Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marek Wojnar  15 stycznia 2018

„Życie jest ładne” i „łuny w Bieszczadach”. Dwaj dziennikarze piszą o Akcji „Wisła”.

Marek Wojnar  15 stycznia 2018
przeczytanie zajmie 10 min
„Życie jest ładne” i „łuny w Bieszczadach”. Dwaj dziennikarze piszą o Akcji „Wisła”. www.flickr.com/photos/mik_krakow/

Książki Pawła Smoleńskiego i Krzysztofa Ziemca łączy tylko tematyka, która dotyczy cierpień ofiar Akcji „Wisła”, a różni wszystko inne. Reporter „Gazety Wyborczej” tak daleko zapędził się w krytykę polskiego nacjonalizmu, że napisał książkę niemal w całości z perspektywy ukraińskiej pamięci narodowej. Z kolei dziennikarz TVP, choć również nie uniknął potknięć, zdołał ukazać cierpienie zwykłych ludzi i możliwość zachowania człowieczeństwa w świecie pożogi i nienawiści. 

Dowiedziawszy się o powstawaniu książki Pawła Smoleńskiego Syrop z piołunu miałem nadzieję na porcję dobrej i potrzebnej lektury. Mowa tu bowiem o autorze Pochówku dla rezuna, jednego z najbardziej fundamentalnych reportaży dotyczących relacji polsko-ukraińskich. Pisząc go dziennikarz „Gazety Wyborczej” – starając się uciec jak najdalej od wąskiej, polskiej perspektywy – bohaterami swojej książki uczynił Ukraińców, którzy padali ofiarą przemocy z rąk polskiego podziemia poakowskiego i narodowego, a także formacji komunistycznych. Pomimo pewnych niedociągnięć w warstwie historycznej oraz wyczuwalnego dystansu wobec argumentów strony polskiej w temacie toczącego się na Podkarpaciu konfliktu otrzymaliśmy książkę ważną. Reportaż przywracał naszej pamięci wydarzenia takie jak Pawłokoma, Piskorowice, Wierzchowiny, Terka czy Zawadka Morochowska, w których polskie podziemie lub formacje komunistyczne dokonały nieraz brutalnych zbrodni na ludności ukraińskiej. Przejmujące opowieści o dokonanych zbrodniach i polskiej o nich niepamięci zapowiadały kolejną, równie mocną i ważną dawkę reportażu.

Zapowiedź książki Krzysztofa Ziemca Wysiedleni. Akcja Wisła 1947 nie wzbudziła we mnie podobnych emocji. W odróżnieniu od Smoleńskiego Ziemiec nie mógł wcześniej pochwalić się jakimkolwiek poważnym dorobkiem w tematyce ukraińskiej, a bezpośredni udział dziennikarza w tworzeniu dalekich od rzetelności programów informacyjnych TVP budził pewne obawy o uczciwość przygotowywanej książki.

Jak się okazało, strach ten był zupełnie bezpodstawny, tak samo zresztą jak przesadne okazały się oczekiwania związane z Syropem z piołunu.  Ale po kolei.   

Kto nie wie, ten pyta – i dobrze

Paweł Smoleński bez wątpienia ma większą wiedzę na temat relacji polsko-ukraińskich od Krzysztofa Ziemca. W rezultacie reporter „Gazety Wyborczej” tka wartką narrację i jasno wyraża własne stanowisko. Ziemiec z kolei chce po prostu wysłuchać indywidualnych historii ludzi. Osób, które doznały krzywd w rezultacie Akcji „Wisła” oraz wydarzeń z nią związanych. Mając świadomość własnej niewiedzy dziennikarz TVP podchodzi z wielką otwartością wobec historii swoich rozmówców. Czasami może nieco topornie dopytuje ukraińskich i łemkowskich rozmówców o to czy nie uważają, że Akcja „Wisła”  była polską zemstą za Wołyń, ale najczęściej słucha i nie ocenia. Inaczej aniżeli Smoleński, który sądy wyraża ostro i bezkompromisowo. Problem polega na tym, że cierpi przez to reporterski słuch.

