Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paulina Mazur  14 lipca 2016

Głową w dół

Paulina Mazur  14 lipca 2016
przeczytanie zajmie 7 min

Kiedy jeden z naszych synów uczył się modlitwy Ojcze nasz, w wymowny sposób przekręcał jej słowa. „I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym ojcom” brzmiało w wykonaniu dwulatka tak naturalnie, że zorientowaliśmy się dopiero po jakimś czasie. Nowa wersja szybko stała się rodzinnym bon motem i – choć wydawała się mieć potencjał jedynie humorystyczny – stała się przyczynkiem do refleksji o naturze naszych relacji z dziećmi.

Mam poczucie, że staramy się dziś wyabstrahować „dzieci XXI wieku” z podstawowego kontekstu, w jakim funkcjonują, a więc najbliższej rodziny. Jakoś nie przemawiają do mnie analizy zaczynające się od podkreślania szczególnie trudnych warunków wychowawczych w postaci „wszechobecnych gadżetów elektronicznych”, „plagi uzależnień od gier komputerowych” czy „wzrostu poziomu zachowań narcystycznych”. Dlatego zachęcam, żebyśmy na chwilę odwrócili wzrok od dzieci w kierunku nas samych.

Oprócz trudności, które wynieśliśmy z okresu własnego dzieciństwa, dostrzegam cztery zasadnicze problemy ograniczające nasze zdolności rodzicielskie.

W niewoli modelu

Zacznijmy od komunału: świat się komplikuje. Rozszerza. Pogłębia. Dosłownie toniemy pod kolejnymi falami informacji, faktów i coraz to nowych rzeczywistości. Wydaje się, że radzimy sobie z tym zjawiskiem przede wszystkim przez kategoryzowanie, łączenie w podgrupy, etykietowanie i wreszcie wybieranie i utożsamianie się z jedną z opcji. Nie inaczej jest w dziedzinie szeroko pojętego wychowania – znajdujemy jakiś „model” najbardziej odpowiadający naszemu światopoglądowi i chwytamy się go kurczowo, niejednokrotnie składając w ofierze zdrowy rozsądek i umiar.

Niemal każdy temperament, system przekonań i osobowość znajdą dziś na rynku dopasowaną do nich ofertę metod wychowawczych. W Internecie zaś znajdą grupę współwyznawców, utwierdzających ich w przekonaniu, że to jedyna słuszna droga, jaką warto prowadzić latorośl w pierwszych latach jej życia. Są w sieci miejsca, gdzie przepustką do dyskusji jest duża liczba dzieci, noszenie ich wyłącznie w chuście lub odpowiednie „inwestowanie” w ich rozwój. Nie polecam, by w te rejony zapuszczał się jakikolwiek sceptyk.

Jakkolwiek strasznie to brzmi, nasze relacje z dziećmi stają się zideologizowane. Założywszy, że natura nowo narodzonego człowieka jest zła („niezwykłe, jak one od małego potrafią manipulować, wymuszać wszystko płaczem…”), obieramy kurs na jej korektę, a więc karcimy, karzemy, wtłaczamy w ramy, żeby „kiedyś umiał jakoś żyć z ludźmi”. Przyjąwszy z kolei, że natura ta jest dobra, robimy wszystko, by otaczać ją bezpiecznym kokonem – nie wolno podnieść głosu na Anielkę, która właśnie zdemolowała kuchnię, bo zniszczymy jej wspaniałą zdolność do wyrażania emocji.

Wiele inspirujących idei, takich jak tzw. rodzicielstwo bliskości, staje się w praktyce karykaturą samych siebie. Z jednego powodu: naszego braku wiary we własne kompetencje jako rodziców. Stajemy się zakładnikami dobrze brzmiącej teorii, niezdolnymi do jej twórczej interpretacji i – co chyba najsmutniejsze – odwracającymi wzrok od tego, co dobre i ważne dla tego konkretnego, danego nam pod opiekę człowieka.

