Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Hanna Groborz  26 sierpnia 2015

Każdy ma własne oblicze. Sukcesy polskich festiwali muzycznych

Hanna Groborz  26 sierpnia 2015
przeczytanie zajmie 9 min
Każdy ma własne oblicze. Sukcesy polskich festiwali muzycznych OFF Festival/Facebook.com

Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu? Można oczywiście poznawać niezwykły klimat opolskiego amfiteatru z lat 60., nucąc pod nosem znakomitą Katarzynę Sobczyk czy zachwycać się wciąż aktualnym protest-songiem Niemena Dziwny jest ten świat. Na szczęście w ostatnich kilkunastu latach muzyczny środek ciężkości przeniósł się z tracącego swój blask Sopotu i Opola do innych miasta, jak Katowice, Kraków czy Warszawa. Polskie festiwale muzyczne stają się powoli naszym kulturowym znakiem rozpoznawczym, ciesząc się coraz większą renomą wśród zagranicznych wykonawców czy zdobywając laury European Festival Awards.

Początki – jak to z nimi bywa – nie należały do najłatwiejszych. Jeszcze piętnaście lat temu niełatwo było wyciągnąć Polaka na koncert, a była to nie tyle kwestia zasobności portfela, co zwyczajnego braku przyzwyczajenia (dla przykładu: koncertu zespołu Oasis w Hali Torwar w 2000 r. słuchało zaledwie 2 tys. ludzi). Prawdziwy przełom miał miejsce w 2002 r., kiedy to wystartował znany dziś szerokiej publiczności Open’er Festival (wówczas jeszcze pod nazwą Open Air Festival). Pierwsza edycja odbyła się na warszawskim torze Stegny i na dobrą sprawę festiwalem (w dzisiejszym rozumieniu tego słowa) była tylko z nazwy – ot, zagrali The Chemical Brothers, zagrał do dziś obecny na scenie muzycznej Smolik. Rok później impreza przeniosła się na gdyński Skwer Kościuszki; opuściła go w 2006 r. na rzecz lotniska Babie Doły, które od tamtej pory niezmiennie co roku gości festiwalowiczów i wykonawców w pierwszy weekend lipca. Przez trzynaście lat swojej obecności, teren Open’era rozrósł się z trzech do siedemdziesięciu pięciu hektarów (a więc powiększył się 25-krotnie!); sukcesywnie wzrastała też liczba publiczności. Tegoroczna edycja, co z radością przyznają organizatorzy, była pod tym względem rekordowa: na terenie Open’era pojawiło się 90 tys. osób, doliczając zaś publiczność z każdego z czterech dni osiągniemy liczbę 185 tys. uczestników. Właśnie dla takich tłumów przez cztery dni zagrało blisko 80 artystów zarówno z Polski, jak i z zagranicy.

Klucz do zrozumienia tak dynamicznego obrotu spraw stanowi powstała w 1997 r. Alter Art – największa niezależna agencja festiwalowa w Polsce, której dyrektorem, twarzą i głosem (doskonale znanym słuchaczom radiowej Trójki wyczekującym na antenie kolejnych jego headlinerów) jest Mikołaj Ziółkowski.

Jemu właśnie, jak również całemu Alter Artowi, zawdzięcza się wprowadzenie na polski grunt zachodnich standardów: bezgotówkowego systemu rozliczeń na terenie imprezy, wymiany biletów na opaski, bezpłatnych autobusów kursujących pod same niemal festiwalowe bramki. Dystrybucja karnetów przed ogłoszeniem pierwszego wykonawcy również jest innowacją wprowadzoną przez Ziółkowskiego; niektórzy być może obruszą się na takie rozwiązanie, bo jak to tak, kupować bilety w ciemno; w istocie jednak przyjmuje się ono doskonale i wynika z zaufania, jakim festiwalowicze darzą organizatora. Trzeba zresztą dodać, że Alter Art jest twórcą nie tylko Open’era, ale także powstałego w 2006 r. Coke Live Music Festival (od 2015 r. Kraków Live Festival) czy pełnego nowoczesnego brzmienia Burn Selector Festival.

Lista festiwalowych atrakcji, jakich możemy doświadczyć w Polsce, nie kończy się na wymienionych trzech dziełach Alter Artu. W muzyczne szranki z powodzeniem stają inne agencje, w tym Rochstar Events, której zawdzięczamy odbywający się od 2008 r. Orange Warsaw Festival, czy More Music Agency odpowiedzialnej za katowicki festiwal muzyki elektronicznej – Tauron Nowa Muzyka. Zasłużone ukłony należą się także Fundacji Independent reprezentowanej przez Artura Rojka organizującej od 2006 r. OFF Festival.

