Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Kamil Wons  13 lutego 2018

Elegancki konserwatyzm w fularze to ślepa uliczka

Kamil Wons  13 lutego 2018
przeczytanie zajmie 13 min
Elegancki konserwatyzm w fularze to ślepa uliczka Rafał Gawlikowski

Obecnie konserwatyzm zdaje się wracać na polityczne salony. Głębsza analiza ujawnia jednak zasadniczy zgrzyt. Jak bowiem pogodzić konserwatyzm z jakobińskim zapałem Jarosława Kaczyńskiego, widocznym nacjonalizmem Viktora Orbàna czy postmodernizmem ruchu alt-right popierającego Donalda Trumpa? Współczesny konserwatyzm to coraz częściej tylko ładna forma bez specjalnej treści.

Cofnijmy się do XVIII wieku. Zdecydowana większość idei, które nazywamy konserwatywnymi, powstała jako odpowiedź, reakcja, na nowoczesność. Precyzyjniej rzecz ujmując – na moment gwałtownego przejścia z nowożytności do nowoczesności, którym była rewolucja francuska. Ciężko nam sobie dzisiaj wyobrazić skalę zerwania, jakie wtedy nastąpiło. Publicznie zakwestionowano wszystkie podstawowe zasady organizujące życie społeczne, a „zerwane z łańcucha” oświeceniowe idee dekonstruowały kolejne instytucje. Powrót do ancien regime’u nie był już możliwy.

Dwie odpowiedzi na tę sytuację ukonstytuowały dwa modelowe znaczenia konserwatyzmu. Pierwszą z nich stanowiło odrzucenie zmiany.

Adam Wielomski nazywa ten nurt konserwatyzmem radykalnym, wedle którego nowoczesność to anomalia, odstępstwo od naturalnej kolei rzeczy. Drugą okazał się taki sposób uprawiania polityki, który miał na celu niedopuszczenie do kolejnej rewolucji i dla którego najwyższą wartością stało się zachowanie tkanki społecznej oraz ciągłości historycznej. 

Konserwatysta zawsze się spóźnia

Konserwatyzm radykalny oznacza wyrzucenie nowoczesności poza nawias rzeczywistości. Jest ona albo aberracją, którą należy jak najszybciej naprawić, albo swoistym końcem historii, apokalipsą. Konserwatysta radykalny dostrzega regres, a nie postęp, dlatego w historii poszukuje momentu w którym rozpoczął się rozkład rzeczywistości. Problem w tym, że używając nowoczesnego rozumienia historii daje się uwięzić na osi rozwoju – zmienia jedynie zwrot normatywnej „strzałki”. Innymi słowy, mamy do czynienia ze zmodyfikowanym myśleniem w kategorii postępu, dostosowanym jedynie do negatywnej oceny rozwoju sytuacji. W jego ramach wyjaśnienia są dwa: liniowy regres lub zaburzenie postępu przezodrzucenie naturalnych/boskich praw rządzących historią. Konsekwencje takiego myślenia są poważne, bo jeśli ani teraźniejszość, ani przyszłość nie dają nam nadziei, to pozostaje jedynie zwrot w przeszłość. Ona staje się wyznacznikiem wartości, więc już nie prawda, użyteczność czy idea są źródłami legitymizacji, ale czas. Im coś starsze, im dłużej trwa, tym większą ma wartość. W przeszłości należy szukać rozwiązań, stanu idealnego oraz przyczyny upadku.

Rozważania te są niezwykle cenne dla zrozumienia procesu narastania nowoczesności, lecz jednocześnie ich rezultat pokazuje wewnętrzną sprzeczność tak rozumianej postawy konserwatywnej. Łatwo można to pokazać na przykładzie Francji. Widać wyraźnie, że w XVIII wieku  „przednowoczesność” była już w zdecydowanym odwrocie. Ancien regime, którego tak zażarcie chcieliby bronić tradycjonaliści, był już wówczas głęboko przesiąknięty elementami nowoczesności.