W „Syropie z piołunu” własna narracja i poglądy autora zagłuszają opowieści innych, a jemu utrudniają wyjście poza ramy ideowe środowiska, z którego się wywodzi. Ziemcowi przekraczanie granic własnej „bańki” światopoglądowej udaje się po prostu lepiej

Mimo że Smoleńskiego można określić mianem weterana reportażu, to czystego reportażu w jego książce nie jest tak wiele. Często cytuje dokumenty, wspomnienia, historyków. Przy tym nie zawsze robi to w sposób rzetelny. Nie wiem dlaczego tak chętnie powołuje się choćby na ukraińskiego historyka Bohdana Huka uważającego Ukraińską Powstańczą Armię za organizację walczącą o prawa człowieka i obywatela. Trudno też znaleźć racjonalne powody, dla których relacjonuje historię życia Karola Świerczewskiego „Waltera” za swoim redakcyjnym kolegą Bartoszem Wielińskim (bynajmniej nie historykiem tego tematu).

Ziemiec na odwrót. Praktycznie pomija dokumenty, wspomnienia czy prace historyków. Można byłoby mu wręcz z tego powodu czynić zarzut, ale trudno to robić w obliczu faktu, że zebrał po prostu więcej bezpośrednich świadectw od dziennikarza „Gazety Wyborczej”. Rozmówcy Ziemca są bardziej otwarci. Występują pod imieniem i nazwiskiem, nie wstydzą się wizerunku. Z kolei świadkowie, z którymi rozmawiał Smoleński, chowają się w cieniu za inicjałami bądź imionami. Dziennikarz „Gazety Wyborczej” sugeruje, że to na skutek zmiany klimatu społecznego w Polsce. Ale biorąc pod uwagę, że inni przesiedleńcy nie mają takiego problemu, powód musi być chyba inny.

Między humanizmem a pamięcią narodową

Książka Smoleńskiego jest gorzka, tytuł dobrze oddaje ten nastrój. Nie ma w niej półcieni ani tonów. Praktycznie nie występują w niej Polacy, którzy zachowali człowieczeństwo czy okazywali miłosierdzie Ukraińcom. W najlepszy razie pojawiają się w tle, na trzecim planie, półgębkiem. Jeżeli już na pierwszym planie, to w taki sposób: „Zawieźli do obozu [w Jaworznie – przyp. aut.]” na przesłuchanie, biło czterech wszyscy chłopy na schwał. Gdyby nie ta kobieta w mundurze, ubeczka bez dwóch zdań, która szła korytarzem obok pokoju tortur i powiedziała z przyganą »zabijecie upowskiego skurwysyna« nie wytrzymałby tych ciosów”. 

Akcja „Wisła” u Smoleńskiego jest zbrodnią przeciwko ludzkości, a obóz w Jaworznie obozem koncentracyjnym. Dziennikarz „Gazety Wyborczej” pokazuje obrazy przemocy władz komunistycznych, problemy z adaptacją Ukraińców na Ziemiach Odzyskanych, ludzkie upokorzenie i strach. Eksponuje cierpienie i ciągle niewybaczoną krzywdę. Potępia sprawców. Ma tu wiele racji, ale gdy czytałem tę książkę wraz z kolejnymi stronami pojawiały mi się w głowie następne lampki ostrzegawcze. Pierwsza zapaliła się, gdy uświadomiłem  sobie, że praktycznie w ogóle nie wypowiadają się w niej polscy świadkowie akcji „Wisła”.  Druga, gdy zorientowałem się, że opowieść ukraińska nie zdominowała, lecz całkowicie przytłoczyła łemkowską. Wśród rozmówców Smoleńskiego nie ma Łemków-Rusinów, nie ma Polaków, za to liczni są Ukraińcy współpracujący niegdyś z nacjonalistycznym podziemiem (czy to sprawia, że są niechętni do ujawniania imienia i nazwiska?). To już dość wyraźnie sugeruje, że autor (chyba świadomie) przyjmuje rolę obrońcy pamięci diaspory ukraińskiej, która nie jest zbyt chętna do wchodzenia w dialog z polską tradycją narodową, a odrębności Łemków od Ukraińców zwyczajnie nie uznaje. Kolejne fragmenty jego książki tylko to potwierdzają. Bo jak inaczej traktować przyjmowanie przez autora a priori twierdzenia, że żołnierze prowadzący wywózki byli rzymskimi katolikami, chowali się na Ogniem i Mieczem i pobierali nauki u proboszczów z narodowym zacięciem? Albo, że żołnierze UPA to wystraszeni chłopcy podobni walczącym o przetrwanie powstańcom warszawskim z Czerniakowa (zwłaszcza, że sam przywołuje dokumenty świadczące o czymś zgoła odmiennym) ?

