Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Alicja Brzyska  5 marca 2016

Nie papier, nie e-book. O co chodzi w liberaturze?

Alicja Brzyska  5 marca 2016
przeczytanie zajmie 6 min
Nie papier, nie e-book. O co chodzi w liberaturze? www.flickr.com/photos/mobilyazilar/

Choć teorie o przejęciu świata przez książki elektroniczne przyciągają sporo uwagi, to w zasadzie niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Wbrew pozorom pozycje papierowe utrzymują się na rynku dość dobrze, a na pewno lepiej niż wszelkie formy e-booków. Kiedy więc największa w Wielkiej Brytanii sieć księgarni Waterstones wycofała się ze współpracy z Amazonem, wywoła medialne poruszenie, choć dla badaczy rynku decyzja ta zaskoczeniem pewnie nie była.

Znany z publikacji tomów Rynek książki w Polsce, wydawanych pod sztandarem Biblioteki Analiz, krytyk i wydawca Łukasz Gołębiewski co jakiś czas porusza problem spadku poziomu czytelnictwa i możliwej zmiany formy książki z papierowej na elektroniczną. O ile jednak zjawisko pierwsze jest niepodważalne, na co wskazują raporty Biblioteki Narodowej, o tyle z tym drugim można już polemizować. Faktem jest, o czym zresztą Gołębiewski pisze w książce Gdzie jest czytelnik?, że współcześnie odbiorców literatury poszukiwać musimy raczej w sieci, a tam dominują inne prawa. Jakie? Szybkość, fragmentaryczność, zwięzłość.

Czytelnik w Internecie nie skupia się wyłącznie na jednym tekście – to odbiorca wielu kanałów jednocześnie, przeglądający naraz kilka artykułów i potrafiący w tym samym czasie rozmawiać ze znajomymi, pisać maile i umieszczać wpisy na Twitterze. Dla takiego też czytelnika książka elektroniczna stanowi najlepsze rozwiązanie.

Przeglądając treść na dowolnym czytniku, w każdej chwili możemy odtworzyć również inny tekst, sprawdzić definicję nieznanego wyrazu czy wykorzystać stworzone hiperłącza. Teoretycznie więc wszystko sprowadza się do tego, że książka elektroniczna wygrywa w świecie, w którym czytelnicy to głównie użytkownicy sieci rządzącej się swoimi prawami.

Jak więc wytłumaczyć fakt, że Kindle nie sprzedają się tak, jakby chcieli tego producenci, że wzrasta sprzedaż książek papierowych, a spada elektronicznych? Jak podaje Milena Rachid Chehab w artykule Jeszcze druk nie umarł!: „W ubiegłym roku na świecie sprzedano 12 mln czytników, czyli o 8 mln mniej niż w 2011 r. (dane Forrester Research). Za to liczba książek w miękkiej oprawie sprzedawanych w USA w ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2015 wzrosła o 8,6 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ub. roku. O 7,5 proc. spadła za to wartość sprzedaży e-booków”. Wydaje się więc, że wnioski o przewadze książek elektronicznych nad papierowymi są mocno przesadzone, a wizje dotyczące w ogóle zaniku druku póki co nierealne.

Skąd jednak bierze się w takim razie nieufność wobec e-booków? Przecież analizując cechy społeczeństwa sieci, możemy dojść do oczywistych wniosków, że wygoda i szybkość są najważniejszymi wyznacznikami, a to sprawiałoby, że książka elektroniczna idealnie będzie spełniała nasze wymagania. Problem pojawia się jednak z czytelniczymi możliwościami. Głośny był swego czasu artykuł Jacka Dukaja Bibliomachia, opublikowany na łamach „Magazynu Literackiego Książki”, w którym to autor pisze m.in.: „Jeśli masz tak silną wolę, że potrafisz skupić się w najdzikszej kakofonii bodźców, pośród tuzinów pokus łatwiejszych przyjemności, to przeczytasz dowolny tekst na dowolnym nośniku. Cechę tę odnajdujemy u przedstawicieli elity intelektualnej: mowa tu o mniej niż procencie populacji, o absolwentach najbardziej prestiżowych uniwersytetów, naukowcach zawodowo przetwarzających tysiące skomplikowanych tekstów, o obsesjonatach, geniuszach, półautystycznych nerdach”.

