Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Grzegorczyk  9 września 2016

Niepotrzebne miasto

Paweł Grzegorczyk  9 września 2016
przeczytanie zajmie 7 min
Niepotrzebne miasto davidberkowitz flickr

Zagłębie milionerów, pionier prywatnego szkolnictwa wyższego w Polsce, prawdziwy raj na ziemi – taki obraz Nowego Sącza wyłania się po przeczytaniu artykułów opublikowanych w mediach ogólnopolskich. Tymczasem ten wizerunek ma niewiele wspólnego z rzeczywistością i jest tworzony przez dziennikarzy, którzy Sądecczyznę odwiedzają jedynie przejazdem. Pomimo bogatej historii i walorów estetycznych miasto przestało być potrzebne.

Miasto straconych atutów

„Nowy Sącz w średniowieczu odgrywał znaczącą rolę dzięki swojemu położeniu. Szlak handlowy na Węgry zapewniał miastu i jego mieszkańcom zamożność. Dzięki temu stolica Sądecczyzny była jednym z najważniejszych miast w ówczesnej Polsce”twierdzi historyk Łukasz Połomski. Geografia od początku stanowiła główną przewagę konkurencyjną miasta. U schyłku panowania Władysława Łokietka Nowy Sącz był w stanie toczyć z Krakowem równorzędny spór o przebieg handlowych traktów. Dziś wydaje się to wręcz niewyobrażalne. Szlak był życiodajną „żyłą złota” dla nowosądeczan. Handlowano winem, suknem, wyrobami rzemieślniczymi – czym się dało. Wraz z upadkiem miasta w XVII wieku szlak tracił na znaczeniu. Całkowicie zanikł w czasach austriackich, kiedy do gry weszła kolej. Równocześnie z pojawieniem się pociągów rozpoczął się nowy etap w historii miasta.

Otwarcie linii kolejowej w dzień urodzin cesarza Franza Josepha w 1876 roku to kolejny kamień milowy w historii Nowego Sącza. Pierwsza była kolej tarnowsko-leluchowska, a w 1884 roku połączenie Nowy Sącz–Chabówka. Stolica Sądecczyzny stała się wkrótce domem dla kolejarzy i ich rodzin, którzy w mieście stworzyli nawet osobną dzielnicę. Wraz z koleją Nowy Sącz zaczął ostatecznie „wyrastać” ze swoich średniowiecznych murów. „Nie do przecenienia jest rola kolejarzy w kulturze i polityce. To przecież dzięki nim w Nowym Sączu pojawił się socjalizm, z którym związani byli najwybitniejsi działacze niepodległościowi. Znaczenie kolei nadal było duże w okresie międzywojennym”dodaje Połomski. Dziś kolej w Nowym Sączu ma znaczenie co najwyżej sentymentalne. Ostatnia pamiątka z tego okresu, Technikum Kolejowe, popularna „kolejówka”, kiedyś kuźnia sądeckich kolejarskich kadr, została w 2002 roku przekształcona w zespół szkół ogólnokształcących. Od połowy XIX wieku bezskutecznie przymierzano się do budowy szybkiej linii łączącej Kraków z Nowym Sączem. Nieudolnych przymiarek nie ukończono do dzisiaj.

Trzeci impuls rozwojowy, po średniowiecznych szlakach handlowych i kolejowej rewolucji, przyniósł rok 1975.

To właśnie wówczas decyzją Edwarda Gierka powstało województwo nowosądeckie, jedno z „dzieci” nowego podziału administracyjnego kraju. Za symboliką poszły konkretne korzyści polityczne i finansowe: region zyskał większą podmiotowość względem dużych ośrodków, jak Kraków; status województwa oznaczał także samodzielne wydatkowanie środków publicznych. Regionalną niezależność zakończyła kolejna reforma administracyjna z 1999 roku – Nowy Sącz wylądował w jednym województwie z Krakowem, Tarnowem i Zakopanem. Zdegradowany do pozycji najmłodszego brata stracił swój kolejny atut. Państwo dało, państwo zabrało.

I tak dochodzimy do współczesności.

Studencki czwartek

Czwartkowy wieczór, połączenie Kraków–Nowy Sącz. Na dworcu wsiadam w autobus firmy Szwagropol. Z wcześniej zakupionym biletem próbuję zająć miejsce, nie jest to proste. Bilety nie są numerowane, firma sprzedaje ich więcej niż jest dostępnych miejsc. Około 40 foteli zostaje zajętych w kilka chwil. Kierowca prosi kolejnych pasażerów. Kilkanaście osób zajmuje miejsca stojące, część siedzi na schodach. Stoją kobiety i dzieci.

