Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kaszczyszyn  13 września 2015

Bohaterów często nie ma na pomnikach. „Sztandar chwały” Eastwooda

Piotr Kaszczyszyn  13 września 2015
przeczytanie zajmie 3 min
Bohaterów często nie ma na pomnikach. "Sztandar chwały" Eastwooda Sztandar chwały/Filmweb.pl

Czy można mówić o historii swojego kraju w sposób dojrzały i wychodzący poza czarno-białe schematy? Czy możliwe jest kino, które rozbija narodowe mity, aby zbudować je na nowo i oddać obu stronom publicznej debaty? Przykład Clinta Eastwooda pokazuje, że połączenie krytycyzmu i apologii jest czymś osiągalnym.

Sztandarze chwały amerykański reżyser takiej filmowej „terapii” poddaje jedno z najbardziej mitotwórczych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych- II wojnę światową. Jednak zamiast trafić na plaże Normandii bądź inne miejsce w Europie, akcja rozgrywa się na zajętej przez siły japońskie wyspie Iwo Jima. W filmie jesteśmy świadkami walk amerykańskich oddziałów Marines, próbujących odbić wyspę z rąk wroga. Sama bitwa stała się znana i głośna, dzięki słynnemu zdjęciu sześciu żołnierzy amerykańskich, stawiających maszt z flagą na szczycie zdobytej góry Suribachi. Działania wojenne to jedna płaszczyzna akcji, druga część filmu, płynnie przeplatająca się z walkami na Iwo Jimie, rozgrywa się już w Stanach a jej bohaterami jest trójka żołnierzy widniejących na słynnym zdjęciu.

Oglądając Sztandar chwały można dojść do wniosku, że według Eastwooda wojna składa się z trzech zasadniczych elementów. Po pierwsze, to obrazy, których nie chcemy i nie powinniśmy oglądać. Śmierć naszych przyjaciół, kolegów, osób z sąsiedniej pryczy, tych których mijaliśmy idąc do naszego plutonu i naszego okopu. Śmierć często makabryczna, często zupełnie pechowa i niepotrzebna. Obrazy, które odbierają nam poczucie sensu, wpędzają nas w apatię, pewną mechaniczność odruchów. Obrazy stopniowo naruszające nasze człowieczeństwo.

Po drugie, wojna to rozpad ludzkiego ciała. Kończyny porozrywane przez granaty; brzuchy rozprute przez ostrza bagnetów, z wylewającymi się na zewnątrz jelitami; ciała podziurawione przez pociski karabinów. Wojna, jak niewiele rzeczy na tym świecie, intensywnie przypomina nam o naszej śmiertelności.

Po trzecie, wojna to przewaga technologii i świata przedmiotów nad ludzkim życiem. Najmocniej widać to na przykładzie trzech bohaterów ze słynnego zdjęcia. Zaraz po jego publikacji w największych amerykańskich dziennikach, żołnierze zostają ściągnięci do kraju i wykorzystani jako zachęta dla mieszkańców USA. Zachęta i reklama bonów, za które rząd chciał sfinansować budowę kolejnych samolotów, transportowców, broni. Ich bohaterstwo stało się tylko atrakcyjnym narzędziem, umożliwiającym zebranie milionów dolarów na dalsze sfinansowanie wojny, która niczym moloch pożerała kolejne życia, wypluwając z siebie tysiące wraków myśliwców i miliony łusek pocisków.

Eastwood pokazując instrumentalne traktowanie żołnierzy ze zdjęcia w trakcie wojny, a później ich smutne losy już po jej zakończeniu, nie boi się oskarżać amerykańskiego państwa- jednego z głównych narodowych mitotwórców. Amerykański reżyser mówi jasno- czarno-białe schematy i pełne patosu opowieści z czołówek gazet to fałsz. Rzeczywistość jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, a medale i ordery to tylko kawałki metalu.

Zaatakowany zostaje także fundament pojęcia wojennego bohaterstwa, tak silnie rozpowszechniony także w Polsce. W usta swoich bohaterów Eastwood wkłada słowa, że prawdziwymi bohaterami nie są wcale ci, którzy zginęli, ale ci, którym udało się przeżyć. Współczesne pole bitwy nie ma nic wspólnego z rycerskimi eposami, wesołymi rekonstrukcjami historycznymi czy filmowymi inscenizacjami bitew, gdzie nie ma nawet kropli krwi. We współczesnej wojnie nie chodzi o to, aby honorowo zabić jak największą grupę przeciwników, lecz nie dać się trafić przypadkową kulą.

Jednocześnie dzieło Eastwooda nie jest po prostu jednoznacznym głosem pacyfistycznym czy jednowymiarową dekonstrukcją narodowych mitów. Owszem, twórca Gran Torino rozprawia się z romantycznymi mrzonkami na temat wojny i uderza mocno w propagandową machinę państwa, która wykorzystuje faktyczne poświęcenie żołnierzy, ale jednocześnie te wszystkie zabiegi pozwalają mu zbudować zdecydowanie dojrzalszą opowieść niż proste czarno-białe narracje.

Prawdziwe bohaterstwo pojawia się dopiero wówczas, kiedy ściągniemy samych bohaterów z pomników, pokażemy ich słabości, motywacje nieraz sprzeczne z wysokimi standardami moralnymi, ich strach i niepewność.

W filmie Eastwood jednoznacznie wskazuje, że walczący na Iwo Jimie żołnierze walczyli przede wszystkim za siebie nawzajem. Amerykańska flaga i pobudki „walki za kraj” pozostały w cieniu. O dziwo jednak, taka „patriotyczna dwuznaczność” okazała się, przynajmniej dla mnie, zdecydowanie bardziej przekonująca niż toporna publicystyka i jednowymiarowi bohaterowie, recytujący górnolotne formułki, bohaterowie, którzy nigdy nie istnieli w rzeczywistości.

Jednocześnie dzieło Eastwooda wskazuje jasno, że historia militarna oraz Ważne Daty i Rocznice, nie mogą zostać utożsamione z historią jako taką. Podobnie jak bohaterami mogą być również ci, którzy przeżyli, tak historią może być również codzienność, niezauważana na kartach podręczników, ukryta między kolejnymi Wydarzeniami z Historii. Stawką Sztandaru chwały jest więc nie tylko nowa, bardziej dojrzała wizja bohaterstwa, lecz także nowe spojrzenie na historię, które uwzględniałoby nie tylko chwalebną śmierć na polu bitwy, ale również chwalebne zmaganie się z codziennością.