Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jacek Kaniewski  14 lutego 2017

Dobre małżeństwo musi się rozpaść

Jacek Kaniewski  14 lutego 2017
przeczytanie zajmie 12 min
Dobre małżeństwo musi się rozpaść https://www.flickr.com/photos/130461777@N07/16488952635/

W polskich miastach rozpada się co drugie małżeństwo – taki alarm rozlega się co jakiś czas w mediach. O dramatycznej kondycji współczesnych małżeństw mówią raporty urzędów statystycznych i organizacji pozarządowych. Jednocześnie wzrasta poziom wykształcenia społeczeństwa, psychologicznej samoświadomości, umiejętności interpersonalnych. Co poszło nie tak?

Czy liczba prawdę ci powie?

Statystyczna analiza trwałości małżeństw nie jest sprawą łatwą. Praktycznie jedyną pewną mierzalną daną jest bezwzględna liczba oficjalnych rozwodów mierzona przez Główny Urząd Statystyczny: 1950 r. – 11 tysięcy; 1960 – 14,8; 1970 – 34,6; 1980 – 33,9; 1990 – 34,3; 2000 – 42,8; 2010 – 61,3; 2014 – 65,8. Nie wdając się w szczegóły, widać wyraźną tendencję wzrostową. Jednak oczywiste jest, że liczba rozwodów zależy nie tylko od kondycji „małżeńskiej” społeczeństwa, lecz przede wszystkim od czynników czysto demograficznych, choćby od liczby ludności, struktury populacji (wyż, niż), czy bardziej bezpośrednio od liczby zawieranych małżeństw.

Idealnym statystycznie rozwiązaniem byłoby sprawdzenie, ile spośród wszystkich zawartych w danym roku małżeństw rozwiodło się, a ile dotrwało do śmierci pierwszego z współmałżonków. Ale takie pełne statystyki możemy zbierać z opóźnieniem jakichś pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat od daty zawarcia małżeństwa, a my chcemy zbadać aktualny stan małżeństw w społeczeństwie i sięgające współczesności trendy.

Najczęściej stosowanym wskaźnikiem rozwodów jest porównanie ich liczby z liczbą ludności (rozwody na 1 tysiąc ludności): 1950 r. – 0,4; 1980 – 1,1; 2010 – 1,6; 2014 – 1,7. Jest to ważna obserwacja, bo mówi o tym, że rozwodów jest coraz więcej. Nie pozwala jednak odpowiedzieć na pytanie, czy rozwody są w społeczeństwie zjawiskiem marginalnym, czy dotyczą istotnej części małżeństw. W tym celu stosuje się często inne zestawienie, mianowicie porównuje się liczbę rozwodów z liczbą nowo zawartych małżeństw. I tak w 2014 roku w miastach w Polsce zawarto 110 tysięcy małżeństw i orzeczono 48,5 tysiąca rozwodów. Stosując prostą matematykę, dla 2014 roku dla terenów miejskich otrzymujemy współczynnik 44% (dla całej Polski: 35%). I ten właśnie wynik staje się często podstawą wspomnianych na wstępie medialnych alarmów o dramatycznej kondycji współczesnych małżeństw.

Jednak wskaźnik ten można uznać za bardzo nieprecyzyjny. Przecież rozwody w danym roku w znikomym stopniu dotyczą małżeństw zawartych w tym roku, lecz stają się udziałem małżeństw z bardzo różnym stażem. Kiedy dołożymy do tego fakt, że w ostatnich dekadach spada liczba zawieranych małżeństw (na 1 tysiąc mieszkańców: 1960 – 8,2; 1980 – 8,6; 2000 – 5,5; 2014 – 4,9), to powyższy współczynnik zdaje się zawyżony, a przez to – bardziej mylący.

