Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Alicja Brzyska  10 stycznia 2016

Trzy główne problemy polskiego teatru publicznego

Alicja Brzyska  10 stycznia 2016
przeczytanie zajmie 7 min
Trzy główne problemy polskiego teatru publicznego Maciej Lulko/Flickr.com

Jubileusz 250-lecia teatru publicznego w Polsce, który niedawno zakończyliśmy, to świetna okazja do głębszej refleksji nad kondycją teatru publicznego w naszym kraju. A jest ona bardzo słaba, bo chociaż ostatnio głośno dyskutuje się o zagrożeniu wolności tworzenia, to w rzeczywistości nie jest to największy problem polskiego teatru, a co najwyżej wierzchołek góry lodowej.

W tej chwili funkcjonują w Polsce 3 teatry narodowe, 4 teatry marszałkowskie, 29 teatrów wojewódzkich, 72 teatry miejskie i 19 teatrów współprowadzonych. Co to oznacza? Że choć teatrów publicznych jest w naszym kraju dużo, to niekoniecznie są one jednakowo zadbane. Po pierwsze dlatego, że podlegają różnym podmiotom, a po drugie dlatego, że otrzymują różne dotacje nawet od tego samego decydenta; władze lokalne mogą przecież mieć swoich „ulubieńców”, a że nie stać ich na wysokie finansowanie wszystkich jednakowo, to niektórzy dostają mniej. O zbyt dużej liczbie teatrów otwarcie mówił na łamach Jagiellońskiego24 Krzysztof Jasiński, prezes Teatru Stu w Krakowie: „Państwa nie stać na utrzymanie tylu teatrów na właściwym poziomie. Finansowanie ich jest skandaliczne, ponieważ system jest zły. To, co się dzieje, jest marnotrawieniem i tak niedużych pieniędzy, i w efekcie otrzymujemy półprodukt”. O tym, że teatrów publicznych-miejskich jest za dużo, mówił również w rozmowie z Romanem Pawłowskim do „Gazety Wyborczej” Grzegorz Jarzyna, dyrektor artystyczne Teatru Rozmaitości Warszawa:

„W Warszawie jest za dużo teatrów miejskich, a za mało scen zadbanych, dobrze wyposażonych. Wszystkie teatry są niedofinansowane, w związku z czym narastają konflikty. Każdy chce wyrwać jak najwięcej dla siebie, co skłóca środowisko i obniża morale”.

Pojawiają się i głosy przeciwne; Paweł Płoski w artykule Rzeczpospolita teatru dla czasopisma „Teatr” pisze, że „zamiast odmawiać sobie wzajemnie prawa do istnienia, warto się wspierać i walczyć o uwagę i sympatię publiczności. Bo wbrew pozorom – przy całej różnorodności estetyk, celów, nawet poziomów – teatry pracują na siebie nawzajem”.

Wyzwanie pierwsze: decentralizacja

Sieć teatrów publicznych jest w Polsce zdecentralizowana i nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja ta miała ulec zmianie. A przypomnieć trzeba, że owocem takiego stanu rzeczy jest podporządkowanie większości teatrów władzom lokalnym, ponieważ Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego bezpośrednio sprawuje nadzór tylko nad teatrami narodowymi (czyli nad Starym Teatrem im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie oraz nad Teatrem Narodowym i Teatrem Wielkim Operą Narodową w Warszawie). Do kilku scen ministerstwo dokłada jeszcze pieniądze, ale są to już teatry współprowadzone zazwyczaj z samorządem lokalnym. Postulaty, aby taki stan rzeczy zmienić i aby ministerstwo objęło opieką większą liczbę teatrów, nie zyskują rozgłosu, a powodem może być fakt, że to teatry istniejące pod bezpośrednią lub pośrednią opieką ministerstwa są uważane za najlepsze: Teatr Polski we Wrocławiu, Teatr Wybrzeże w Gdańsku, Teatr Narodowy w Warszawie i Narodowy Stary Teatr w Krakowie.

Pozostaje pytanie, jak samorządy radzą sobie ze sprawowaniem władzy i finansowaniem teatrów, które im podlegają. Niestety ubiegły rok pokazuje, że jeszcze dużo pracy przed nami.

Lokalna „polityka kulturalna” (jeżeli w ogóle taka istnieje) udowadnia, że władze skupiają się na prowadzeniu teatrów rozrywkowych – takich, które mają przyciągać okolicznych mieszkańców i w ten sposób dopłacać do utrzymania teatrów (choć tak de facto środki ze sprzedaży biletów są jedynie kroplą w morzu potrzeb finansowych instytucji).