Wydarzeń muzycznych jest znacznie więcej, co ostatecznie sprawia, że niektórym zdarza się wieścić rychły koniec branży festiwalowej. Niedawno dość głośnym echem odbiły się słowa Harvey’a Goldsmitha, słynnego menedżera muzycznego współpracującego w swojej karierze m.in. z Eltonem Johnem, Led Zeppelin czy Yes: Arena festiwalowa osiągnęła szczyt. Stało się to naprawdę około dwa lata temu. Zbyt dużo mamy festiwali, a za mało wielkich gwiazd. To wielki problem dla naszej branży. Nie potrafimy wytworzyć nowego pokolenia wykonawców pokroju The Rolling Stones, Muse, a nawet Arctic Monkeys, którzy byliby w stanie udźwignąć rolę headlinera (patrząc na rynek muzyczny w Wielkiej Brytanii, rzeczywiście miał Goldsmith uzasadnione powody, by tak stwierdzić – okres pomiędzy majem a wrześniem owocuje tam w około 900 wydarzeń muzycznych, co jego zdaniem nie może skończyć się dla każdego z nich sukcesem). Kilka zdań później padają jednak kolejne, kluczowe słowa: Festiwale muzyczne prawdopodobnie będą toczyć się swoim torem. Czeka nas natomiast wzrost wydarzeń oferujących nie tylko muzykę, ale także poezję czy książki, czy pokazy magiczne.

Dlaczego słowa te uważam za kluczowe? Czy oto mamy oczekiwać, że katowicki OFF wypełni się naśladowcami Davida Copperfielda (a nawet nim samym!), a Orange Warsaw poszerzy line-up o uroczyste odczyty poezji? Nic z tych rzeczy. Wydaje się, że intencje Goldsmitha, zanim jeszcze zdążyły się pojawić, doskonale odczytał i wprowadził w życie wspomniany Mikołaj Ziółkowski. I tak oto w Gdyni nie zabraknie miejsca dla nikogo: dwa lata temu powstała tam inicjatywa „Książka na Open’erze” będąca okazją do spotkania się z pisarzami i swobodnej rozmowy; rok wcześniej na teren festiwalu zawitał także teatr, że nie wspomnę o istniejącym Alterkinie.

Poza tym od kilku edycji Open’er współpracuje z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, czego efektem była zorganizowana w 2014 r. pierwsza w Europie prawdziwie muzealna wystawa zaaranżowana w festiwalowej przestrzeni, którą w ciągu czterech dni zobaczyło ok. 15 tys. osób.

Podobne atrakcje znajdziemy na katowickim OFF-ie- w ich przypadku chodzi o pokazy filmowe oraz działającą w trakcie festiwalu kawiarnię literacką.Co ciekawe, wspomniane wyżej projekty przeważnie nie są dotowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, jeśli jednak tak się dzieje, to jest to efekt procedury odwoławczej, nie stricte konkursowej.

Ową pieniężną lukę z powodzeniem wypełnia choćby budżet miasta Gdynia – na wspomaganie Open’era przeznaczono w tym roku prawie pięć milionów złotych. A jednak relacja jakiegokolwiek miasta z festiwalem w nim organizowanym nie ogranicza się jedynie do sporych zastrzyków gotówki w kierunku tego drugiego, a oparta jest na symbiotycznej wręcz współpracy: trzeba bowiem pamiętać, że festiwalowicze też muszą mieć gdzie spać i co zjeść, na czym bez wątpienia zyskuje miasto-gospodarz. Według badań przeprowadzonych pięć lat temu przez portal turystykakulturowa.org, 62% z gości spędza czas w lokalnych kawiarniach czy restauracjach, 34% odwiedza parki i ogrody zoologiczne, zaś 23% kieruje swe kroki do miejskich muzeów oraz galerii sztuki. Przeważająca większość, bo aż 79% deklaruje, że swoją wizytę w mieście ogranicza jedynie do spaceru ulicami, trudno jednak wyobrazić sobie, że przy okazji nie wstąpią oni do tamtejszego sklepu i nie zrobią najmniejszych choćby zakupów.

