Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Musiałek  5 października 2015

Nie zostawiajmy ekologii lewicy!

Paweł Musiałek  5 października 2015
przeczytanie zajmie 5 min
Nie zostawiajmy ekologii lewicy! Tommy Clark/Flickr.com

Ekologia to termin jednoznacznie kojarzący się z lewicą. Czas by to zmienić. Odrzucając ideologiczny sztafaż ciągnący się za ekologami, prawica powinna docenić rolę problemów środowiskowych. Nie zawsze wymagają dużych kosztów, a czasami pozwalają nawet sporo zaoszczędzić.

Współczesna europejska lewica kluczowy moment redefinicji własnej tożsamości przeżywała w latach 60. XX wieku. To właśnie w okresie kontrkulturowej rewolucji roku ’68 stworzono pojęcie Nowej Lewicy, które obejmowało nowatorskie idee, niepodjęte wcześniej przez „starą” lewicę. Nowy nurt przesuwał akcent z prymatu interesów klasy robotniczej na obronę rozmaitych grup „wykluczonych” czy „dyskryminowanych”, tj. homoseksualistów, czarnoskórych, zbuntowanej młodzieży, kobiet itd. Powstające od lat 70. partie „zielonych” koncentrowały się na kwestiach związanych z ekologią, ale bardzo często „pakietowo” popierały również antykapitalistyczne i emancypacyjne hasła partii lewicowych, czego dowodem jest krytyka globalizacji i akceptacja legalizacji aborcji przez najbardziej znaną organizację ekologiczną Greenpeace. Partie lewicowe popierały stopniowo z kolei żądania ekologów, aczkolwiek nie wyznaczały im kluczowego znaczenia w programie politycznym. To wzajemne przemieszanie powodowało, że ruch ekologów jednoznacznie zaczął być identyfikowany jako nowe „lewactwo”. W miarę upływu czasu i „marszu przez instytucje” polityków, dla których pokoleniowym przeżyciem była rewolucja ’68, zagadnienie ochrony środowiska stawało się coraz bardziej popularne i stopniowo zaczęło wchodzić do politycznego „mainstreamu”, tak samo zresztą jak same partie zielonych. Symptomatycznym wydarzeniem była decyzja Angeli Merkel sprzed kilku lat o zamknięciu elektrowni atomowych w Niemczech, co było sztandarowym hasłem niemieckiej partii Zielonych od początku istnienia tej formacji.

Zagospodarowanie tematu ochrony środowiska przez szeroko rozumianą lewicę spowodowało, że postulaty wystosowywane przez te środowiska były z miejsca krytykowane przez prawicę. Z dużą nieufnością patrzyła ona na ideę zrównoważonego rozwoju, widząc w niej nie tylko zagrożenie dla wzrostu gospodarczego, ale także ideologiczny sztafaż, jaki nieśli za sobą ekolodzy. Krytyce ze strony prawicy niespecjalnie należy się dziwić. Wśród różnych postulatów były i takie, które w oczywisty sposób nie wytrzymywały merytorycznej krytyki, niezależnie od wrażliwości na problemy środowiskowe. Zakaz wydobywania gazu łupkowego, czy w ogóle żądanie całkowitego odejścia w energetyce od paliw kopalnych i przejście na odnawialne źródła energii to tylko ostatnie najgłośniejsze przykłady. Nie licząc rzecz jasna kontrowersji związanych z problemem globalnego ocieplenia, traktowanym przez ekologów jak doktryna religijna.

Radykalizm haseł i działań połączony często z brakiem zdrowego rozsądku powodował, że ekolodzy, często nie bez racji, byli postrzegani jako niemal „ekoterroryści” –  zideologizowani dziwacy, odrzucający antropocentryczny obraz rzeczywistości i do tego posługującymi się rewolucyjną metodą „akcji bezpośredniej”.

W efekcie działalności niektórych radykalnych nurtów ruchu zielonych i nachalnej propagandzie medialnej promującej pro-ekologiczny sposób życia, dla wielu (nie tylko wśród prawicy) hasło „ekologia” zaczęło działać jak płachta na byka. Reakcja na ekologię stała się czystym afektem, poprzedzającym rozumową kalkulację zysków i strat i mającym przez to kluczowy wpływ na proces decyzyjny. Duża część prawicy przestała więc w ogóle słuchać argumentów i wrzuciła ekologów do „czerwonego” wora, wraz z feministkami, pacyfistami i innymi nurtami nowej lewicy, które zasługują jedynie na okładanie grubym kijem. Nie wykazywali także żadnego zainteresowania problemami środowiskowymi, które potraktowali tak samo jak ekologów – z pogardą i lekceważeniem.