Wyraźnie widać też inny paradoks tej postawy – jeżeli tamten świat był tak doskonały do dlaczego upadł? Otóż absolutystyczna Francja Ludwików u swojego schyłku była państwem dalekim od ideałów christianitas. Hobbesowski Lewiatan kontrolował całe państwo, zamknięta w „złotej klatce” arystokracja oddawała się libertyńskim uciechom, gallikanizm podporządkowywał Kościół królowi, a gospodarka funkcjonowała według reguł kapitalistycznych. W 1789 roku ancien regime był jedynie pustą skorupą, która musiała pęknąć. Boskie prawo królów, instytucje monarchii, tytuły szlacheckie i wiele innych elementów tradycyjnego porządku stanowiły już wtedy jedynie decorum pozbawionerealnej treści. Jedyną ich autentyczną funkcją było „przenoszenie” człowieka w przeszłość, łącznik ze światem, którego już nie było.

Rewolucja, dokonując korekty rzeczywistości, zrzuciła z siebie te uschłe kikuty, gdyż zdawało się, że nowoczesność nie musiała się już dłużej kryć pod ich płaszczykiem. Dotyczy to praktycznie wszystkich, bliskich sercu każdego konserwatysty, obalonych porządków. Rewolucje lutowa, xinhai, listopadowa, wojny karlistowskie czy upadek Austro-Węgier nie były powodem, a objawem zwycięstwa nowoczesności.

Oto grzech pierworodny konserwatyzmu: rodzi się, gdy jest już za późno. W swoim zapatrzeniu w przeszłość skupia się na symbolach i zewnętrznych objawach, interesuje go przede wszystkim forma. Człowiek o umysłowości nowoczesnej nie jest w stanie dotrzeć do istoty rzeczy. Widzi jej wielkość i wspaniałość, ale nie potrafi jej właściwie zinterpretować.

Konserwatyzm bardzo często przywiera postać swoistego „kultu cargo”, stara się „odgrywać” dawne rytuały, lecz nie potrafi już ich zrozumieć. Im coś starsze, im gorliwiej atakowane przez nowoczesność, tym cenniejsze.

Ucieczka w puste rytuały czy wchodzenie w buty rewolucji?

Wypadkową takiego myślenia w ramach konserwatyzmu radykalnego są dwie postawy. Pierwsza to eskapizm i kontemplowanie świata przeszłego, co objawia się w separacji od rzeczywistości i traktowaniu jej z najwyższą pogardą. Świat się skończył, nastąpił gorzki koniec historii. Jest to oczywiście postawa skrajnie indywidualistyczna, mimo iż na pierwszy rzut oka może się wydawać tożsama z chrześcijańskim eremityzmem. Mnich jednak oddala się od świata, aby przybliżyć się do wieczności, do Boga, aby kontemplować prawdę o nim. Nie robi tego jednak w oderwaniu od wspólnoty, jego przykład i działanie mają na celu ubogacenie jej. Radykalny konserwatysta z kolei porzuca świat, gdyż w swojej pysze twierdzi, że odnalazł lepszy. Kontempluje swoje własne wyobrażenia o przeszłości, karmiąc swoje ego poczuciem wyższości nad obecnym porządkiem.

Również druga postawa, kontrrewolucyjna, ma w gruncie rzeczy nowoczesny charakter. Jeżeli doszło do zaburzenia praw Boskich, to trzeba je jak najszybciej przywrócić bez względu na cenę, a świat musi wrócić na właściwe tory. To „my mamy rację i historia stoi po naszej stronie”. Taka rewolucja a rebours wywodzi się z typowej dla nowoczesności pychy, z przekonania o plastyczności świata oraz zdolności człowieka do jego swobodnej zmiany i planowania. Oczywiście tradycjonaliści będą się bronić, że nie stwarzają nowego świata a jedynie odbudowują stary oraz, że ich wizja nie jest wytworem umysłu jednostkowego a tradycji.