Ruszamy. Po kilku zakrętach pasażerowie orientują się, że stwarzamy niebezpieczeństwo. „Przy najmniejszej stłuczce mamy kilka trupów na miejscu” – pada z ust jednego z nich. Jedziemy dalej w ukropie. Na miejsce docieramy bez większych problemów. 84 kilometry pokonujemy w trzy godziny, 30 minut więcej niż było w planie. Ostatecznie odpuszczam, w końcu każdemu zdarzają się obsuwy.

Kilka dni później, po rozmowie ze znajomymi, okazuje się, że takie historie są na porządku dziennym. Można dotrzeć do nich, śledząc także profile społecznościowe firmy Szwagropol. Uznajmy nawet, że na krótkich odcinkach między małymi miejscowościami jest to akceptowalna sytuacja, ale na połączeniach międzymiastowych nie powinna mieć miejsca. „Już po zawodach, nie można nic z tym zrobić. Autobus może przewozić tylu pasażerów, ilu ma wpisanych w dowodzie rejestracyjnym. Następnym razem zrób zdjęcie i odpisz jego numer rejestracyjny, żebyśmy mogli go sprawdzić” podsumowuje prawnik z krakowskiej kancelarii.

Oprócz patologicznego zachowania jednej z małopolskich firm, historia obrazuje dwa najpoważniejsze problemy Nowego Sącza i innych miast powiatowych o podobnej skali.

Po pierwsze, „wysysanie” mniejszych ośrodków. W tym przypadku Kraków korzysta ze słabości Nowego Sącza. Młodzi opuszczają rodzinne miasto tuż po liceum i wyjeżdżają na studia do stolicy Małopolski, alternatywnie do Wrocławia lub Warszawy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby po ich ukończeniu wracali i tworzyli miejskie elity. Tymczasem jestem w stanie na palcach jednej ręki wskazać rówieśników, którzy planują związać swoją przyszłość z rodzinnym miastem. Tylko garstka zostaje w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej i Wyższej Szkole Biznesu, do której jeszcze kilka lat temu chętnie przyjeżdżali studenci z całej Polski. Co gorsza, reszta po szkołach zawodowych, z fachem w ręku, wybiera dobrze płatną pracę poza granicami naszego państwa. Firma Szwagropol na linii Kraków–Nowy Sącz obsługuje około 30 połączeń dziennie tylko w jedną stronę. A przecież na tej trasie funkcjonują także inni przewoźnicy.

Po drugie, słaba komunikacja z innymi miastami w regionie. Z jednej strony nie zanosi się na budowę linii kolejowej Podłęże–Piekiełko, która umożliwiłaby podróż do Krakowa w 40 minut. Z drugiej – drogi znajdują się w niewiele lepszej kondycji, a podróż autobusem na tej trasie trwa planowo 2,5 godziny. Z tego wynika postępująca prowincjonalizacja, o czym obrazowo mówi w rozmowie z nami wieloletni mieszkaniec Nowego Sącza, politolog Rafał Matyja: „Likwiduje się połączenia, sprzedaje PKS, tnie, restrukturyzuje, bez świadomości w jakim stopniu zmienia to status danego miasta, odłączając lub przyłączając go do reszty kraju. Nowy Sącz po dwudziestu kilku latach popadł w coś, co można nazwać wykluczeniem komunikacyjnym. Pewnie jest kwestią kilku lat, żeby ruch kolejowy wokół tego miasta całkowicie zamarł. W takim przypadku władze samorządowe nie mają nic do powiedzenia, oprócz próby lobbingu na szczeblu centralnym”.

Państwo skapitulowało i mało je interesuje los takich ośrodków jak Nowy Sącz. 84 tysiące mieszkańców – ani to porządne miasto, ani wieś. Nic dziwnego, że nie załapują się do rządowych strategii, pomijane są przy państwowych inwestycjach. Taka „średnia Polska” jest pozostawiona sama sobie.

Miasto milionerów czy „mała Rosja”?

W Nowym Sączu mieszka aż 104 milionerów. To mniej więcej tyle, co w ponad dwukrotnie większym Rzeszowie. Szczególne znaczenie dla regionu mają zwłaszcza cztery firmy, zatrudniające ponad 500 osób: Fakro (drugi największy producent okien dachowych w Europie), Konspol (największy w Polsce producent drobiu), Newag (producent taboru kolejowego) i Wiśniowski (producent bram garażowych). Spokojnie można mówić o pewnym fenomenie.