Podczas gdy teatry publiczne są do czegoś zobowiązane, o czym nieraz przypominają krytycy, jak Maciej Nowak: „niech teatr publiczny finansowany ze środków publicznych funkcjonuje ze świadomością, że ma misję publiczną, że te publiczne pieniądze trzeba wydawać w sposób odpowiedzialny”. Oczywiste jest, że można spierać się o misję teatru publicznego, jednakże to w geście władzy, która finansuje teatry publiczne na swoim terenie, jest ustalenie takiego porządku, który wskazywałby na wyznaczenie jakichkolwiek celi teatru publicznego w Polsce. Chaos po stronie polityki władz sprawia, że ani nie wiadomo, jakie cele chcą osiągnąć władze samorządowe w zakresie zarządzania instytucjami kultury, ani jakie cele stawia się przed instytucjami teatralnymi. Polityka kulturalna powinna opierać się na jasnych zasadach i ideałach. Brak precyzji powoduje, że w gąszczu wszystkich teatrów nie wiadomo już jak nimi sterować, a nie wiadomo też dlatego, że nie odpowiedziano sobie na podstawowe pytania: po co i dla kogo one istnieją. Każdy rodzaj teatru jest potrzebny, ale skoro nie ma wystarczających środków na utrzymanie wszystkich, należałoby ustalić priorytety.

W ten sposób moglibyśmy stworzyć bazę zarówno dobrych teatrów dramatycznych, zajmujących się polskimi klasykami, jak i teatrów eksperymentalnych na wysokim poziomie; a z jeszcze innej strony teatrów krytycznych, skupionych wokół aktualnych problemów społeczno-politycznych. Dopiero przy takim zaszeregowaniu i przy ustalaniu środków finansowania, trzeba by uwzględnić wszystkie cechy przynależne danemu teatrowi, bowiem rzeczą całkowicie oczywistą jest to, że teatr eksperymentalny, „artystyczny” nigdy nie będzie miał tak zapełnionej widowni jak teatr rozrywkowy czy nawet klasyczny, ale nie oznacza to, że nie ma zapotrzebowania na teatr tego rodzaju. Problemem jest więc w tej chwili fakt, że władze nie mają pomysłu na stworzenie odpowiedzialnej polityki kulturalnej, a niestety, jak stwierdził Maciej Englert, reżyser teatralny i tak: „ten, kto decyduje o rozdziale dotacji, siłą rzeczy prowadzi politykę kulturalną”. I to dopiero jest przerażające.

Wyzwanie drugie: nominacja dyrektorskie

Innym problemem dotyczącym relacji władz państwowych ze środowiskiem teatralnym są nominacje dyrektorskie. W przypadku teatrów narodowych, za które odpowiada ministerstwo, komplikacja polega na tym, że wybór danego dyrektora-reżysera oznacza wybór pewnej linii programowej i repertuarowej, a ponieważ są to teatry narodowe, to mają szczególne cele, wiążące się ze statutem takiego rodzaju teatru. Proces wyłaniania dyrektorów pozostałych teatrów opiera się na zasadach konkursu, jednakże ostatni sezon pokazał, że i z tym mamy problem.

W Toruniu Marszałek Województwa Kujawsko-Pomorskiego, Piotr Całbecki, unieważnił wynik konkursu na dyrektora Teatru im. Wilama Horzycy. Spotkało się to oczywiście z wielkim protestem środowiska teatralnego, tym bardziej, że, jak pisał krytyk Michał Centkowski: „Zamiast zwyczajowo delegowanych, nie zawsze kompetentnych urzędników, w komisji zasiedli naukowcy, artyści, dyrektorzy najważniejszych instytucji kultury oraz jeden przedstawiciel marszałka”. Skoro więc pomija się procedurę konkursową z udziałem najlepszych fachowców, to po co w ogóle organizować takie konkursy? To kolejny przykład braku jasnej polityki władzy, ponieważ chcąc zachować pozory demokracji i organizując konkurs, i tak władza samorządowa może wyniki zmienić, tłumacząc, jak Wicemarszałek Województwa Kujawsko-Pomorskiego, Zbigniew Ostrowski: „Mogę podać regulaminy konkursów, w których obowiązują zapisy o tym, że zarząd województwa może unieważnić konkurs bez podania przyczyn”. Ewidentnie potrzebny jest nowy zapis dotyczący nominacji dyrektorskich, który zapewniałby o przyjęciu jakiegoś porządku, w innym wypadku bowiem zawsze może dojść do ponownych zawieruszeń.