Poza tak prozaicznymi czynnościami istnieje na płaszczyźnie omawianej relacji także sfera wzajemnej reklamy. Doskonałym przykładem realizacji owego marketingu obopólnych korzyści jest katowicki OFF Festival i doświadczenie dziennikarza muzycznego, a zarazem miłośnika turystyki festiwalowej Przemysława Guldy, który – jak sam przyznaje – na OFF-a zaczął jeździć stosunkowo późno, dziś natomiast czyni to regularnie zarówno ze względów muzycznych, jak i towarzyskich, a także dlatego, że to właśnie OFF pomógł mu na nowo odkryć miasto. Gdy w 2011 roku podzielono się z mieszkańcami aglomeracji hasłem „Katowice – miasto ogrodów”, wielu nie do końca podzielało entuzjazm twórców tego określenia. Również i Gulda odwiedzając Katowice przy okazji swojego pierwszego OFF-a nie był do niego przekonany; wręcz, jak wspomina, wyśmiał je. Wystarczyło tylko kilka dni festiwalu, by dostrzec, że miasto już dawno przestało być wyłącznie skupiskiem hut oraz kopalni przeplatanych dodatkowo brudnymi kamienicami. Fakt owej metamorfozy równie mocno podkreśla Artur Rojek: Jestem dumny i szczęśliwy z tego powodu tym bardziej, że OFF zajmuje się promocją sztuki alternatywnej przez wiele lat będącej na bocznym torze polskiej kultury (…). Na dzień dzisiejszy Katowice posiadają trzy wiodące w tym imprezy i są najbardziej „buzującym” pod względem alternatywy miejscem w tej części Europy. 

Tę owocną kooperację na linii miasto-festiwal podkreślają w niektórych przypadkach same nazwy wydarzeń- najbardziej symptomatyczny jest prawdopodobnie przykład Kraków Live Festival wypełniającego lukę po Coke Live Music Festival.

Koncern Coca-Cola współpracował z Alter Artem przy organizacji ośmiu edycji popularnego Coke’a, a jego decyzja o nieprzedłużaniu umowy a tym samym wycofaniu się z roli sponsora wywołała w towarzystwie sporą dozę niepewności, co do dalszej lokalizacji festiwalu. Niektórzy przewidywali, że Coke – podobnie jak Selector – przeniesie się do Warszawy. Podnoszono wówczas, że miasto niewystarczająco dofinansowuje jedną ze swoich największych atrakcji turystycznych. Sytuację dodatkowo zaostrzało zaangażowanie się prezydenta Majchrowskiego w ryzykowny projekt organizacji Igrzysk Olimpijskich – porównywano, że festiwal pochłonie znacznie mniej środków, a pozwoli wpisać się w politykę miasta jako kulturalnej stolicy Polski. Ostatecznie żadna ze snutych wizji się nie spełniła – festiwal, choć w zmodyfikowanej formie, pozostał w Krakowie, a miasto stało się sponsorem tytularnym, zobowiązując się do finansowego wsparcia, w wyniku którego festiwal przez kolejne trzy lata zostanie dofinansowany kwotą sześciu milionów złotych. Wciąż jest to ponad dwa razy mniej niż w przypadku wsparcia Gdyni, ale trudno porównywać oba wydarzenia i ich skalę (Coke w 2013 r., zgromadził ok. 30 tys. uczestników). Warty zaznaczenia jest fakt, że dzięki staraniu obu ze stron KLF ma szanse stać się prawdziwie miejskim festiwalem. Już podczas tegorocznej, pierwszej edycji organizatorzy zaoferowali coś więcej niż tylko dwa rozstawione na Błoniach namioty koncertowe, a mianowicie rozbudowany program muzealny (zbiory MOCAK-u na terenie festiwalu, jak również darmowy wstęp do innych krakowskich muzeów) czy też imprezę kończącą festiwal w jednym z tamtejszych klubów. Jak mówi w jednym z wywiadów Ziółkowski: Chciałbym, żeby Kraków miał flagowy, ambitny festiwal. Jak nazwa brzmi, to jest festiwal krakowski dla Krakowa i od Krakowa.

Czynnikiem, który niewątpliwie spaja polskie letnie festiwale w jeden rozwijający się rynek są zapraszani do kraju artyści i ich ranga, pieczętowana zwykle Nagrodą Grammy, zwaną inaczej „muzycznym Oscarem”.