Aby ustalić przybliżoną wartość procentową rozwodzących się małżeństw, należy wziąć pod uwagę  długość trwania małżeństwa w momencie rozwodu. Nawet uproszczone wprowadzenie takiej wagi pozwala narysować wystarczająco ostry obraz zmian trwałości małżeństw i ustalić stan aktualny. Spośród wszystkich rozwodów orzeczonych w 2014 roku, 22% dotyczyło małżeństw ze stażem 0-4 lat,  23% ze stażem 5-9 lat, 16% – 10-14 lat, 13% – 15-19 lat, 11% – 20-24 lat, 7% – 25-29 lat, 9% powyżej 30 lat stażu małżeńskiego. Średni staż rozwodzącego się małżeństwa to około 13 lat. Porównując zatem liczbę rozwodów z liczbą zawartych małżeństw odpowiednio zmodyfikowaną przez współczynnik stażu rozwodzących się małżeństw, otrzymujemy pożądany procentowy wskaźnik rozwodów.

Można zatem uczciwie powiedzieć, że w 2014 roku rozwiodło się ogólnie w Polsce 29,1% małżeństw (w miastach aż 37,4%). Aby podkreślić zmianę, jaka nastąpiła w społeczeństwie na przestrzeni kilkudziesięciu lat, zauważmy, że pokolenie wcześniej, w 1984 roku, rozwiodło się w Polsce 17,9% małżeństw, a dwa pokolenia wstecz około 5-6% małżeństw.

Z powyższego przeglądu danych statystycznych można wyciągnąć  dwa zasadnicze wnioski. Po pierwsze, nawet jeżeli ci, którzy mówią o bardzo złej kondycji współczesnego małżeństwa, posługują się nieprecyzyjnymi danymi, to zasadniczo mają oni rację. Zweryfikowane już stwierdzenie, że w Polsce rozwodzi się niemal co trzecie małżeństwo, budzi grozę. Do tego można dodać intuicyjną liczbę małżeństw, które faktycznie rozpadły się, ale nie przeprowadzają formalnego rozwodu. Przy tak ogromnej części społeczeństwa doświadczającej porażki w budowaniu trwałego związku, nie można sprawy skwitować niedopasowaniem charakterów, problemami osobistymi, indywidualizmem, czy nieumiejętnością tworzenia relacji. Trzeba gruntownie zastanowić się nad systemowymi, cywilizacyjnymi czynnikami rozwodów. Drugi wniosek jaki się nasuwa, związany jest z bardzo dużą liczbą rozwodów, jakie miały miejsce już w latach 80. czy nawet 70. XX wieku. Okazuje się, że wysoki współczynnik rozwodów nie dotyczy tylko okresu po przemianach 1989 roku, ale już wcześniej rósł on sukcesywnie aż do istotnych społecznie rozmiarów.

Poznajmy rodzinę Malinowskich

Andrzej Malinowski jest jednym z głównych elektryków w fabryce. Codziennie o 7.00 rano bierze kanapki i wychodzi do pracy, żeby zdążyć na 7.15. Kiedy wraca do domu po godzinie 15.00, razem z żoną Anną i trójką dzieci siadają do obiadu. Po południu Andrzej odpoczywa, najczęściej zatapiając się w lekturze prasy, dzieci odrabiają lekcje. Wieczorem odwiedzają ich znajomi. Panie rozmawiają o dzieciach, panowie o nowym projekcie, który aktualnie wspólnie opracowują w fabryce.

W sobotę Malinowscy najczęściej odwiedzają rodziców Anny, czasem jadą na dłuższy spacer do lasu za miastem. W niedzielne popołudnie najstarszy syn, Wojtek, niemal rytualnie zasiada z ojcem do warcabów. Wakacje spędzają na wsi u rodziców Andrzeja. Andrzej jest jedynym z siódemki rodzeństwa, któremu udało się porzucić wieś, zdobyć zawód i pracę w mieście. Andrzej i Anna są porządnym, uczciwym, po prostu „dobrym” małżeństwem. Anna dba o dzieci i dom, ale także pielęgnuje więzi z rodziną i przyjaciółmi. Andrzej przede wszystkim zapewnia rodzinie utrzymanie, a także pomaga Annie w rozwiązywaniu poważniejszych problemów wychowawczych i podejmowaniu ważniejszych domowych decyzji. Czasem się kłócą, czasem nie mogą się zrozumieć, ale w takich trudniejszych sytuacjach Anna może zawsze wypłakać się siostrze. Anna i Andrzej są szczęśliwi, że nie dotykają ich takie kryzysy małżeńskie, jak niektórych znajomych.