Pytanie, które z całą pewnością zadajemy sobie zbyt rzadko, brzmi: do czego wychowujemy dzieci?  Do posłuszeństwa, samodzielności, odpowiedzialności za świat, do zajęcia miejsca w szeregu, do dzielenia się sobą z innymi? Jako początkująca matka byłam zdumiona przebłyskiem świadomości, że swoimi codziennymi „metodami” wzmacniam w dzieciach cechy, na których rozwoju wcale mi nie zależy.

„Proszę pani, to są moje dzieci”

Tym tendencjom towarzyszy inny fenomen: dziś w Polsce żyjemy w społeczeństwie eksperckim. Stwierdzenie to nie dotyczy jedynie specjalizacji zawodowej, komentowania polityki i sportu, ale również sposobu odżywiania się, dbania o zdrowie, a nawet relacji z innymi, w tym z dziećmi.

Na wszystkim się „znamy”. Każdy krok stawiamy świadomie i w dokładnie określonym kierunku. Potrafimy podeprzeć się badaniami i powołać na odpowiednie dowody w sprawie. Już absolutnie nie wystarczy, że postrzegamy coś jako dobre, słuszne czy wartościowe. Trzeba uzasadniać swoją codzienność: opowiadać się po jednej stronie sztucznego politycznego sporu, bilansować węglowodany i białka w tygodniowej diecie według wskazań osobistego coacha, który czuwa również nad naszym planem treningowym. Nawet duchowość należy opatrzyć jakimś zgrabnym przymiotnikiem sugerującym przynależność do kręgów „znających się na rzeczy”. A już na pewno nie można być ignorantem w dziedzinie wychowania.

Tak więc nasze dzieci mają nieszczęście żyć w czasach ekspertów od wychowania. Patrzymy na nie, doszukując się dowodów na to, że wybrane przez nas „metody” są właściwe. Gdy któreś z nich szybko nauczy się czytać, ochoczo ogłaszamy, że to dlatego, że sami dużo mu czytaliśmy. Gdy jest fizycznie sprawniejsze niż rówieśnicy, wychwalamy „rewelacyjne zajęcia gimnastyczne”, na które je zapisaliśmy. Metodom Gordona czy Suzuki przypisujemy zaś wrażliwość maluchów na muzykę. No i najważniejsze: gdy są „grzeczne”, to dlatego, że trzymamy je krótko albo wręcz przeciwnie, pozwalamy się wyszaleć w duchu metod „bezstresowych”.

Ciekawym zjawiskiem jest na tym tle wybieranie jednego obszaru rzeczywistości i czynienie z niego wychowawczego bożka. Dla przykładu w naszej rejonowej podstawówce jest unikalna w skali miasta klasa narciarska z 12 godzinami wychowania fizycznego w tygodniu. Rodzice z wszystkich dzielnic stają na głowie, by maluchy dołączyły do sportowej elity, nawet jeśli trzeba zorganizować meldunek u znajomych i przez wiele lat spędzać kilka godzin dziennie w korkach. Podobnie rzecz się ma ze szkołami muzycznymi albo o jakimś konkretnym profilu ideowym – demokratycznym, katolickim czy ekologicznym. Zaklinamy rzeczywistość, zagryzamy zęby, wsiadamy do samochodów i wierzymy, że dajemy dzieciom to, co najlepsze.

Paradoksalnie na tych wyżynach wiedzy i niewzruszonej pewności, na które się wznieśliśmy, nie mamy zbyt wiele zaufania do siebie samych. Z jaką lekkością na przykład przypisaliśmy połowie populacji żywotnych dzieci syndrom ADHD, gdy tylko rozpowszechniła się wiedza na jego temat. Albo jak gładko w nasz społeczny krajobraz wpasowała się instytucja psychologa, do którego pędzimy, gdy tylko pojawiają się „problemy” (pięciolatek nie potrafi skupić uwagi na zajęciach z francuskiego (!) lub ma zbyt dużo energii, by siedzieć 9 godzin w nudnym przedszkolu).