W książce Krzysztofa Ziemca obrony jakiejkolwiek pamięci narodowej jest znacznie mniej, a humanizmu bez porównania więcej. Dziennikarz TVP rozmawia z Ukraińcami, Łemkami, którzy ucierpieli w ramach Akcji „Wisła”, z Polakami z Bieszczadów i Wołynia, którzy doznali krzywd z rąk ukraińskiego podziemia, a nawet z mazurską Niemką, której ojciec był świadkiem zbrodni Sowietów.

W książce Ziemca oczywiste jest cierpienie, ale już jego sprawcy nie zawsze są oczywiści. Dziennikarz TVP pokazuje, że nawet w chwilach, kiedy system komunistyczny dokonywał oczywistej zbrodni, pojawiali się ludzie zdolni w ramach istniejących warunków na przejawy empatii.

Jak wspomina jeden z bohaterów Wysiedlonych: „Maszynista był dobry – wręcz wspaniały – wspomina do dziś Stanisław – gdzie zobaczył przy torach siano, zatrzymywał pociąg, żeby ludzie mogli trochę przynieść krowom i koniom. Trzeba było nabrać wody, to też się zatrzymywał”. Ale byli i inni. Jak młodzi polscy żołnierze w Jaworznie rażący więźniów bijący więźniów pałkami, kijami, trzymający w wodzie i rażący prądem. Nawet Akcja „Wisła” ulega niuansowaniu – i wcale nie jest to zarzut. Ziemiec pokazuje, że przymusowe przesiedlenia dla Ukraińców i Łemków były cierpieniem, podczas gdy dla Polaków z Bieszczadów żyjących w rzeczywistości przypominającej wojny bałkańskie – jego końcem, a tym samym ulgą. Ziemiec nie relatywizuje deportacji. Pokazuje jednak, że odmienność pamięci wynika z doznanych krzywd. Pośrednio mówi nam, że różne pamięci spotkać się mogą dopiero pod warunkiem uznania własnego prawa do cierpienia.

Niejednoznaczności u prezentera „Wiadomości” jest dużo więcej. W jego książce  pojawia się Polak chroniący Ukraińca przed Ludowym Wojskiem Polskim, ale i Ukrainiec ratujący Polaków przed UPA, w której służył jego syn. W opowieści mazurskiej Niemki pojawia się historia (a może legenda?) o Ukraińcu, który miał uratować życie jej ojcu podczas szalejącego wówczas na Mazurach głodu napełniając jego kankę mlekiem. Ukraińcy z tej samej rodziny służą w UPA i Milicji Obywatelskiej. Jeden ksiądz katolicki na Ziemiach Odzyskanych urządza dla Ukraińców msze w poniemieckim luterańskim kościele, lecz poznajemy i takiego, który próbuje zablokować łemkowski pogrzeb. Na co znów – o ironio! – nie pozwala komunistyczne wojsko. Są Polacy, którzy na Ziemiach Odzyskanych lżą Ukraińców, a nawet rzucają w nich kamieniami, ale i tacy, którzy pomimo traumy Wołynia odnajdują w nich serdecznych sąsiadów. Jednowymiarowi nie są też wopiści, a nawet czerwonoarmiści, za to dość monochromatyczna jest UPA.

W tym jednym aspekcie w książce Ziemca wieloperspektywiczność trochę kuleje. Motywy młodych Ukraińców, którzy trafili do ukraińskiej partyzantki są nieczytelne, a sama formacja opisywana jest trochę językiem poprzedniej epoki jako „bandy”. Może budzić to wątpliwości, gdyż UPA, będąc strukturą, która dokonała strasznych zbrodni, pozostawała jednak scentralizowaną formacją partyzancką. Bandy na ogół nie mają programów politycznych, a tym bardziej nie dążą do stworzenia jakiejkolwiek „Samostijnej Ukrajiny”.