Wojciech Malinowski, najstarszy syn Andrzeja i Anny, wyjechał na studia do Warszawy, skończył prawo i obrał ścieżkę kariery adwokackiej. W 2010 roku, mając 30 lat, ożenił się z Agnieszką, uroczą absolwentką ekonomii, którą poznał podczas Erasmusa w Lizbonie. Kiedy brali ślub, Agnieszka miała już dobrą pracę jako doradca finansowy w warszawskiej sieci salonów samochodowych. Cztery lata później przyszło na świat ich pierwsze dziecko. Oboje jeżdżą do pracy swoimi samochodami, wymieniając się co tydzień obowiązkiem podwożeniem córeczki do żłobka. Żeby spokojnie dotrzeć do swoich biur na 8.00 muszą wyruszyć około godz. 7.00. Praca obojga jest trudna, stresująca, wymaga skupienia i szerokich kompetencji, ale nagrodą jest rozwój osobisty i pensja z atrakcyjnymi dodatkami socjalnymi. Młodzi Malinowscy wracają do domu najwcześniej około 18.00 (praca do 17.00 z obowiązkową godzinną przerwą na lunch, po pracy drobne zakupy). Córeczkę ze żłobka odbiera niania. Agnieszka nie może się doczekać spotkania z córeczką i opowieści niani o wchodzeniu w kolejne etapy rozwoju dziewczynki. Mimo zmęczenia, przy kąpieli i usypianiu ukochanej córki młodzi rodzice rozkoszują się rodzicielstwem. Ponieważ mała ząbkuje i często budzi się w nocy, Agnieszka szybko ustala z Wojtkiem, do których rodziców pojadą na weekend, i ledwie żywa kładzie się spać. Wojtek jeszcze musi posiedzieć przed komputerem i dokończyć pozew – jutro ma ważne spotkanie z klientem.

Malinowscy przenoszą się do miasta

Zarówno małżeństwo Andrzeja i Anny, jak i Wojtka i Agnieszki, to typowe dobre małżeństwa swoich czasów. Związki ludzi uczciwych, pełnych dobrej woli i zwykłych ambicji, wolnych od patologii, w istocie podobne do tysięcy rówieśników. Co takiego zmieniło się w społeczeństwie, że przeciętne małżeństwa zawierane po II wojnie światowej potrafiły przetrwać trudne chwile i ocalić związki, w kolejnym pokoleniu rozpada się już co piąte małżeństwo, a w następnym co trzecie? Czy rzeczywiście tak bardzo nasiliła się u statystycznych małżonków niezgodność charakterów, która wybiła się na pierwsze miejsce w tabelach przyczyn rozpadu więzi (1980 – 26,7%; 2014 – 41%)? Nie sądzę. Myślę, że tkwi ona w nas bardzo głęboko od czasów Adama i Ewy i od tysięcy lat przez dziedziczenie przenosi się z pokolenia na pokolenie. A może – to druga w rankingu przyczyna – znacznie częściej zdradzamy? A nawet jeśli tak jest– uznać to należy za przyczynę czy skutek?

Wśród głębszych przyczyn (czynników) wzrostu liczby rozwodów najczęściej wymienia się m.in. zmiany w systemie wartości, spadek religijności, indywidualizm, seksualizację relacji, społeczne przyzwolenie na rozwody czy konsumpcyjny styl życia. Wydaje mi się jednak, że nie są one wystarczające dla wyjaśnienia tak silnej tendencji wzrostu liczby rozwodów, która doprowadziła w rezultacie do głębokiego powszechnego kryzysu współczesnych małżeństw.