Co ciekawe, nie do końca wiadomo, gdzie szukać korzeni sukcesów sądeckiego biznesu. Dziennikarze miesięcznika Forbes sugerują, że wszystko powstało za sprawą eksperymentu sądeckiego w czasach Polski Ludowej. Pod koniec lat 50. komunistyczne władze postanowiły stworzyć w regionie strefę koncesjonowanej przedsiębiorczości prywatnej. Specjalny program regionalny skierowany do miasta Nowego Sącza i powiatu nowosądeckiego miał na celu ożywienie aktywności gospodarczo-kulturowo-społecznej mieszkańców Sądecczyzny. Czy to rozwiązuje naszą zagadkę? Raczej nie. Tłumaczenie rzeczywistości jedną tylko przyczyną jest z zasady mało skuteczne.

Krzysztof Pawłowski, założyciel Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu i honorowy obywatel miasta, twierdzi, że swoje zrobił też sądecki charakter, determinacja i sądecka pracowitość. Oczywiście, to również mogło odegrać pewną rolę.

Najprawdopodobniej jednak kluczem do sukcesu – o czym nie mówi się głośno – był i nadal pozostaje dostęp do taniej siły roboczej.

Mimo że z biegiem lat – o czym mówi więcej Kazimierz Pazgan w najnowszym Forbesie – przedsiębiorstwa zainwestowały także w technologie, to do dziś w części z największych firm płaci się marnie. Wystarczy porozmawiać z szeregowymi pracownikami, żeby dostrzec, że się nie przelewa. Potwierdza to również statystyka. Mediana zarobków w Nowym Sączu jest najniższa w całej Małopolsce i wynosi 3000 zł brutto. Nawet w Nysie, 40 tysięcznym mieście w województwie opolskim, gdzie nie ma większego zakładu pracy, mediana jest wyższa o 150 zł.

Sądecczyzna nie stoi przedsiębiorstwami. Przypomina raczej „małą Rosję”. Rozwarstwienie społeczne panujące w Nowym Sączu przypomina te zza wschodniej granicy. 104 milionerów nie wpływa na wzrost zamożności wszystkich mieszkańców i całego regionu. Wpływ na miasto? Nie wiem, czy poważnie można potraktować sfinansowanie raz na ruski rok jednej brakującej karetki dla szpitala miejskiego. Milionerzy wydają się zainteresowani tylko swoimi prywatnymi „folwarkami”. Co najgorsze, jedyna firma, której rozkwit mógłby wpłynąć na rozwój całego regionu – wysoko płatne miejsca pracy i wzrost potencjału sądeckich uczelni – czyli Optimus Romana Kluski, została zniszczona przez państwowych urzędników.

Polska w pigułce?

„Polska powiatowa” w trzech punktach

„W Nowym Sączu pojawiają się co jakiś czas młodzi politycy z sensownymi pomysłami na rozwój miasta, ale szybko są blokowani przez starszych radnych, którzy eliminują potencjalne zagrożenie”mówi nam jeden z uczestników sądeckiej sceny politycznej. Głównym rozgrywającym jest bez wątpienia Ryszard Nowak, nieprzerwanie od 2006 roku piastujący funkcję prezydenta miasta. W radzie rządzi koalicja Prawa i Sprawiedliwości z prezydenckim klubem „Dla Miasta”. Obok zasiedziałej już lokalnej elity, wpływ mają także parlamentarzyści, którzy na Wiejską trafili z ziemi sądeckiej. Ale to wszystko sprowadza się do utrzymania status quo. Najważniejszy jest święty spokój.

Historia Nowego Sącza to też do pewnego stopnia historia wielu podobnej wielkości miast powiatowych w Polsce. Historia strukturalnych problemów, z jakimi się zmagają. Można je zamknąć w trzech punktach.

Po pierwsze, zależność od centralnych elit, które decydują o rozdziale środków publicznych na inwestycje. Kolej, drogi, uczelnie. Państwo nieświadomie staje się w dużym stopniu panem życia i śmierci „Polski powiatowej”.

Po drugie, słabość elit lokalnych, które zajęte same sobą, nie są w stanie wymyślić roli, jaką ich miasta powinny odgrywać w strategii rozwoju kraju i regionu. Nie mówiąc już o przekonaniu władz państwowych do ich wizji. Bez takiej synergii, współpracy elit państwowych i lokalnych ta „średnia Polska” nie ruszy się z miejsca.

Po trzecie, zależność od historii. Historii, która miasto stworzyła, a teraz może odwrócić się do niego plecami, przyczyniając się do jego powolnej śmierci.

To do czego potrzebny jest Nowy Sącz?