Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  2 października 2016

Burza w szklance wody

Bartosz Brzyski  2 października 2016
przeczytanie zajmie 4 min
Burza w szklance wody https://www.youtube.com/watch?v=DCh6hLG48rk

Umiar i proporcje. Tego wydaje się brakować planowanemu na jutro „czarnemu protestowi”. Nikt nie ma wątpliwości, że demonstrujący mają do tego całkowite prawo, pytanie tylko czy w sytuacji, w której nic nie wskazuje na to, aby kontrowersyjny projekt całkowicie zakazujący aborcji miał jakiekolwiek szanse na uchwalenie, skala oporu jest adekwatna. Obecny kształt, jaki przybrała dyskusja nad propozycją Inicjatywy „Stop Aborcji”, przypomina raczej samonakręcającą się zbiorową histerię. Aby nieco ostudzić temperaturę sporu, warto na spokojnie przeanalizować, o co tak naprawdę toczy się walka i jak wygląda stosunek polityków do ewentualnych zmian.

Nie potrafię wskazać na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza awantury politycznej o wyższej temperaturze, a której źródła szukalibyśmy nie w parlamencie, ale wśród samych obywateli. Sytuacji, w której Sejm zostaje wciągnięty w dyskusję, która tak mocno go uwiera. Uciekała od niej Platforma Obywatelska przez osiem lat rządów, ucieka i Jarosław Kaczyński. Z jednej strony związany oczekiwaniem części swojego twardego elektoratu, z drugiej wydaje się osobiście niezainteresowany zaostrzaniem obecnych regulacji. Na tej samej demonstracji prezes PiS odsądzany jest od czci i wiary, a Joanna Mucha wybuczana.

Powracająca od ponad 20 lat dyskusja przypomina dziś wojnę pozycyjną, w czasie trwania której co jakiś czas muszą paść strzały.

Dla PiS-u i samego Kaczyńskiego spór aborcyjny wiąże się ze szczególnie złymi wspomnieniami z kadencji 2005-2007. W kwietniu 2007 roku dochodzi do pięciu głosowań nad pięcioma poprawkami do konstytucji: główną, autorstwa Komisji Nadzwyczajnej oraz po dwóch autorstwa Ligi Polskich Rodzin oraz Prawa i Sprawiedliwość. Ze względu na konieczność zdobycia większości 2/3 głosów wszystkie poprawki przepadają. Marek Jurek oskarża Kaczyńskiego, że ten sabotował i przeciągał prace komisji. W dodatku klub sam głosował przeciwko jednej ze zgłoszonych przez siebie zmian, mianowicie przeformułowania art. 38 konstytucji znajdującego się w rozdziale poświęconemu wolnościom i prawom osobistym. Dodane fragmenty miałyby zawierać m.in. zapis, że „Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia” oraz „życie od chwili poczęcia podlega ochronie prawnej przewidzianej w Konstytucji”. Zostaje ona odrzucona, a 60 posłów PiS-u wstrzymuje się od głosu, wśród nich Jarosław Kaczyński.

O ile wcześniej Marek Jurek, główny orędownik prac Komisji, był tylko zirytowany, że na radzie politycznej Prawa i Sprawiedliwości w ogóle nie podejmuje się tematu zmian w konstytucji, o tyle wynik głosowania przelał ostatecznie czarę goryczy. W konsekwencji głosowania zrezygnował z funkcji marszałka sejmu oraz członka Prawa i Sprawiedliwości, piastując wtedy m.in. funkcję wiceprezesa partii. Zarzuca jednocześnie PiS-owi fasadową prawicowość, zapowiadając możliwość wyjścia z partii innych osób. Tak też się dzieje i razem z kilkoma innymi posłami dają początek Prawicy Rzeczpospolitej. Po tym wydarzeniu zaczyna mówić się głośno o możliwości samorozwiązania się Sejmu, co ostatecznie następuje we wrześniu tego samego roku.