Przy tak wysokich wskaźnikach rozwodów nie można już przecież powiedzieć, że rozpadają się tylko związki patologiczne, złe, czy takie, w których brakuje dobrej woli małżonków. Nie mamy już do czynienia wyłącznie z marginesem ludzkiej słabości, który obecny jest na obrzeżach wszystkich dziedzin życia. Musi działać jakiś czynnik wzmacniający zwykłe, przeciętne problemy, który sprawia, że kryzysy możliwe do zażegnania w sprzyjających warunkach, masowo stają się przyczyną rozpadu potencjalnie dobrych małżeństw.

Wydaje mi się, że na właściwe tory kieruje nas analiza współczynnika rozwodów w rozróżnieniu na tereny miejskie i wiejskie.

Otóż na obydwu tych obszarach od roku 1970 do roku 2000 (a w miastach aż do 2014 roku) współczynniki rozwodów na tysiąc ludności, pomijając nieistotne w tej chwili szczegółowe fluktuacje, utrzymywały się na mniej więcej stałych poziomach (miasto: 1,7-2,1; wieś: 0,4-0,6). Dlaczego zatem w tym okresie obserwujemy wyraźną tendencję wzrostową tego samego wskaźnika dla całej Polski? Ponieważ od zakończenia wojny następuje masowa migracja ludności ze wsi do miasta, która w ciągu pięćdziesięciu lat spowodowała odwrócenie proporcji populacji wieś/miasto i niemal podwojenie liczby mieszkańców miast. Proces słabnięcia trwałości małżeństw w polskim społeczeństwie jest paralelny z fundamentalną zmianą cywilizacyjną – urbanizacją życia Polaków. Czy to tylko dwa równoległe trendy, czy zachodzi między nimi związek przyczynowy? Żeby to ocenić, wystarczy przyjrzeć się zmianom małżeńskiego stylu życia, jakie wniósł ten proces.

Co się zmieniło? Jest wojna!

Powojenne pokolenie statystycznych państwa Malinowskich (dziadków) mieszkało na wsi. Podział ról w wielopokoleniowej rodzinie był jasny. Więzi wzmacniał wspólny przedmiot troski, jakim było gospodarstwo oraz wychowanie dzieci. Żona czuwała nad mężem, będąc blisko niego, on dawał jej poczucie bezpieczeństwa i stałości rodziny. Drugie pokolenie, Andrzeja i Anny, zaczyna spełniać marzenie o wygodnym życiu w mieście. Mężczyzna zostaje wyrwany z tradycyjnego, okrzepłego przez setki lat stylu życia i idzie do pracy. Żona zaczyna tracić kontakt z mężem w zakresie  emocji związanych z pracą. W życiu wiejskim dobrze wiedziała, czym w danej chwili się zajmuje, często mu pomagała, wspólnie radzili się  w sprawach dotyczących gospodarstwa. Nie musieli umieć ze sobą szczególnie rozmawiać, wszystko było wiadome, oczywiste, rozumieli się bez słów. W pracy w fabryce przestało to mieć sens. Nie mieli w tej przestrzeni wspólnych tematów. W życiu wiejskim żona dobrze wiedziała, z kim mąż pracuje – z ojcem, braćmi, kuzynami, sąsiadami, synami. Po przeprowadzce do miasta pojawili się obcy koledzy z pracy, jakiś szef, kierownik, sekretarka. Ale głównym celem pracy i stylu życia było utrzymanie rodziny i dobre wychowanie dzieci, co wciąż bardzo scalało więź małżonków. Jednak nikt nie nauczył ich rozmawiać, a trzeba było już sobie dużo opowiadać. Na szczęście był na to wspólny czas – długie popołudnia, wieczory, weekendy. Choć nie wszyscy z niej korzystali, to jednak była jakaś szansa na bliskość.