Wujek nie pozwala

Od zarania dziejów wiadomo, że dzieci wychowuje się łatwiej i lepiej we wspólnocie, która podziela te same wartości. Tymczasem dziś dobrowolnie rezygnujemy z tego naturalnego dla naszych dzieci środowiska. Nie myślę już nawet o rodzinie, którą zostawiliśmy na drugim końcu kraju, ale o zaprzyjaźnionych domach, w których spędzamy sporo wolnego czasu. Instytucja cioci i wujka została niemal zupełnie zredukowana do uśmiechniętych osobników komplementujących nowe dziecięce umiejętności oraz sprawiających prezenty za dziesiątki okazji w ciągu roku. Ani nie korzystamy z okazji, by uczestniczyć w wychowaniu dzieci przyjaciół i znajomych, ani też sami niezbyt przychylnie spoglądamy na podobne próby wobec naszych pociech.

Nie zastanawiałam się nad tym, dopóki kilka lat temu nie poznaliśmy rodziny realizującej taką wychowawczą komunę. Wszystkie znajome dzieci traktują podobnie do swoich – wciągają do zabawy, rozdają zadania takie jak nakrycie do stołu czy posprzątanie po posiłku, niosą na plecach, gdy spacer okazuje się zbyt długi, ale też stanowczo upominają za wymagające tego zachowania. Zawsze kiedy jesteśmy w ich domu, wyłączam czujniki nastawione na pilnowanie dzieci, bo wiem, że właśnie zdwoiły się nasze rodzicielskie moce. Nie mówiąc o korzyściach dla gałganów, które doskonale czują, że dorośli w tym domu stanowią jeden front i nie ma sensu pytać mamy, skoro „wujek nie pozwala”.

Poza brakiem otwartości na takie wspólne wychowywanie, na jego drodze staje właśnie wspomniana wyżej ideologizacja. Zamiast zrobić pół kroku w kierunku zgody na podstawowy katalog wartości, które wzmacnialibyśmy w dzieciach w naszych mikrośrodowiskach, toczymy boje o sprawy mniej istotne. Kiedy mówię skłóconym chłopakom w parku, że muszą jakoś tę sprawę załatwić między sobą, wiem, że sobie z tym poradzą. Jedyne, czego nie jestem pewna, to czy pozostali rodzice nie mają jakiegoś innego pomysłu w rodzaju „Antosiu, to nie są twoje zabawki; chodź, zjemy kanapkę” albo „My w domu nie zgadzamy się na przemoc fizyczną”.

10 minut

Ostatni problem brzmi tak banalnie, że trochę wstyd o nim pisać. Nie zmienia to faktu, że jest chyba najpoważniejszy. Nazywam go 3 x „z”: jako rodzice jesteśmy zbyt zajęci, zmęczenizestresowani. Praca na etacie, posiłki, zakupy, utrzymywanie domu w jakimś przyzwoitym stanie, nauka jazdy na rowerku, sześćset kursów po mieście na trasie przedszkole-szkoła-basen-logopeda. Do tego 2 godziny przed monitorem wieczorem (Facebook, kurs franka, życiodajne newsy polityczne)… Myślę, że wielu z nas uległo złudzeniu, że „wszystko jest kwestią organizacji” i tego też uczymy nasze dzieci. Podczas gdy przy takim trybie życia na relacje nie ma już zwyczajnie sił.

Kiedyś w ramach reform postanowiłam, żeby każdemu dziecku poświęcić w ciągu dnia 10 minut wyłącznej uwagi. Tylko ja i ono. Gadanie, przytulanie, rysowanie, śpiewanie, porównywanie wielkości stóp… Jeszcze nigdy mi się nie udało.

To se ne vrati

Wróćmy jeszcze na koniec do osobliwej tendencji traktowania „dzieci XXI wieku” jako istot z innej planety, które my – z racji przyspieszenia technologicznego – przestaniemy rozumieć już za kilka lat.

Nasze pokolenie, które właśnie buduje domy za miastem i konsoliduje kredyty, lubuje się we wrzucaniu do sieci czarno-białych zdjęć, na których wisimy na trzepakach głowami w dół. Nostalgia jest dla mnie zupełnie zrozumiała, ale już podpisywanie ich słowami: „nasze dzieci nigdy tego nie zrozumieją” wywołuje we mnie zawsze dwa pytania:

1. Dlaczego miałyby tego nie zrozumieć? Moje wisiały tak wczoraj. Nie było to dla nich nic niezwykłego. W przeciwieństwie dla koczujących na placu zabaw dorosłych przechodzących obok na bezdechu.

