Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  21 lutego 2016

I po co ci to było, Hank?

Bartosz Brzyski  21 lutego 2016
przeczytanie zajmie 3 min
I po co ci to było, Hank? fanpop.com

Obejrzenie wszystkich siedmiu sezonów Californication zajmuje 39 godzin i 12 minut. Tyle czasu żyjemy poczynaniami współczesnego Charlesa Bukowskiego, pisarza-bawidamka, którego widzowie pokochali za urok, cięty humor i lekki stosunek do życia. Ale oprócz morza alkoholu, nagości i nieprzyzwoitej zabawy, mamy też rozbitą rodzinę, trudne relacje, pretensje i łzy. Hank Moody żyje ostro, ale wszyscy ponoszą tego konsekwencję.

Są różne metody wskazywania ludziom tego, co dobre, a co złe. Można powiedzieć dziecku „nie dotykaj, bo się oparzysz” lub pokazać mu skutki oparzenia. Na drugą metodę raczej żaden rodzic się nie skusi, ale czy nie odniosłaby ona lepszych rezultatów? W tym tkwi siła Californication i przedstawionego w nim świata – poznajemy ogień i badamy oparzenia.

Stworzony przez Toma Capinosa serial to absolutny rollercoaster. Hank to przecież przede wszystkim pisarz. Artysta, który tak jak Bukowski, traktuje alkohol i kobiety jako źródło twórczej inspiracji. Jego życie pełne jest niesamowitych historii i prozaicznych tragedii. Jest na szczycie i w absolutnym dole. Korzysta z życia, ale im jest starszy, tym mniej czerpie z niego radości.

Hank Moody ciągle balansuje pomiędzy hedonizmem, a prozaiczną potrzebą stabilności i romantyczną wizją miłości swojego życia. Ale jak w piosence Rolling Stonesów, która towarzyszy nam od samego pilota serialu, „you cant’t always get what you want”, a nawet mniej. Zwyczajnie, dwa modele życia jednocześnie to za dużo jak na jeden żywot.

Hank jest grzesznikiem. Ale nie jest nim od początku. Po udanym literackim debiucie przeprowadza się z konkubiną i córką z Nowego Yorku do Los Angeles. Ma zająć się w Hollywood przerobieniem scenariusza filmowego. Jego partnerka Karen zostawia więc pracę jako architekt, dziecko zmienia otoczenie, a Hank wpada w świat show-biznesu, upajając się popularnością i swoim sukcesem, powoli tracąc poczucie rzeczywistości. Ta kombinacja sprawia, że jego związek zaczyna popadać w coraz większy kryzys, na skutek czego po którejś kolejnej kłótni Karen wyznaje mu, że go zdradziła. Związek się rozpada, Hank zabiera rzeczy, wyprowadza się i zaczyna żyć pełną piersią. W końcu ma idealny układ – nieustannie orbituje wokół córki i ukochanej kobiety, a jednocześnie może wieść życie niezależnego kawalera. Minimum obowiązku i maksimum wolności. 

Im dłużej jednak Hank korzysta z samotności, uroków używek i damskiego towarzystwa, tym bardziej tęskni za kochającą kobietą i dorastającą córką. Jednak gdy udaje im się na powrót zbliżyć, Hank zaczyna czuć się jak w klatce, nie potrafi na dłużej zakotwiczyć albo też jego grzechy z przeszłości, kłamstwa i matactwa niszczą na nowo rodzące się zaufanie między partnerami.

Oczywiście widz nie chce, żeby Hank stał się dobrym mężem i ojcem, w końcu powinien wieść hulaszcze życie pisarza. Dostać po twarzy, poznać dziewczynę przy barze, spłukać się na ruletce. Tyle tylko, że Hank nie jest już sam, ale  ma dziecko, które jest ciągłym, powracającym wyrzutem sumienia.

Hank też jest dzieckiem. Dzieckiem ojca, który notorycznie zdradzał matkę, a którego Hank nazywa „najbardziej napalonym gościem, jakiego zna”. I trudno nie mieć wrażenia, że są momenty, przed rozpadem jego związku z Karen, kiedy Hank walczy z sobą, aby nie powtórzyć drogi ojca. Taką samą walkę podejmuje Becca, która dorastając, coraz silniej realizuje model absolutnie przeciwny do ojcowskiego. Przede wszystkim, jak mówi Hank, wydaje się najdoroślejsza z rodziny, ciągle stara się ją scalić, a rodzicom tłumaczyć i wybaczać. Kiedy w ostatnich odcinkach serialu Becca przyjeżdża poinformować ojca, że bierze ślub, i tak najpierw musi przebrnąć przez wieści, że ma przyrodniego brata, o którego istnieniu jeszcze niedawno nikt nie miał pojęcia. Przeszłość ojca nieustannie rzuca cień, tłamsi. Sprzeciw Hanka wobec idei wczesnego zamążpójścia i jego rady odnośnie do relacji damsko-męskich, Becca podsumowuje prostym pytaniem – czy to, że nigdy nie wziąłeś ślubu, nie skazało Cię na ciągłą samotność? Hanka w końcu zaczynają dręczyć koszmary, w których córka oskarża go, że nie potrafi zbudować szczęśliwego związku, bo jest córką swojego ojca.       

Californication jest zarówno emanacją jakiegoś sennego marzenia o „róbta co chceta”, jak i zderzeniem z ziemią, kiedy za każdym razem okazuje się, że nie żyjemy w próżni, ale jesteśmy istotami relacyjnymi.

Nasze działania przynoszą wymierne, a nie abstrakcyjne skutki. Każde z nich niczym fala uderzeniowa rozchodzi się na kolejne osoby i kolejne pokolenia. Więc za każdym razem kiedy jesteśmy pochłonięci imponującymi wyczynami Hanka, przychodzi moment, w którym zastanawiamy się – i po co Ci to było?

Kluczem do Californication jest więc jego odczytanie. To tak jak z prozą Bukowskiego – można uważać, że jest to coś godnego pogardy, gloryfikującego hedonistyczną wizję świata sprowadzającego się do hasła „seks i pijaństwo”, ale przez prozę Bukowskiego przesiąknięty jest także wielki ból i tęsknota. Czy więc możemy traktować na poważnie rady człowieka, który jest nieszczęśliwy? Raczej nie. I dlatego też Californication będzie dla jednych czymś obrzydliwym, dla drugich czymś fascynującym, a dla trzecich rozrywką, która bawiąc przypomina, że są granice, których przekroczenie możne kosztować zbyt wiele.