Przywołane wydarzenia są o tyle ważne, że nauczony tamtymi wydarzeniami Kaczyński będzie prawdopodobnie grał na czas. Argumenty za utrzymaniem obecnego rozwiązania są dwojakie, zarówno z porządku etycznego, jak i politycznego. Oba podsuwa w swoim tekście na łamach portalu „wPolityce” Łukasz Adamski pisząc „Uważam, że gmeranie przy obecnej ustawie może w niedalekiej przyszłości spowodować pełną legalizację aborcji. Radykalne prawo nie tylko słusznie zakazujące eugenicznego abortowania ludzi w ich wczesnym stadium rozwoju, ale również zmieniające przepisy dotyczące zgwałconych kobiet, na tyle mocno oburzy większość Polaków, że zgodzą się oni na referendum. A wynik jego może być już różny”. Jest to argument, który akceptuje przynajmniej część kościelnej hierarchii. Jeśli odpowiedzią na zaostrzenie ustawy ma być jej późniejsza liberalizacja, to lepiej nie „wychylać wahadła”, które później mogłoby powędrować z prawej na lewą stronę. Adamski podaje też argument polityczny: „Poniedziałkowy marsz kobiet, do którego tak zachęca „Gazeta Wyborcza” jest właśnie wyrazem usilnego szukania koła zamachowego dla opozycji. Kaczyńskie wie, że trzeba tego uniknąć”. Tu znów przekonuje czytelników, że z politycznego punktu widzenia lepiej porzucić temat aborcji, żeby nie dostarczać politycznego paliwa opozycji. Dzisiejsza konwencja programowa Platformy, której pomysły likwidacji CBA i IPN oraz powołanie komisji „anty-macierewiczowej” zdaje się tylko potwierdzać, że jak deszczu potrzebują politycznego zapalnika, którego sami nie są w stanie wygenerować. Tym samym dwojako Adamski rozgrzesza w oczach prawicowych czytelników prawdopodobny „grzech zaniechania” ze strony Kaczyńskiego. Zresztą nie tylko jego, bo apel o utrzymanie kompromisu płynął ze strony Marty Kaczyńskiej a sympatię do tego rozwiązania wyrażał także wicepremier Morawiecki.

Z taką samą narracją zetkniemy się na stronie „Gazety Wyborczej”. W tekście Renaty Grochal czytamy: „Otwieranie dyskusji na temat aborcji jest dla PiS niewygodne. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie chce wywoływać wielkich protestów kobiet, a z drugiej strony nie chce się też narazić organizacjom pro-life i części Episkopatu, które domagają się całkowitego zakazu aborcji”.

Biorąc pod uwagę liczbę sygnałów świadczących o braku poparcia kierownictwa PiS dla projektu Inicjatywy „Stop Aborcji”, to poziom paniki, jaki pociągnął on za sobą, jest niezrozumiały. Kaczyński, tak jak i Tusk, zna wyniki badań przeprowadzanych m.in. przez CBOS wskazujące, że większość Polaków jest zdania, że aborcja powinna być dopuszczalna w sytuacji, gdy ciąża zagraża życiu matki (84 proc.), jej zdrowiu (76 proc.) oraz gdy ciąża jest wynikiem gwałtu (74 proc.).

W związku z tym zaostrzenie ustawy jest politycznym strzałem w kolano i nawet bez pomocy Krystyny Jandy i Jurka Owsiaka Polacy nie będą skorzy do zaostrzania prawa i utrzymałby się on raczej jedynie do końca rządów Zjednoczonej Prawicy.

Prawo i Sprawiedliwość ma dziś duży problem z projektem ustawy autorstwa Fundacji Pro. Z jednej strony nie może go po prostu odrzucić, z drugiej nie chce zmieniać obowiązującego prawa, a przynajmniej nie chce tego robić Jarosław Kaczyński. W swojej pierwszej kadencji przez chęć zachowania status quo stracił kilku posłów i naraził się twardemu elektoratowi. Dlatego dziś zapewne będzie grał na czas, topiąc projekt w komisjach lub symulując podjęcie prac nad własnym projektem. Chyba że faktycznie będzie dążył do znowelizowania obecnej ustawy tak, aby (cytując sformułowanie J. Kaczyńskiego) „względy eugeniczne” nie były czynnikiem przyzwalającym na dokonanie aborcji. Na razie jednak nie mamy żadnych informacji, aby prezes PiS miał takie plany, a z obozu partii dochodzą sprzeczne informacje o podjęciu ewentualnych prac nad nowelizacją.

Kiedy dziś czytam doniesienia o utracie pracy przez kobietę (co samo w sobie wydaje się kuriozalne i godne potępienia), która nie dostała wolnego na poniedziałkowy protest, albo o pojawiających się protestach pod polskimi ambasadami, zastanawiam się, ile z tych osób posiada świadomość politycznych zawiłości sporu wokół aborcji. Tym niezorientowanym muszę niestety zepsuć humory. Wasz opór nie zatrzyma żadnych zmian. Bo nic nie wskazuje na to, że jakiekolwiek zmiany są w ogóle planowane.