Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski, Piotr Kaszczyszyn  9 października 2016

Nie wiemy

Bartosz Brzyski, Piotr Kaszczyszyn  9 października 2016
przeczytanie zajmie 6 min

Wyliczanki i przepychanki. Za dużo scen makabrycznej przemocy, za mało historycznego tła. Obecna dyskusja o Wołyniu skupia się w dużej mierze wokół „przeciągania liny” pomiędzy tymi dwoma zagadnieniami. Tymczasem wydaje nam się, że sprawa jest znacznie poważniejsza i dotyka samej istoty człowieczeństwa.

Film Smarzowskiego składa się z trzech zasadniczych aktów. Pierwszy, otwierający, to oczywiście długa sekwencja wesela, którą reżyser wykorzystał do osadzenia późniejszej zbrodni w szerszym, historycznym tle. I zrobił to, jak na możliwości kina, kompletnie. Usłyszeliśmy więc o groteskowych akcjach niszczenia cerkwi; dowiedzieliśmy się o wielopłaszczyznowej dyskryminacji Ukraińców: społecznej (najlepsza ziemia dla Polaków) czy administracyjnej (Ukrainiec nie może pełnić żadnej publicznej funkcji, nieprzypadkowo sołtysem wsi jest postać Polaka grana przez Arkadiusza Jakubika); padła informacja o przewadze liczebnej Ukraińców na Wołyniu, co dodatkowo musiało budzić ich zawiść i niechęć wobec poczynań państwa polskiego.

Jednocześnie Smarzowski nie pominął drugiej strony relacji polsko-ukraińskich w Polsce międzywojennej – ukraińskiego terroryzmu i faktu, że pod koniec lat 30. głównego sojusznika dla powstania ukraińskiego państwa na ziemiach wołyńskich, tarnopolskich czy stanisławowskich Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów upatrywała w III Rzeszy. Jedyne, co może budzić wątpliwości, to scena święcenia siekier – sugeruje ona mocno religijny wymiar ludobójczych akcji, a przy zasadniczo świeckim charakterze ukraińskiej ideologii nacjonalistycznej może to wprowadzić widza w błąd.

Tyle że to i tak są detale. Najważniejszej rzeczy nie mogą przesłonić spory o liczbę spalonych z rozkazu polskiego rządu cerkwi. Państwowa polityka wobec mniejszości ukraińskiej w II RP nie może stanowić żadnego usprawiedliwienia dla ludobójstwa na Wołyniu.

Wszelkie argumenty w stylu „to było ludowe powstanie, zemsta na «pańskiej Polsce»” są wobec skali barbarzyństwa metod stosowanych przez oddziały UPA i miejscowej ukraińskiej ludności bezcelowe.

Nie ma mowy o choćby częściowym usprawiedliwieniu wołyńskiej masakry. Kto próbuje takie symetrie budować, ten zakłamuje rzeczywistość.

Stosunki polsko-ukraińskie w okresie międzywojennym mogą stanowić tylko jeden z czynników poprzedzających czy stanowiących historyczne tło ludobójstwa na Wołyniu. I właśnie tym okolicznościom poświęcony jest drugi, wojenny akt filmu. Wejście Rosjan i Niemców, stopniowa destrukcja stabilnych społecznych hierarchii, rosnące przyzwolenie na przemoc jako narzędzie rozwiązywania konfliktów, postępująca deformacja moralnych standardów, wreszcie całkowicie zniknięcie państwa, jego instytucji i porządku. W tę zdegenerowaną „pustą przestrzeń” mogło wejść, motywowane szaleńczą, nacjonalistyczną ideologią UON, niewypowiedziane okrucieństwo.

Ostatni akt Wołynia jest demoniczny. Licytowanie się na zasadzie: za dużo przemocy, za mało przemocy, za dużo gore, za mało gore jest skrajnie niepoważne. Mimo brutalności scen Smarzowski i tak pokazał nam ledwie wycinek czegoś, co z jednej strony wymyka się rozumieniu, a z drugiej stanowi element towarzyszący ludzkości od zawsze. W tym wymiarze Wołyń jest uniwersalnym traktatem o człowieczeństwie w jego dwóch fundamentalnych obliczach. Po pierwsze, demoniczne, chciałoby się powiedzieć pozaludzkie, okrucieństwo, ale przez ludzi dokonywane. Po drugie, niewypowiedziany heroizm, gotowość poświęcenia życia za drugiego człowieka w warunkach po prostu piekielnych. Obie te postawy osadzone w przestrzeni dalekiej od literackiego patosu czy wygodnej perspektywy teoretycznych rozważań o moralności i etyce. Rzeczywistość jest skrajna, wyostrzona do granic rozumienia i odczuwania.

O tym, jak wiele ryzykowali Ukraińcy ratujący Polaków, pisze Witold Szabłowski w Sąsiadach z Wołynia.

Morderczy szał lata 1943 roku sprawiał, że ukraiński mąż potrafił zamordować polską żonę i własne dzieci, aby udowodnić swoje oddanie sprawie. Z drugiej jednak strony ukraiński sąsiad potrafił ryzykować rozstrzelaniem własnej rodziny, aby uratować polską.

Czy można więc historię zamknąć w klarownych i prostych ramach?

Wołyń boli i uczy nas pokory. Przywracając ostatecznie do powszechnej świadomości Wołyniaków i ich tragedię (a jednocześnie daleki od idealizacji, do której mamy skłonność, obraz Kresów), film Smarzowskiego konfrontuje nas jednocześnie z tajemnicą zła wobec której jesteśmy bezradni. I po prostu nie wiemy.

Materiał powstał we współpracy z Krakowskie Centrum Kinowe ARS.