Krótko mówiąc, nie lubimy czytać e-booków, ponieważ nie potrafimy się skupić na tego rodzaju tekście, jesteśmy rozproszeni i wciąż wykonujemy naraz wiele czynności. Książka drukowana zapewnia nam z kolei pewne zamknięcie na treść, poza którą nie wychodzimy.

Dlatego też taki rodzaj lektury jest ostatecznie przyjemniejszy i bardziej satysfakcjonujący, po kilku godzinach mamy wrażenie, że rzeczywiście przyswoiliśmy sobie pewną wiedzę, a nie błądziliśmy po kilku artykułach w sieci.

W swoim artykule Jacek Dukaj porusza również kwestię bardziej kłopotliwą, a dotyczącą zakresu pojęcia literatury. „Co też właściwie mamy na myśli, mówiąc „literatura”? Książkę? Czy jakości, treści, akurat najpełniej realizowane w narracjach znanych nam z książek?” i dalej: „Usiłuję tu nakłonić państwa do spojrzenia na literaturę nie jako realizację tekstowo-papierowego estetyzmu, lecz na continuum narracji o różnym stopniu „literackości”, od poezji i prozy aż do sztuk jeszcze nieistniejących, wyłaniających się na naszych oczach z chaosu nowych technologii i mediów. Literatura zdaje mi się bowiem czymś zewnętrznym, potężniejszym i pierwotniejszym wobec książki papierowej, elektronicznej czy kolejnych jej inkarnacji”. Ta mocna teza Dukaja bierze swój początek z historii kultury, ściślej mówiąc języka, pisma i druku. Okazuje się bowiem wówczas, że „Gdyby historię całej kultury słowa Homo sapiens zamknąć w książce, epoka tego, co rozumiemy dziś jako „literaturę”, odpowiadałaby zaledwie pojedynczej w niej kartce”.

Założenie, że literatura jest czymś pełniejszym niż książka, pozwala oczywiście na wyprowadzenie kilku optymistycznych wniosków. Po pierwsze, cała rzesza ludzi kultury przerażonych współczesnym stanem czytelnictwa i perspektywą wymarcia książki papierowej nie ma racji bytu – literatura i tak istnieć będzie, tylko w innej formie. Po drugie, teza ta zakłada, że właściwie społeczeństwo nasze wciąż silnie się rozwija, bo choć nie czytamy książek, to przecież przyswajamy treść – za pomocą obrazka i filmiku, a ostatnio nawet dzięki nowym opcjom „lubię to” na Facebooku. Czy o taki rozwój nam chodzi, to już pytanie otwarte.

Pewnym rozwiązaniem zaspokajającym i tych, którzy chcą uratować książkę papierową, i tych, którzy chcą uratować literaturę w sensie tekstowym i estetycznym, jest liberatura, czyli „totalne podejście do dzieła”. Liberatura pozwala traktować dzieło jako integralną całość, gdzie ważny jest nie tylko sam tekst, ale również układ graficzny, typografia książki, rysunki oraz format. Tak skomponowana książka stanowi dopiero wyraz myśli autora. To podstawowe założenie twórców liberatury i redaktorów serii wydawniczej „Liberatura” Korporacji Ha!art – Katarzyny Bazarnik i Zenona Fajfera – zakłada, że pisarz powinien troszczyć się zarówno o warstwę merytoryczną swojego utworu, jak i o część wizualną. Manifest Fajfera o liberaturze ukazał się po raz pierwszy na łamach „Dekady Literackiej” w 1999 r., gdzie autor pisał: „Sądzę, że u podłoża obecnego kryzysu w literaturze leży zawężenie jej problematyki tylko do sfery tekstu (z pominięciem zagadnienia fizycznego kształtu i budowy książki), a w obrębie samego już tekstu tylko do jego warstwy brzmieniowej i znaczeniowej”.