Nie zmienia to jednak faktu, że utopia konserwatywna ma charakter konstruktywistyczny, a dążenie do jej realizacji musi prowadzić do takich samych strat i ofiar jak każda rewolucja.

Konserwatysta jak gotowana żaba

Drugi z nurtów konserwatyzmu skupia się na sposobie politycznego działania. Mniej chodzi mu o idee, bardziej o praxis. Tak rozumiana polityka konserwatywna powinna być prowadzona w taki sposób, aby unikać wszelkich gwałtownych i rewolucyjnych zmian. Najwyższymi wartościami są spójność i ciągłość społeczna. Jak pisał Roger Scruton należy „przede wszystkim nie szkodzić i nie spieszyć się, aby nie utracić tego, co jako naród wypracowaliśmy przez wieki”. Dzięki swojemu pragmatyzmowi, umiarkowaniu i stabilności ten sposób działania wykazuje się niebywałą skutecznością i to właśnie ten fakt powinien zwrócić naszą uwagę.

Zasady prudencjalne przeważają nad moralnością, więc jeżeli jakiś kompromis pomaga zachować tkankę narodu, to należynań pójść, nawet gdy wydaje się „zgniły” czy podły. Paradoksalnie właśnie to podejście kryje praktyczną słabość takiego myślenia. Jeżeli jedynym kryterium zgody na zmianę będzie jej ewolucyjny charakter i niewielkie naruszenie tkanki społecznej, to mamy do czynienia z klasycznym „syndromem gotowanej żaby”. Konserwatysta, podobnie jak płaz, „wyskoczy”, jeżeli wrzucimy go do wrzątku, ale jeżeli będziemy podnosić temperaturę stopniowo, to „pozwoli” się ugotować. 

Za przykład niech posłuży Republika Federalna Niemiec, w której chadecy rządzili przez 48 lat (w tym ostatnie 12) z 68 lat jej istnienia. Nie przeszkodziło to w przemianie społeczeństwa niemieckiego w zgodzie z ideami rewolucji 68 roku, czego swoistym zwieńczeniem jest zeszłoroczna decyzja o przyznaniu parom homoseksualnym prawa do adopcji dzieci. Polityka skutecznej absorbcji postulatów innych sił politycznych pozwoliła CDU po raz kolejny wygrać, ale czy można jeszcze sensownie mówić o chrześcijańskim charakterze tej partii? Obsesyjna chęć obrony konstytucji społeczeństwa prowadzi do zgoła odwrotnych skutków. „Kto chce zachować swoje życie, straci je”.

Okazuje się, że również ta forma konserwatyzmu zbyt skupia się na formie oraz na przeszłości. Mechanizm funkcjonowania społeczeństwa jest ważniejszy niż „duch”. Paweł Grad nazywa takie podejście konserwatyzmem nihilistycznym, ponieważ ten światopogląd nie opiera się na żadnej głębszej idei. Liczy się trwanie i konieczności zachowania tego, co już jest.

Postawę nihilistycznych konserwatystów można opisać za pomocą konceptu Kartezjusza, który nazwał go „moralnością tymczasową”. Miała ona służyć jako tratwa i czasowe oparcie dla jednostki dokonującej dekonstrukcji rzeczywistości, zanim wytworzy ona nowy, racjonalny światopogląd. Tak oto formułuje on jedną z jej zasad: „Pierwszą było, abym był posłuszny prawom i obyczajom swojego kraju, trzymając się wytrwale religii, w której dzięki łasce Bożej byłem od dzieciństwa chowany, i kierując się we wszystkich innych sprawach mniemaniami najbardziej umiarkowanymi i najdalszymi od krańcowości”.