Tej szansy pozbawieni są już młodzi Malinowscy, Wojtek i Agnieszka. Oni nie mają czasu na uwspólnienie życia, podzielenie się emocjami. Zwłaszcza, że większość przeżyć „dzieje się” poza domem, poza małżeństwem. W poprzednim pokoleniu zwornikiem była mama, która nie pracowała poza domem. Rodzina była całym jej życiem, więc walczyła o przetrwanie, kiedy bywało trudno. Teraz Agnieszka chodzi do pracy, jak większość jej rówieśnic. I w zasadzie niezależnie od tego czy musi, czy tylko chce, niezależnie od tego czy jest dyrektorem w banku, czy obsługuje kasę w wielkim sklepie dyskontowym – nie ma czasu na budowanie więzi z mężem. Żyją w dwóch, często wspaniałych, ale odrębnych światach. Niby mają jeszcze wspólne dzieci, ale ich aktywność wychowawcza sprowadza się do wyboru niani, szkoły, trenera, nauczyciela skrzypiec – oni zrobią już resztę.

Wojtek i Agnieszka Malinowscy są dobrym nowoczesnym małżeństwem. Dobrym w czasie pokoju, choć i wtedy łatwo nie jest. Ale oni teraz są na wojnie. Ich przeciwnikiem jest antymałżeński system układów społeczno-gospodarczych, który narzuca określony antymałżeński styl życia. Bo cóż mogą zrobić – za coś trzeba żyć. A w tym systemie nie ma już zwykłej pracy. Jest tylko praca dla ambitnych, twórczych, zaangażowanych – w takiej pracy nie da się nie spalać, nie da się udawać, że jest tylko dodatkiem, ona staje się całym życiem, nawet wówczas, gdy się jej nie lubi (choć najczęściej się ją kocha). Praca nie jest dostosowana do potrzeb życia rodziny, to życie rodziny jest dostosowane do pracy. Do tego dochodzą uroki miasta – godziny zmarnowane na dojazdy, nerwy, pośpiech. Z czasem Wojtek Malinowski ma znacznie więcej wspólnych emocji i ważnych przeżyć z koleżanką z kancelarii niż z własną żoną. Wspólna praca, zwłaszcza ciekawa i twórcza, bardzo zbliża. To zbliżenie wzmacniają wyjazdy na delegacje, też przecież potrzebne.

Agnieszka jest w małżeństwie coraz bardziej samotna, czuje obcość swojego męża, brakuje jej czułości, zaangażowania, a drogie perfumy nie zaspokajają jej potrzeby bycia wysłuchaną, bezpieczną i kochaną. Wolne chwile Wojtek stara się poświęcać dzieciom, żeby miały ojca, zwłaszcza, że Agnieszka staje się nieznośna – ciągle ma pretensje o to, że mąż nie ma dla niej czasu, że nie wie jakie problemy mają dzieci w szkole, a prezent na jej urodziny znowu kupowała jego sekretarka. Napięcie rośnie. Wojtek tym bardziej ucieka w pracę, bo tam jest ważny, bezbłędny i wszyscy go podziwiają, Agnieszka gaśnie, zamyka się w sobie, skupia się na dzieciach, ale w głębi serca narasta w niej…

Wojny nie przetrwają zwykłe, dobre małżeństwa. To za mało. Trzeba mądrze walczyć, świadomie się uzbroić, czasem się wycofać, a czasem zaatakować. To trudna sztuka. Dobre małżeństwo musi się rozpaść. Żeby przetrwać, trzeba być herosem, małżeńskim herosem.

Możliwe drogi wyjścia z kryzysu

Nie jest moim celem pastwienie się nad statystycznymi Malinowskimi. Każdy narażony jest na podzielenie ich losu, tutaj nie ma wyjątków, nie ma cudownej szczepionki. Świadomość bardzo wysokich współczynników rozwodów i intuicje co do ich systemowych przyczyn winny być zachętą do wypracowania dwojakiej strategii.