A szkoda. O ile bowiem założenia ideowe stojące za postulatami dostępności aborcji, eutanazji, czy innych nowinek obyczajowych są w fundamentalnej sprzeczności z założeniami nurtów prawicowych, o tyle nie dotyczy to wszystkich zagadnień, którymi zajmuje się lewica. Nie wszystkie postulaty są bowiem efektem różnicy systemu wartości, którego nie da się uzgodnić, ponieważ wynika z zupełnie różnych wyobrażeń co do tego, jak świat społeczny wygląda i powinien wyglądać. Cały kłopot z podziałem na lewicę i prawicę wynika stąd, że oba te terminy nie są absolutami, lecz pojęciami względnymi, ponieważ, w przeciwieństwie do politycznych doktryn – liberalizmu, konserwatyzmu, socjalizmu (aczkolwiek i one są wewnętrznie zróżnicowanie), nie reprezentują treści niezmiennych i ustalonych raz na zawsze. To, co jest uznawane za prawicowe w jednym państwie, w innym może być uznane za lewicowe.

Zainteresowanie nowym problemem jest bardzo często efektem pierwszego „obsikania” danego tematu przez dany obóz polityczny, a nie wynikiem niemożliwych do pogodzenia filozoficznych założeń. Nie ma bowiem nic deterministycznego w tym, że to właśnie środowiska lewicowe „zagospodarowały” temat ruchów miejskich (jakkolwiek są także ruchy sympatyzujące z prawicą).

Podobne przykłady można rzecz jasna podać po drugiej stronie barykady. Symptomatyczna jest anegdota Ryszarda Bugaja, który wspomniał kiedyś jak solidarnościowi posłowie w sejmie kontraktowym gremialnie zapisywali się w kolejce do komisji praw człowieka, nie było natomiast chętnych do komisji gospodarki. Nie wynikało to z pobudek ideowych opozycjonistów, ale po prostu braku zwykłego zainteresowania tym tematem (czego skutki odczuwamy do dziś). Takim „oznaczonym” przez lewicę zagadnieniem jest także ekologia, która bez żadnych napięć ideowych mogła być równie dobrze wymyślona przez prawicę. Nie stoi bowiem w żadnej sprzeczności z jej doktrynalnymi założeniami czy ważnymi dla prawicy wartościami i poglądami.

Lewicowy monopol na ekologię utwardzany jest z obu stron. Z jednej strony to środowiska lewicowe często podkreślają (i słusznie), że jako pierwsze wykształciły wrażliwość na ochronę środowiska i jakie pierwsze podniosły postulaty zrównoważonego rozwoju. Z drugiej strony, prawica wzmacniała ten przekaz, uciekając od ekologii, jako „spalonego” tematu, zgodnie ze znanym mechanizmem kształtowania politycznej tożsamości grupy każącym krytykować i deprecjonować „ich” pomysły, nawet jeśli są sensowne. Otóż wiele osób na prawicy z miejsca odrzuciło ekologiczne hasła, nie dlatego, że od zawsze przeciwni byli tym postulatom, ale po prostu dlatego, że wysunął je polityczny oponent. Odrzucenie ekologii jest więc efektem procesu wzmacniania tożsamości grupowej prawicy, która naturalnie buduje się w opozycji do lewicy i haseł, przez nią wysuwanych. Mechanizm ten rzecz jasna działa również po drugiej stronie, czego dowodem jest ból, z jakim niektóre środowiska lewicowe internalizują ideę patriotyzmu.

Prawica powinna więc z większym zainteresowaniem patrzyć na ekologiczny „przemysł”, który pęcznieje w oczach, m.in. za sprawą polityki środowiskowej Unii Europejskiej, która promuje ideę zrównoważonego rozwoju. Zainteresowanie nie powinno oznaczać od razu pełnej akceptacji wszystkich postulatów ekologów. Należy starannie przeanalizować za i przeciw. Spowoduje to zapewne odrzucenie wielu proponowanych przez nich pomysłów, ale znajdą się i takie, nad którymi warto się pochylić.

Niech zachętą nowego spojrzenia będzie fakt, że polska prawica nie tylko przyjęła kilka idei mających lewicowe pochodzenie, ale powiesiła je wysoko na sztandarach.