Faktycznie, postawa taka w istotnym stopniu odpowiada za sukces nowoczesności. Jej rolę można porównać do spadochronu – co prawda spowalnia ruch, ale stabilizuje go i zabezpiecza przed zbyt szybkim osiągnięciem celu. Konserwatyści, ratując, co się da, tak naprawdę oswajają siebie i społeczeństwo ze zmianą. Modernizm bardzo sprawnie przyswaja sobie elementy dawnego ładu, by potem odrzucić je, kiedy nie są już potrzebne. Przybiera to często postać delikatnego wycofania się po „przegrzaniu systemu”. Taką rolę odegrali Napoleon, XIX-wieczne monarchie w państwach policyjnych czy zasada law&order i mieszczańska moralność przed rewolucją 1968 roku. Takie pozorne cofnięcia mają na celu nabranie rozpędu do kolejnego „skoku”. Stosując logikę „mniejszego zła”, konserwatyści sami wchodzą w ten samobójczy układ.

Dobrym przykładem jest zimna wojna, kiedy to potrzeba walki z demonem bezbożnego komunizmu wepchnęła ich w ramiona liberalizmu. Zrobiła to tak skutecznie, że obecnie często nie sposób odróżnić od siebie wielu postulatów obu tych grup. Elementy takie podejścia prezentuje na przykład Jan Filip Staniłko, który w wywiadzie opublikowanym w 49. tece „Pressji” traktuje konserwatyzm i tradycyjne wartości jako „plaster” na konieczne koszty postępu. W jego wizji nie są one celem samym w sobie, a jedynie narzędziem do zabezpieczenia przed rozpadem społeczeństwa poddawanego schumpeterowskiej „twórczej dekonstrukcji”.

Nihilizm ten ma też drugie oblicze, które reprezentują tzw. identytaryści czy inni przedstawiciele tzw. nowej prawicy skupieni na pojęciu tożsamości. Przyjmują oni zastaną tożsamość za obowiązującą i niepodważalną, nie zaprzątając sobie głowy uzasadnianiem jej wartości. Deklaracja Paryska pt. „Europa, w jaką wierzymy” z maja 2017 r.., opublikowana przez grupę „konserwatywnych badaczy i intelektualistów”, już w pierwszym punkcie, z rozbrajającą szczerością, głosi: „Powody, dla których kochamy Europę, przekraczają naszą zdolność wyjaśnienia lub usprawiedliwienia naszego do niej przywiązania”. Reszta dokumentu stanowi dowód na istnienie „syndromu gotowanej żaby”. Z jednej strony odnosi się do chrześcijańskich korzeni Europy, a z drugiej przeinacza koncepcję ludzkiej godności, twierdząc, że: „Kultura godności wypływa z przyzwoitości i wypełniania obowiązków wynikających z miejsca, jakie zajmujemy w społeczeństwie”. W innym miejscu, zauważając, iż „fałszywa Europa”(obecny liberalny establishment) posiada cechy religii, stwierdza się w niej, że „Odzyskanie przez nas politycznej i historycznej podmiotowości wymaga ponownej sekularyzacji europejskiego życia publicznego” itd.

Błędy i fałsze polskiego konserwatyzmu

Jan Filip Staniłko w artykule pt. Po co polskim konserwatystom państwo? dzieli polskich konserwatystów na trzy pokolenia. Przedstawiony przez niego podział stanowi dla mnie punkt wyjścia do analizy polskiego konserwatyzmu według dwóch wspomnianych wyżej modeli.

Najważniejszym reprezentantem pierwszego pokolenia jest Henryk Rzewuski, autor Gawendy szlacheckiej, piewca sarmatyzmu w jego najbardziej zdegenerowanej i irracjonalnej formie. Odrzucał wszelkie przejawy nowoczesności, kontemplował wyidealizowany obraz przeszłości, a wszystko to nie przeszkadzało mu być wiernym poddanym cara. Sam Rzewuski nigdynie żył w Rzeczypospolitej Obojga Narodów (urodził się w dniu uchwalenia Konstytucji 3 maja), ale typowy dla niego konserwatyzm występował już wcześniej.