Po pierwsze, każdy powinien szykować się na tę wojnę. Szukać sposobów na dobrą małżeńską amunicję, czuwać, by nie przespać trąbki sygnalisty. Odłożyć na bok sprawy mniej ważne i wziąć się do walki.

Natomiast druga uwaga końcowa skierowana jest do strategów społecznych, liderów, mądrych polityków. Ważne jest nie tylko poszukiwanie sposobów na to, jak przetrwać na wojnie, ale dużo ważniejsze jest znalezienie strategii na zakończenie tej cywilizacyjnej wojny. Przecież nie chodzi teraz o to, by cofać się do wiejskich stosunków społecznych rodem z XIX wieku. Miasto jest koniecznością, dobrą koniecznością.

Jednak pilne pozostaje pytanie, jak uregulować nowoczesny styl życia oparty na zdobyczach cywilizacji, by z antymałżeńskiego stał się promałżeński, by z antyrodzinnego stał się prorodzinny.

Rzecz jasna, konieczne są działania długofalowe, kulturotwórcze, kampanie społeczne i programy edukacyjne, których jednoznacznym celem będzie podtrzymywanie (a raczej przywracanie) w społeczeństwie wartości trwałego małżeństwa. Coraz bardziej w naszej mentalności rozpychają się łokciami postawy w stylu: „Lepiej, żeby się rozeszli, niż trwali w nieudanym małżeństwie”, „Lepiej, żeby dzieci zobaczyły dwa szczęśliwe nowe małżeństwa swoich rodziców, niż ciągle słuchali kłótni i byli świadkami cichych dni”. A wystarczy rzut oka na liczne i mające już długą historię badania konsekwencji rozwodów, by przekonać się, że jest to zawsze dla dzieci, jak i dla samych małżonków, rozwiązanie głęboko raniące (pomijam patologiczne przypadki np. przemocy, kiedy rozwód jest wręcz koniecznością, bowiem wśród przyczyn rozwodów stanowią one coraz mniej istotny margines). Oprócz traumatycznych kosztów osobistych, które ponoszą dzieci z rozbitych rodzin, na skutek masowych rozwodów powstają gigantyczne koszty społeczno-ekonomiczne, obciążające państwo (czyli w rezultacie obywateli). Ten aspekt wydaje mi się w debacie publicznej zupełnie pominięty, mimo że również został solidnie opracowany w badaniach i raportach.

Jednocześnie należy się zastanowić nad pilnym wprowadzeniem rozwiązań mogących, szybciej niż wyżej wspomniane działania długofalowe, odwrócić tę dramatyczną tendencję coraz większej liczby rozwodów wynikających ze stylu życia, w którym nie ma miejsca (i czasu) na pielęgnowanie relacji małżeńskich.

Analizy pokazują, że znacznie lepszym środowiskiem pracy dla ludzi chcących zachować żywotność małżeństwa i rodziny są małe firmy, niż duże korporacje.

Wydaje się to oczywiste nie ze względu na ilość czy intensywność pracy, ale przede wszystkim za sprawą większej elastyczności codziennych warunków pracy. A życie rodzinne wymaga elastyczności. Czasem można bardziej oddać się pracy, a czasem trzeba mieć więcej swobody i czasu dla życia rodzinnego. Korporacyjna sztywność i bezduszność przepisów nie zna takich rozróżnień. W małych firmach relacje między pracownikami a także z szefostwem wykraczają poza standardy formalne, co pozwala na stworzenie małżeństwu bardziej przyjaznych warunków. Na pierwsze miejsce wśród małych przedsiębiorstw (a nawet wśród tych większych) pod względem prorodzinności wysuwają się firmy rodzinne. Tam zrozumienie sytuacji życiowej i możliwości dostosowania się do niej są największe.