2. Skoro z takim rozrzewnieniem wspominamy całe dnie spędzane na podwórku, dlaczego kupujemy swoim dzieciom tablety i pozwalamy im siedzieć w domu? Jeśli swoboda w zabawie była dla nas taką wartością, czemu zrywamy się do sprintu, gdy jakiś obcy bachor nasypie naszemu Tomusiowi piasku za koszulkę?

Dzieci są dziś takie „jak dawniej”. Mają te same potrzeby, co my trzydzieści, czterdzieści lat temu. Nie zmienia tego nawet fakt, że zamiast chleba ze śmietaną i cukrem jedzą pastę z awokado albo żelki Haribo. Jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie do naszego życia wniosły dzieci jest… powtórne przeżywanie własnego dzieciństwa. Patrzymy na to, jak widzą świat, jak próbują go oswoić, jak wiele kosztuje je to, że Ewa powiedziała, że nie są już przyjaciółmi, słuchamy o tym, jak wielkie są ich marzenia (podróż do Etiopii, by tam pokazywać swoje prace plastyczne za pieniądze!)… i widzimy wszystko jeszcze raz, jak na pokazie slajdów w II klasie, tylko wyraźniej.

W rodzinie jest jakaś genialna komplementarność. Dorośli są ekspertami od wszystkiego, od szczepionek skojarzonych po sposoby zapobiegania ukąszeniom kleszczy latem. W jednej rzeczy są jednak zupełnie beznadziejni: w cieszeniu się z życia w tej jednej chwili. Tu z kolei specjalistami są nasze dzieci. Skoro tak chętnie ufamy znawcom tematu, zaufajmy tym, których mamy w domu.

I już naprawdę na zakończenie

Czasem staram się wyrwać z codziennego rollercoastera i spojrzeć na ten bałagan z jako takiego dystansu. Zastanawiam się wtedy, w co najlepszego moglibyśmy wyposażyć nasze dzieci „na życie”. Ostatecznie dochodzę zawsze do tej samej konkluzji: że trzeba im dać możliwie najwięcej miłości. Takiej, która ich ocali wtedy, gdy trafią na nieuczciwego człowieka, gdy ktoś będzie próbował je wykorzystać albo gdy po kolei będą się rozsypywać ich wyobrażenia na temat świata.

Czy ktoś z nas wspomina, że zabrakło mu w dzieciństwie dyscypliny, twardej ręki, treningu dobrych manier albo pozalekcyjnych zajęć? A może raczej tego, żeby zobaczyć uznanie w oczach rodziców, by czuć się ważnym; żeby wspólnie śpiewać w samochodzie piosenki ze śmiesznym refrenem, żeby grać z ojcem w warcaby bez stresu, że nie jest się wystarczająco dobrym? Może tego, żeby nie trzeba było zasługiwać na kochające spojrzenie i żeby nasze notowania nie szły na dno wraz ze średnią ocen?

Pytano kiedyś dorosłych ludzi o najważniejsze wspomnienia, jakie mają ze swoimi rodzicami. Jedna z wielu odpowiedzi wskazujących na znaczenie czułości we wzajemnych relacjach wydaje się być ujmująco symboliczna. Dojrzała kobieta opowiadała, jak przed snem przychodziła do niej mama i troskliwie owijała ją kołderką. Każdego dnia. „Tak szczelnie jak naleśnika”. I całowała ją na dobranoc.

Są wakacje. Życzę sobie i Państwu, byśmy sprawdzili czy nadal umiemy wisieć głową w dół, zakopać pudełko ze skarbami nad rzeką albo zjeść całe wiaderko czereśni. Pozbądźmy się eksperckiego tonu, żeby zasłużyć na przyzwoite miejsce we wspomnieniach naszych dzieci.