Odwoływanie się do koncepcji państwa postkolonialnego to nic innego jak przyjęcie tez neomarksistów, którzy podkreślali, że w stosunkach międzynarodowych prawdziwy konflikt odbywa się nie między państwami, jak wyjaśniali realiści, ale między ich większymi formacjami politycznymi – państwami rozwiniętymi i rozwijającymi się, które nie mogą zmienić swojego położenia ze względu na miejsce w międzynarodowym podziale pracy, jaki na stałe wyznaczyły im państwa rozwinięte. Inną lewicową ideą przyjętą przez polską prawicę jest hegemonia kulturowa autorstwa marksisty Gramsciego, który zakładał, że dominująca klasa społeczna wyznacza świadomość i ideologię uznawane przez społeczeństwo, władza polityczna jest pochodną hegemonii kulturowej, a walka polityczna polegać musi na walce z hegemoniczną kulturą rządzących i dążeniu do ustanowienia odmiennej hegemonii. Nie trudno się domyślić, o jakiej hegemonii kulturowej mówi polska prawica i w jaki sposób chcą ją przezwyciężyć.

Ciekawym tematem, którym warto się zająć jest efektywność energetyczna. Choć termin ten nie brzmi tak atrakcyjnie, jak bezpieczeństwo energetyczne, i nie wywołuje ciarek na plecach, jak hasło „Gazprom zakręca kurek”, to jego znaczenie dla polskiej energetyki jest równie istotne. Wprowadzanie rozwiązań zmniejszających energochłonność ma w Polsce ogromny i niedostatecznie wykorzystywany potencjał. Zmniejszenie energochłonności polskiej gospodarki dzięki m.in. termomodernizacji budynków, czy zwiększeniu świadomości w kwestii długofalowych kosztów wykorzystywania poszczególnych technologii to realna oszczędność miliardów złotych. W tym kontekście bardzo wstydliwą kwestią jest niska świadomość znaczenia np. segregacji śmieci, co pozwala bez żadnych kosztów nie tylko zaoszczędzić dużą ilość energii potrzebnej do przetworzenia surowca na nowe materiały, ale także ograniczenia zarówno zanieczyszczeń do atmosfery, jak i odpadów oraz ścieków. Dlatego tym tematem powinni się interesować nie tylko „młodzi, wykształceni z wielkich miast”.

Bieżącym problemem ekologicznym, od którego warto rozpocząć nadrabianie zaległości, jest walka o czystość powietrza, przede wszystkim w miastach na południu kraju, choć nie tylko tam. Można odnieść wrażenie, że część środowiska prawicy niejako z „automatu” skrytykowało projekt tzw. ustawy antysmogowej, dającą samorządom możliwość uregulowania norm dotyczących jakości paliw używanych do ogrzewania domów. Warto podkreślić, że w tym przypadku walka nie idzie o „komfort”, ale o elementarne kwestie zdrowia i życia. Wszelkie dane na temat konsekwencji złej jakości powietrza w Polsce są alarmujące, a koszty zdrowotne, także te ekonomiczne, przewyższają koszty ewentualnego wsparcia dla osób, które korzystają obecnie z najtańszego, ale i najbardziej szkodliwego dla zdrowia węgla (czy raczej jego odpadu), a bardzo często spalają także trujące śmieci. Warto podkreślić, że poparcie dla ustawy antysmogowej, która obecnie czeka na podpis prezydenta Dudy, nie musi oznaczać poparcia dla rugowania węgla z polskiej gospodarki, czego również chcą ekolodzy, a co oznaczałoby osłabienie i tak niskiej konkurencyjności polskiej gospodarki. Węgiel może mieć zastosowanie w elektrociepłowniach, w których nie wytworzy się z niego smog, i jednocześnie (ze względu na skalę) dostarczy tanie ciepło dla mieszkańców miast.

Ten przykład powinien uzmysławiać, jak nie tracąc z horyzontu kwestii gospodarczych, można rozsądnie rozwiązywać doniosłe problemy środowiskowe. Dlatego prawica powinna  oswoić się z ekologią, a następnie umieścić ją w zdroworozsądkowych ramach. Nie stać nas, aby tak ważny temat zostawić lewicowym ideologom. Szkoda także, by zyskiwali oni poparcie części centrowego elektoratu, dla którego ochrona przyrody jest ważnym tematem, tylko dlatego, że prawica zbagatelizowała ich wrażliwość.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania na łamach serwisu Visegrad Plus. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!