Poza tym nawet w przypadku formalnie jednoosobowej działalności gospodarczej słuszne jest domniemanie, że jeżeli przedsiębiorca jest w małżeństwie, to często w firmę mniej lub bardziej zaangażowany jest współmałżonek. Taka sytuacja, patrząc od strony modelu rodziny, najbardziej przypomina współpracę małżonków sprawdzoną przez wieki w dawnych gospodarstwach rolnych.

Kolejnym praktycznym promałżeńskim rozwiązaniem, które możliwe jest dzięki nowoczesnej technologii, jest praca zdalna z domu (całkowicie, albo w częściowym wymiarze). Taka forma pracy wymaga z pewnością zmiany przyzwyczajeń i dobrej organizacji, a także niesie ze sobą pewne utrudnienia. Często słychać obawy: „Ja bym tak nie dał rady, dzieci by mi na głowę weszły”; albo: „Ja bym z nim nie wytrzymała cały dzień w domu”. Jednak w tym miejscu trzeba zadać kluczowe pytanie. Czy lepiej wygodnie pracować i nie mieć czasu dla rodziny, czy lepiej włożyć wysiłek w zorganizowanie pracy na nowo i mieć szczęśliwe, pełne bliskości małżeństwo i rodzinę. Jasne, że nie działa to z automatu, ale przynajmniej stwarza szansę i przestrzeń. Co więcej, badania jednoznacznie pokazują, że jest to statystycznie najwydajniejsza i najtańsza forma pracy.

Wspólne wychowywanie dzieci jednoczy małżeństwo – brzmi banalnie. Warto jednak zdać sobie sprawę, że dziś praktycznie taka rzeczywistość już nie istnieje. W to miejsce weszła logistyka rodzinna. Podmioty zewnętrzne przejęły całkowicie funkcję wychowawczo-edukacyjną, a rolą rodziców jest tylko wybór instytucji i dostarczenie tam dziecka. Najlepiej widać to na przykładzie przedszkola i szkoły, w których dzieci spędzają czas od rana do wieczora. Z perspektywy wychowania i edukacji instytucje te nie są już w ogóle potrzebne. Przy współczesnym poziomie wykształcenia i dostępności do wiedzy przez Internet, większość mieszkańców miast byłaby w stanie sama sobie poradzić z edukacją swoich dzieci. A najlepszym środowiskiem wychowawczym dla dziecka jest duża wielopokoleniowa rodzina. Więc po co przedszkole i szkoła? Są systemowo potrzebne jako „przechowalnia” dla dzieci. Bo w tym systemie społeczno-gospodarczym oczywistością jest, że rodzice cały dzień pracują poza domem.

Państwo, we wszystkich wyżej opisanych dziedzinach, posiada instrumenty regulacyjne, które mogą wspierać zmianę stylu życia małżeństwa. To od niego zależy, czy większe przywileje będą mieli przedsiębiorcy (szczególnie rodzinni) czy duże korporacje, czy będzie wspierać działalność gospodarczą czy etatyzm.

Jaka jest aktualna sytuacja, wie każdy, kto choć raz musiał zapłacić ZUS jako przedsiębiorca. Również państwo może realnie zachęcić firmy do wspierania pracy zdalnej. Jeżeli chodzi o oddanie rodzicom realizacji ich obowiązków edukacyjno-wychowawczych, pole do inicjatywy państwa jest ogromne, zwłaszcza, że obecne trendy regulacyjne np. w zakresie edukacji domowej są zupełnie temu przeciwne.

To z pewnością tylko niektóre przykłady. Najważniejsze byłoby podjęcie świadomej decyzji, że państwo przede wszystkim chce wspierać jedność rodziny, a nie tylko jej bogacenie się. Trendy jasno pokazują, że sam ekonomiczny sukces społeczeństwa nie jest wystarczający do tego, aby prowadzić do harmonijnego dobra obywatela, którego pewnym źródłem jest szczęśliwa rodzina.