Na dobrą sprawę przestało już dziwić, że co roku gościmy któregoś z byłych bądź aktualnych laureatów owej statuetki; w tym roku są to m.in. Kendrick Lamar (Najlepszy utwór rap, 2015 r.), St. Vincent (Najlepsza płyta alternatywna, 2015 r.), czy też Mumford&Sons (Album roku, 2013 r.). Oprócz tego polskim organizatorom udaje się zapewniać muzyczną rozrywkę co najmniej dwóm pokoleniom- dla przykładu wystarczy spojrzeć na zeszłoroczną edycję Open’era, gdzie na jednej scenie zagrały po sobie zespoły tworzone kolejno w latach: 1981, 1990 i 2005. Prawdziwą tegoroczną perełką był z pewnością niezwykły koncert Patti Smith, która na katowickiego OFF-a przyjechała równo czterdzieści lat po wydaniu debiutanckiego krążka „Horses”, wywołując w fanach, niezależnie od wieku, ogromny entuzjazm i gromadząc przed sceną absolutne tłumy.  Co jednak cieszy w temacie artystów najbardziej, to fakt, że obok takich wykonawców jak Daughter usłyszeć możemy np. polską wokalistkę Kari lub wspomnianego Artura Rojka; że Taco Hemingway czy Fismoll (obaj są to polscy wykonawcy) potrafią zgromadzić równie szeroką publiczność, co amerykański zespół Swans. Gdy jeszcze zdarzy się tak, że polscy wykonawcy zaśpiewają po angielsku (a bywa tak coraz częściej), to różnica między nimi a artystami zagranicznymi zatraca się zupełnie, szczególnie w odbiorze turystów spoza kraju, których z roku na rok pojawia się coraz więcej.

Tu pojawia się kolejny aspekt – turyści zagraniczni. W 2012 r. stanowili oni blisko 15% z około trzynastotysięcznej publiczności OFF Festivalu, w przypadku tegorocznego Open’era było to już podobno 20%. Nie trzeba nikomu tłumaczyć, jak wielką wartość muszą mieć polskie festiwale, że potrafią przyciągnąć nawet Brytyjczyków nie narzekających przecież na brak tego typu imprez w ich kraju. Czym najbardziej, prócz dobrze zapowiadających się line-upów, kuszą polskie festiwale? Ano ceną. Przykładowo, trzydniowy karnet na OFF Festival w przedsprzedaży to koszt 200 zł, razem z polem namiotowym – 260 zł, co nie jest zawrotną ceną, czasem pojedynczy koncert kosztuje więcej. Najdroższy w puli festiwalowej jest bez wątpienia Open’er. Marzenie o spędzeniu czterech dni w towarzystwie dobrej muzyki, z zapewnionym noclegiem na pobliskim polu namiotowym, zmusza nas do wydania nawet 630 zł (w przedsprzedaży 530 zł). Nie jest to wydatek, na który może pozwolić sobie przeciętny Polak, dlatego też dla sporej części festiwalowiczów wiąże się on i tak z pewnymi wyrzeczeniami, a jednak – polskie festiwale uchodzą za jedne z najtańszych w Europie. Dla porównania: Roskilde Festival kosztuje 1940 duńskich koron, co daje nam ponad tysiąc złotych, a najsławniejszy brytyjski Glastonbury to wydatek rzędu 220 £, a więc 1,3 tys. zł. Nic dziwnego zatem, że przeciętnemu Duńczykowi zarabiającemu kilka razy więcej niż przeciętny Polak bardziej opłaca się wybrać Gdynię niż Roskilde (oba te festiwale odbywają się w tym samym czasie), podobnie sytuacja ma się z Brytyjczykami, w końcu poza różnicą w kosztach nie da się zauważyć jakiejkolwiek innej.

Polskie festiwale pod żadnym względem nie odstają od standardów, ba! – czasem same je ustanawiają (patrz: sztuka na Open’erze). Od lat gromadzą coraz szerszą publiczność i artystów, którzy chętnie do Polski wracają. Wysiłki organizatorów, ich troska o atmosferę i odpowiedni poziom są doceniane, a także nagradzane. Prócz licznych nagród, jakie są im przyznawane w kraju (np. tytuły Wydarzenia Kulturalnego w 2008 i 2009 r. przyznawane przez słuchaczy Trójkowego Domu Kultury, nagrody BizTrendy w kategorii event), trzeba wspomnieć plebiscyt European Festival Awards, do którego co roku nominowane są polskie festiwale (także tutaj niewymienione, jak np. Woodstock czy Audioriver).

Na nominacjach się nie kończy – tytuł Najlepszego Dużego Festiwalu przypadł Open’erowi dwukrotnie: w latach 2009 i 2010. Dwa lata później Najlepszym Festiwalem Średniej Wielkości został ogłoszony OFF Festival (w tym samym roku serwis internetowy Pitchfork umieścił OFF-a na liście 20 najważniejszych letnich festiwali na świecie).

Dodatkowo Tauron Nowa Muzyka trzykrotnie zgarnął nagrodę dla Najlepszego Małego Festiwalu – w latach 2010, 2012 i 2014, i tym oto sposobem dopełnił dzieła. Teraz pozostaje już tylko z radością czekać na sukcesy pozostałych.