Fajfer przyznaje, że współczesna literatura przeżywa pewien kryzys, ale nie wynika on, wbrew postmodernistom, z przekonania, że nic nowego nie da się już wymyślić, ani z twierdzenia, że wszystko zostało wyczerpane, lecz bardziej z myślenia w kategoriach konstrukcji fabularnych z pominięciem nowatorskich rozwiązań artystycznych.

Istniejący stan rzeczy jest według Fajfera kwestią przyzwyczajenia twórców. I tylko redefinicja pojęć takich jak forma, tworzywo, dzieło literackie czy sama książka pozwoli na „odzyskanie literatury” w czasach współczesnych. Pod pojęciem tworzywa nie należy więc rozumieć w literaturze tylko języka, ponieważ równie ważny jest wykorzystany kolor czcionki, rodzaj papieru czy zastosowane odstępy między wierszami i stronicami. Forma to nie tylko pewien sposób ułożenia słów, to także fizyczny kształt słowa i zdania, dlatego tak ważny jest układ typograficzny tekstu, za który powinien odpowiadać autor, a nie wydawca czy drukarz. Budowa książki to jeden ze składników integralnej całości dzieła literackiego. Fajfer dość jednoznacznie formułuje swoje sądy i twierdzi, że dopóki pisarze nie zajmą się poważnie stroną materialną książki, która nie będzie tylko przyjętą konwencją, ale wytworem wyobraźni artysty, to papierowa książka ciągle pozostanie w zagrożeniu, wypychana przez książkę elektroniczną.

Najlepszym przykładem na książkę istotną także z punktu widzenia materialnego jest dzieło Fajfera i Bazarnik Oka-leczenie. To trójksiąg, który został połączony poszczególnymi częściami okładki. Odczytanie utworu zależy od odbiorcy, niemniej im bardziej wnikliwe czytanie i oglądanie, tym większych sensów można się dopatrzeć. Części składające się na Oka-leczenie to trzy „warstwy”, z tym że element środkowy został odwrócony. On też pełni szczególną rolę w odniesieniu do pozostałych, ponieważ stanowi o pewnej spójności całego tomu – łączy dwie historie, które przewijają się w części pierwszej i drugiej. Narysowanie linie EKG mogą zaświadczać o wspólnej opowieści dotyczącej tej samej osoby, mogą być też powiązaniem między treściami dwóch historii dotyczących życia i śmierci. Dzieło Fajfera i Bazarnik stanowi dowód na istnienie książki niezwykłej, która przeznaczona jest do „czytania wzrokiem, słuchem i dotykiem”. Zanim wnikniemy w treść, oceniamy budowę fizyczną książki, a do tego potrzebne jest tytułowe „oka-leczenie”, które powinno wskazywać, jak ważna jest część graficzna. Być może więc rację ma Fajfer, który w liberaturze widzi obronę książki tradycyjnej, a który mówi: „Liberatura bardzo łatwo pokazuje, ile tracimy, przechodząc bezmyślnie i bezkrytycznie na nośnik elektroniczny”. Oka-leczenie w takiej formie z pewnością istnieć by nie mogło.

W obliczu zmian, które przekształcają współczesny rynek wydawniczy, pojawiają się i nowe rozwiązania artystyczne. Czy wystarczą, aby uratować książki papierowe? Czy my, jako czytelnicy, będziemy chcieli zmienić obraz rynku i przejść całkowicie na e-booki? A może nie należy bronić się przed tymi zmianami i założyć, że wciąż kierujemy się postępem i rozwojem? Pewnie i jedni, i drudzy mają trochę racji. Choć nadmierny optymizm raczej może zaszkodzić, niekoniecznie pomóc.