydaje się, że środki takie są w zasięgu naszego budżetu.

Z pewnością przy realizacji tej ambitnej wizji powinniśmy czerpać z doświadczenia Szwajcarów. Nie tylko zresztą ich. Może warto rozważyć pomysł ściągnięcia nad Odrę Christine Ortiz, byłej dziekan na MIT, która postanowiła założyć „uniwersytet przyszłości” i jest jeszcze na etapie zbierania funduszy?

Po czwarte wreszcie, Viadrina już istnieje. Tchnięcie w nią nowego ducha wydaje się mimo wszystko łatwiejsze i szybsze, niż rozpoczynanie jakiegoś procesu, w którym za kilka lat premier z kanclerzem dopiero sypną ziemią na kamień węgielny. Oczywiście, na pierwszym etapie konieczne byłoby formalne i prawne uczynienie z uniwersytetu wspólnej, polsko-niemieckiej uczelni. Jest ona jednak dziś na tyle gasnąca, że wykorzystanie jej jako wehikułu do stworzenia czegoś od podstaw jest zadaniem wyobrażalnym.

***

Nie spodziewam się, aby Mateusz Morawiecki w swoim piątkowym przemówieniu roztoczył wizję polsko-niemieckiej „wyprawy na Marsa”, jaką mogłaby być wspólna uczelnia o globalnych aspiracjach. Choć ziemia wzajemnych relacji nie jest spalona, to z całą pewnością mocno wyjałowiona. Jakkolwiek ważne są deklaracje współpracy przy reformie UE, intensyfikacji wymiany młodzieży czy wreszcie reaktywacji Partnerstwa Wschodniego – do czego zresztą niedawno w kontekście wizyty Morawieckiego w Berlinie nawoływał niemiecki ekspert Kai-Olaf Lang – to w dłuższej perspektywie żadna z tych rzeczy nie zastąpi wielkiej wizji.

Szczęście sprzyja odważnym. Zbudujmy wspólnie najlepszą europejską uczelnię badawczą.