Ogrom tragedii wojen XVII wieku doprowadził w Rzeczypospolitej do wytworzenia się specyficznego zjawiska – jednoczesnej degeneracji systemu i wiary w jego doskonałość. Jednak zamiast chwalić jego ducha, wielbiono jedynie jego formę i, podobnie jak w przypadku zachodnich tradycjonalistów, stosowano „kryterium starości”. Upadek cnoty i zasad regulujących działanie rządu mieszanego nie przeszkodził wielu przedstawicielom szlachty i magnaterii wierzyć w jego doskonałość. Od cnoty obywatelskiej i dobra wspólnego ważniejsze okazywały się traktowane czysto formalnie instytucje oraz „złota wolność”, która stanowiła cienki płaszcz przykrywający „kult prywatności”.W świetle tego nie dziwi ponury paradoks – najgorliwsi obrońcy republiki byli często agentami obcych wpływów. Kult formy i bezgraniczna wiara w „kryterium starości” prowadzą do degeneracji.

Drugim pokoleniem wymienianym przez Staniłkę są konserwatyści połowy XIX wieku, których cała myśl polityczna była nakierowana na zapobieżenie powtórce z katastrofy, jaką były rozbiory. Ich zdaniem, kolejny paradoks, katastrofa tanie była efektem modernizacji, lecz jej braku. W przeciwieństwie do zachowawców z zachodniej Europy, w pełni świadomie i celowo pracowali na rzecz nowoczesności. Dokonana przez nich analiza przyczyn upadku Rzeczypospolitej prowadziła do odrzucenia tych elementów polskości, których nie sposób uzgodnić z nowoczesnością. Piętnowanie „wad narodowych” i postulowane programy przebudowy „ducha narodowego” były naturalną konsekwencją takiego myślenia.

Tak rozumiany konserwatyzm jawi się jako ruch całkowicie modernistyczny i w zasadniczy sposób obcy czy nawet ojkofobiczny. Ważny wpływ na ten nurt wywarła filozofia niemiecka, szczególnie zaś jej wizja państwa i prawa. Silne nastawienie propaństwowe(w duchu szkoły niemieckiej) oraz przywiązanie do konserwatywnego pragmatyzmu politycznego idealnie łączyło się z zachodnim pozytywizmem. Praktycznym wymiarem takiego podejścia była praca organiczna mająca na celu oświecenie ludu. Powyższe założenia ideologiczne oraz brak własnego państwa musiały doprowadzić do konstruktywizmu społecznego, którego efektem było powstanie konkurencyjnej dla istniejącego narodu historycznego koncepcji narodu etnicznego/chłopskiego. Takie są źródła polskiego nacjonalizmu.

Napięcie pomiędzy zastaną tradycją a postulowanym konstruktem było główną osią życia politycznego II RP.

Paradoks tej sytuacji polega na tym, że tak rozumiany polski konserwatyzm przełomu wieków doprowadził do petryfikacji efektów zaborów. Rozniecał konflikty etniczne z Litwinami i Ukraińcami, które często okazywały się katalizatorem ich procesów narodotwórczych, ale i wytworzył, a następnie utrwalił wizję Polski etnicznej, której emanacją stał się PRL.

W wyniku II wojny światowejdoszło do podziału na tych, którzy w imię walki z komunizmem popierali zachodni liberalizm, oraz na tych, którzy gorliwie budowali nową, socjalistyczną Polskę, wśród tych drugich licznie występowali polscy nacjonaliści. Forsowna urbanizacja i industrializacja, eliminacja ziemiaństwa jako klasy oraz stworzenie monoetnicznego państwa były dla wielu z nich formą spełnienia modernizacyjnych marzeń.

Trzecie pokolenie polskich konserwatystów wywodzi się z końca lat 80. Narodziło się w środowisku filozofów akademickich, zafascynowanych gamą różnych obcych nurtów filozoficznych uznawanych za konserwatywne. Od austriackiej szkoły ekonomicznej, przez amerykański neokonserwatyzm, niemiecką rewolucję konserwatywną, po antyczną myśl polityczną. Fascynacja ta wywodziła się z poczucia pustyni intelektualnej w Polsce. Wychodząc od niepolskich filozofii politycznych, odkryli oni na nowo rodzimy republikanizm. Jednak zapośredniczenie i poczucie tworzenia ex nihilo doprowadziło ich do konstruktywizmu i pewnej wtórności.  