To jednak nie zmienia całości obrazu nakreślonego przez Ziemca. Jest w nim miejsce na dobro i zło, na cierpienie i człowieczeństwo. Co chyba najważniejsze: na wybaczenie krzywd. Jest coś niesamowicie wzruszającego, kiedy jeden z przesiedleńców potrafi w prostych słowach powiedzieć po latach: „Grunt to życie. A życie jest ładne”.

Co ze zbrodniami podziemia? 

Zarówno Ziemiec, jak i Smoleński wydają się mieć kłopot ze zbrodniami, których na Podkarpaciu dokonały oddziały polskiego i ukraińskiego podziemia. W opowieściach części bohaterów Ziemca pojawiają się „polskie bandy”, ale nie wiadomo nawet, czy były Narodowe Siły Zbrojne, Bataliony Chłopskie czy Armia Krajowa. To wszystko toczy się gdzieś na drugim planie relacjonowanych historii. Brakuje bezpośredniego obrazu pokazującego, że we wzajemnych zbrodniach na Podkarpaciu uczestniczyły nie tylko formacje komunistyczne i UPA, lecz również polskie podziemie.

Znacznie bardziej ewidentny problem z ukraińskimi zbrodniami niewątpliwie ma za to Paweł Smoleński. Aby się o tym przekonać warto przytoczyć fragment o tym, jak autor pochyla się nad „cierpieniem” Iwana Szpontaka ps „Zalizniak”. Działacz ten był członkiem współuczestniczącej w Holocauście kolaboracyjnej ukraińskiej policji pomocniczej, a następnie dowódcą wojskowym UPA stojącym na czele kurenia „Mesnyky”. W 1944 r. brał udział w zbrodni wołyńsko-galicyjskiej próbując przenieść ją na Podkarpacie. W kwietniu jego oddział spalił Rudkę mordując w niej 58 Polaków, a następnie również Wólkę Krowicką Cieszanów i Frajweld, wszędzie dokonując zbrodni na cywilach. 17 kwietnia 1945 r. oddział Szpontaka stanął pod podkarpacką wsią Wiązownica.

Oddajmy głos Smoleńskiemu, który cytuje historyka Tomasza Berezę: „w płonących zagrodach rozgrywały się dantejskie sceny. Dwudziestoletnia Aniela Kruk została zamordowana ze swoimi dziećmi – dziesięciodniowymi bliźniakami Marysią i Stasiem. Postrzelonego w trakcie ucieczki Jana Pyrczaka upowcy obłożyli snopkami i spalili żywcem”. Ale już na następnej stronie ten sam Smoleński dodaje, że dowódca UPA w kraju zakerzońskim Jarosław Staruch „Stiah” wydał rozkaz zabraniający mordowania polskiej ludności cywilnej, a „wojna partyzancka zawsze i wszędzie ma swoje okrutne prawa” (sic!).  Przeszło sto stron dalej opisując wyrok odbywany przez Szpontaka autor zauważa: „Ale też »Zalizniak« bronił ukraińskich wsi przed wysiedleniem i wojennym prawem karał za zbrodnie na Ukraińcach. Można było go wypuścić o wiele wcześniej – nie był bandytą tylko więźniem politycznym [podkr. M.W.], którego wizja świata rozsypała się w pył. Polska o tym nie pomyślała”. To wszystko pisze dziennikarz gazety, która regularnie pochyla się (i według mnie słusznie!) nad zbrodniami popełnionymi przez polskie podziemie.

„Łuny w Bieszczadach” na nowo?