Wyzwanie trzecie: dotacje

I wreszcie trzecia bolączka mocno dotykająca polskie sceny teatralne – dotacje. Obcinanie funduszy lub całkowite pozbawienie teatru środków (tak jak w przypadku drastycznych cięć finansowych, a tym samym próby likwidacji Teatru Dzieci Zagłębia przez starostwo powiatowe Będzina) to zmora ostatnich sezonów. Pozostawienie teatru samemu sobie to tym samym decyzja o jego likwidacji, ponieważ żaden teatr, niefinansowany ze środków prywatnych, nie jest w stanie sam się utrzymać. Bolączką polskich scen teatralnych są też małe sceny lub niekończące się remonty budynków, również wynikające z braku odpowiednich dotacji. Kiedy w TR (dawniej Teatrze Rozmaitości) pojawili się Grzegorz Jarzyna i Krzysztof Warlikowski, szybko okazało się, że scena jest kompletnie nieprzystosowana do liczby widzów, jaka mogłaby się pojawić w teatrze. Popularność reżyserów ciągle rosła, a scena, mimo obietnic władz, wciąż pozostawała piwniczną salą. Wprawdzie artyści otrzymywali dotacje na tworzenie spektakli w halach poza Warszawą, jednak wiadome jest, że bez stałego adresu trudniej przyciągnąć widzów i tworzyć teatr z prawdziwego zdarzenia. Władze wciąż obiecują dotacje dla tych teatrów, ponieważ siedziba Nowego miała być gotowa w październiku 2015 roku (jeszcze nie jest), a TR w 2020 roku. Nie dziwi więc, wobec tak długiego czasu oczekiwania, zbiórka ogłoszona przez Grzegorza Jarzynę pt. „Kup sobie teatr”.

Brak funduszy powoduje, że albo brakuje pieniędzy na wystawianie nowych spektakli, a bez nich trudno mówić o istocie danego teatru (choć z pewnością jest taniej, jakby chcieli urzędnicy), albo nie ma funduszy na budowanie i remontowanie scen, bez których znów nie można wystawić sztuk. Przykładem jest chociażby sytuacja dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu, Krzysztofa Mieszkowskiego, któremu po remoncie dużej sceny brakowało pieniędzy na prowadzenie teatru, w związku z tym miał do wyboru albo nie grać na trzech scenach przez kilka miesięcy, albo zwolnić personel. Znów nie dziwi więc afera, jaka wybuchała swego czasu we Wrocławiu, a której próbowała zapobiec minister Omilanowska, mediująca między Mieszkowskim a Urzędem Marszałkowskim. Mieszkowski w wywiadzie dla Krytyki Politycznej tak mówił o obcięciu dotacji dla Teatru Polskiego: „Trzeba w otwarty sposób mówić o wszystkich problemach. Namawiam kolegów i koleżanki, którzy prowadzą instytucje kultury, żeby mieli odwagę przyznać, że robią coraz mniej przedstawień, z coraz biedniejszą scenografią, że coraz mniej płacą artystom i pracownikom, że coraz częściej zawieszają granie. Że zmuszeni są marginalizować społeczną obecność teatru. Uważam, że wspólnymi siłami powinniśmy wypracować skuteczny ustrój finansowania instytucji kultury”.

Czy nam się to podoba czy nie, to władza państwowa sprawuje nadzór (w sposób bardziej lub mniej bezpośredni) nad instytucjami kulturalnymi, w tym teatralnymi. Za sprawą finansowania odpowiada za kształt i jakoś tych instytucji. I choć żyjemy w państwie, w którym obowiązuje wolność słowa, to na nic się ona zda w teatrze, jeśli ten teatr nie będzie miał funduszy na wystawienie sztuki. Nie bez powodu Grzegorz Jarzyna w pewnym momencie powiedział:

„Za Kaczyńskiego było lepiej niż za obecnej ekipy – tego zdania z wywiadu dla GW urzędnicy PO nie mogą wybaczyć Jarzynie do dziś. – Poprzednia ekipa próbowała cenzurować, ale nie miało to wpływu na budżet teatru”.

Cenzura ekonomiczna jest dziś groźniejsza niż jakakolwiek inna. Wobec finansowanych przez siebie instytucji władze powinny jednak mieć jakiś plan, cel działania, a przede wszystkim ustalony sposób rządzenia. I choć budzą protesty działania obecnego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego – prof. Piotra Glińskiego – to pozostaje pytanie, jaką rolę odgrywa dzisiaj władza finansująca teatr publiczny. I dobrze by było, gdyby ta władza znała odpowiedź na to pytanie.