Nurt ten, podobnie jak dwa pozostałe, jest silnie uwikłany w paradoksy, bo nie dość że jego celem jest modernizacja i liberalizacja Polski (na kształt wyobrażeń świata zachodniego z lat 80.), to dodatkowo ma on silny rys antyestablishmentowy związany z buntem przeciwko uwłaszczeniu się dawnych elit komunistycznych. Chciałby budować silne instytucje na wzór brytyjski czy niemiecki, ale najpierw musi zniszczyć te istniejące, „skażone”.

W takim ujęciu rząd Prawa i Sprawiedliwości można postrzegać jako ruch wewnętrznie sprzeczny, chcący zastąpić zgniłe owoce jednej modernizacji drugą. Dodatkową płaszczyzną jego analizy jest wspomniane pozorne cofnięcie po „przegrzaniu” modernizacji za rządów Platformy Obywatelskiej. Odrzucenie pedagogiki wstydu, „wstawanie z kolan” czy dowartościowanie pewnych wykluczonych grup społecznych to jedynie „plastry”, wentyl bezpieczeństwa w systemie.

Konserwatyzm wzięty z Ewangelii

Z premedytacją pomijałem dotychczas trzeci nurt myślenia konserwatywnego: oparcie się na antropologii nienowoczesnej jako bliższej naturze ludzkiej. W świetle powyższych rozważań mam wątpliwości, czy nazywanie tej postawy konserwatywną, jak np. postuluje prof. Ryszard Legutko, nie jest aby przeciwskuteczne.

Wszystkie opisane powyżej typy są modelami, a jako takie, w prawdziwym życiu, nie występują w formach czystych, lecz się przenikają. To samo dotyczy oparcia swojego światopoglądu na regułach wywodzących się z prawa naturalnego i objawienia, więc i tutaj zachodzi ryzyko popadnięcia w błędy opisywanych wyżej konserwatyzmów. Dodatkowy problem z tym terminem sprowadza się do semantyki. Konserwatysta musi coś „konserwować”, zachowywać, sam więc ten termin zamyka nas na osi czasu. Moim zdaniem, aby się przed tym ustrzec, trzeba przestać myśleć na sposób nowoczesny.

Po pierwsze, musimy się oduczyć myślenia w kategoriach postępu. Krzysztof Mazur w tekście „Konserwatystów kłopot z postępem” z 49. Teki „Pressji” przedstawił ideę postępu jako powstałą na łonie chrześcijaństwa, a następnie zsekularyzowaną. Nie jest przypadkiem, że zaczęła się kształtować tak późno, a więc ponad tysiąc lat po powstaniu Kościoła. Chrześcijaństwo wprowadza co prawda koncepcję historii zbawienia, jednak jest ona odrębna od historii świata.

W pełni sprzeczność pomiędzy postępem a chrześcijaństwem pokazuje Benedykt XVI w swojej encyklice Spe Salvi. Człowiek, żyjąc w niedoskonałym świecie, szuka szczęścia, do którego jest powołany. Pośród bólu i cierpienia drobne życiowe szczęścia są jedynie odniesieniem do, przeczuwanego wewnętrznie, większego szczęścia. Odpowiedzią na te poszukiwania jest Jezus Chrystus i to on poprzez swoje nauczanie, śmierć i zmartwychwstanie przekazuje nam nadzieję życia wiecznego.

Nowożytność, a za nią nowoczesność, odrzucają tę wizję, pokładając nadzieję w sile rozumu i w nauce. To już nie Bóg ma nam zapewnić szczęście po śmierci, ale my sami mamy je sobie zapewnić za życia. Zbawienie staje się w takim ujęciu sprawą doczesną. Wyjść z tej logiki można jedynie, przyjmując, iż niezależnie od naszych starań (potrzebnych i pożądanych) zbawienie w ramach historii nie jest i nigdy nie będzie możliwe.