Smoleński pisze nie tylko o historii. W Syropie z piołunu polski nacjonalizm zrzuca komunistyczny płaszczyk, pod którym prześladował Ukraińców i zupełnie jawnie odradza się we współczesnej Polsce. Autor przypomina o niszczeniu ukraińskich miejsc pamięci w Polsce, o obrzydliwej antyukraińskiej „twórczości” niektórych raperów, o przebijanych oponach w samochodach ukraińskich działaczy w Przemyślu, o pobiciach. Nie mija się przy tym z prawdą. Smoleński pisze: „odżył klimat, jaki zafundowały Polsce »łuny w Bieszczadach«”, a następnie na potwierdzenie swoich słów przywołuje Prezesa Związków Ukraińców w Polsce Piotra Tymę. Ten twierdzi:  „Mam wrażenie, że Ukraińcy, przyjezdni, ale też obywatele polscy, przejmują rolę Żydów w międzywojniu”. To bardzo mocne słowa, ale mające tylko pewien związek rzeczywistością. Nie potwierdzał ich prawdziwości chociażby ubiegłoroczny sondaż CBOS, który pokazywał, że w stosunku do poprzedniego roku sympatia Polaków do Ukraińców wzrosła, i to aż o dziewięć procent. Podobne dane pokazywał też przeprowadzony rok wcześniej sondaż IPSOS dla Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji.

Rozbieżność głośnych doniesień medialnych i badań socjologicznych skłania do hipotezy, że mamy do czynienia z dwoma z dwoma równoległymi wobec siebie procesami: z jednej strony na skutek zwykłych relacji międzyludzkich sympatia Polaków do Ukraińców rośnie, z drugiej zaś w rezultacie wydarzeń o charakterze politycznym (tak w Polsce, jak na Ukrainie) w niektórych niechętnych Ukraińcom środowiskach dotychczasowa niechęć przekształca się w jawną wrogość.

Ziemiec o współczesności nie pisze prawie w ogóle – i bardzo dobrze.  Trudno zakładać, by mieszanie dzisiejszych problemów z powojenną tragedią mogło uwrażliwić Polaków na realną krzywdę, której doznali ukraińscy i łemkowscy obywatele państwa polskiego siedemdziesiąt lat temu. Prędzej spodziewałbym się, że takie postępowanie wywołałoby wrażenie, że Akcja „Wisła” jest wykorzystywana do politycznej rozgrywki (co czasami rzeczywiście ma miejsce). W tym kontekście trzeba też zauważyć, że w kończącym książkę akapicie – gdzie Ziemiec pozwala sobie na odniesienie do współczesności – przedstawia obraz stanowczo zbyt idylliczny. Wbrew temu, co twierdzi autor, w dzisiejszym  świecie problemy z wyznaniem czy narodowością wciąż istnieją, choć nie sposób porównać ich do wydarzeń z lat czterdziestych.   

 ***

 aweł Smoleński napisał książkę o cierpieniu Ukraińców. Krzysztof Ziemiec o tragedii ludzi. Syrop z piołunu jest książką mającą być hołdem dla cierpień Ukraińców (czego autor nie ukrywa). Wysiedleni to opowieść o człowieku będącym „ziarenkiem  […] w politycznej układance czy grze wielkich tego świata”. Książkę Smoleńskiego warto mieć na półce, bo choć pisał ją Polak, to stanowi dość dobry i skrótowy zapis ukraińskiej pamięci o Akcji „Wisła”: opowieści pełnej bólu, pamięci społeczności nieraz przypominającej oblężoną twierdzę.  Jest to co prawda książka mocno jednostronna, ale choćby z punktu poznawczego ważna i zasługująca na lekturę. Ale to Wysiedleni Krzysztofa Ziemca są reportażem znacznie mniej oczywistym. Pokazują, że człowieczeństwo nie zależy od narodowości, kodu kulturowego i tylko czasem bywa ograniczane przez najbardziej fanatyczne idee. Tym samym autor staje nie po stronie tej czy innej narodowości, lecz po stronie ofiar.  Przywołując historie Polaków i Ukraińców, którzy w latach pożogi byli dla siebie wsparciem, w pewnym stopniu wpisuje się w nurt zapoczątkowany przez Sprawiedliwych zdrajców Witolda Szabłowskiego, który w przejmujący sposób opisał historie Ukraińców ratujących Polaków na Wołyniu. Warto byłoby, aby Krzysztof Ziemiec w pewnych aspektach pracę dopracował. Może okazja ku temu będzie przy okazji ukraińskiego przekładu? Tego szczerze autorowi życzę.