Należy odrzucić również indywidualizm. Jak pisze Benedykt XVI: „Z drugiej strony, musimy również zdać sobie sprawę, że gdy nauka odnosiła sukcesy w stopniowym rozwoju świata, nowożytne chrześcijaństwo w dużej mierze koncentrowało się tylko na jednostce i jej zbawieniu. W ten sposób zawęziło horyzont nadziei i nie rozeznało wystarczająco wielkości swojego zadania – nawet jeśli trzeba uznać za wielkie to, czego nieustannie dokonywało w dziedzinie formacji człowieka i troski o słabych i cierpiących”. Przyjmując objawienie zostajemy włączeni w Kościół i to w nim mamy działać, lecz nie możemy go zatrzymywać dla siebie, powołani jesteśmy do głoszenia nadziei, która odmienia świat. Mamy być solą tej ziemi, „miastem położonym na górze”.

Twierdzenie Jana Marii Rokity wypowiedziane podczas debaty nt. kryzysu demokracji liberalnej w krakowskiej siedzibie Klubu Jagiellońskiego, a mianowicie, że jako indywidualne osoby mamy dążyć do zbawienia, ale jako politycy mamy być skuteczni, jest z gruntu nieprawdziwe. To odbicie nowożytnej teorii o Lewiatanie, który ma zapewniać jedynie dobrobyt i pokój, podczas gdy zbawienie jest sprawą prywatną. Nie sposób pogodzić jej z katolicyzmem.

Antropologia chrześcijańska ukazuje prawdę o słabości człowieka, który upada, ale mimo to ma się ciągle nawracać. Pomimo przyrostu doświadczeń kolejnych pokoleń, pomimo „postępu społecznego”, człowiek ciągle zdolny jest do wybierania zła i notorycznie zło wybiera. Nowoczesność chce wierzyć w społeczeństwo zdolne do przekroczenia swoich słabości poprzez rozwój. To niemożliwe, gdyż słabość tkwi w samej upadłej naturze człowieka. „Ludzka rzeczywistość zależy w każdym pokoleniu na nowo od wolnej decyzji ludzi, którzy do niego należą. Gdyby ta wolność na skutek uwarunkowań lub struktur została im odebrana, świat ostatecznie nie byłby dobry, gdyż świat bez wolności w żadnym przypadku nie jest światem dobrym”- to znów słowa Benedykta XVI.

Odpowiedzią jest tradycja, ale rozumiana nie jako „coś dawnego” czy wynik ewolucji historycznej, ale jako wieczna prawda i punkt odniesienia. Najdoskonalszą tradycją jest oczywiście ta oparta na Objawieniu, której strażnikiem jest Kościół katolicki. Ona powinna stanowić punkt wyjścia i punkt oparcia dla całego naszego myślenia. Mamy oddać Bogu, co Boskie, a Cezarowi, to co należy do Cezara, więc w szczegółowe rozstrzygnięciach dotyczących życia społecznego opierać się musimy na, niedoskonałych, tradycjach ziemskich.

Takie tradycyjne myślenie o polityce jest przedstawione w wywiadzie z prof. Andrzejem Nowakiem opublikowanym w 49. tece „Pressji”. Kadłubkowe pradzieje, jak i będący dla nich inspiracją platoński dialog Timajos, nie miały na celu pokazania prawdy historycznej, lecz ideału życia społecznego, do którego należy dążyć. Chodzi o to,by ciągle się nawracać i opierać swoje działania na kryteriach prawdy i dobra. Konserwatysta naginający prawa moralne dziś po to, by zbudować lepsze jutro, jest jak nierozsądny bogacz z przypowieści. Buduje spichrze, a „jeszcze dziś w nocy zażądają jego duszy”.

Materiał pochodzi z jubileuszowej, 50. teki czasopisma „Pressje”. Serdecznie zachęcamy do kupna numeru w wersji papierowej lub elektronicznej.