Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  18 lipca 2015

Po pierwsze zmieńmy myślenie

Bartosz Brzyski  18 lipca 2015
przeczytanie zajmie 3 min
Po pierwsze zmieńmy myślenie flickr.com

Obwinianie o fatalną kondycję kolei wyłącznie kolejnych rządów nie jest do końca uczciwe. W dużej mierze bowiem sami jesteśmy sobie winni. Dlaczego? Ponieważ od lat 90. domagaliśmy się przede wszystkim poprawy jakości dróg, nie zważając na inne formy komunikacji.

Autostrady były dla nas symbolem zachodniego dostatku. Dopiero teraz zaczynamy się orientować, że Niemcy mają doskonałe drogi, ponieważ są krajem bogatym, a nie odwrotnie. Szczególnie, że kolej nie jest u nich symbolem obciachu, lecz regularnie rozbudowywanym środkiem transportu, docierającym nawet do lokalnych miasteczek. Kwintesencją tego sposobu myślenia i próbą realizacji oczekiwań elektoratu było jedno z haseł Platformy Obywatelskiej „Nie róbmy polityki, budujmy drogi”. Rząd PO miał jedno zadanie – budować i modernizować. Chcieliśmy równych chodników, ładnych elewacji, gustownych parków, a przede wszystkim dróg o europejskim standardzie. Mało kto wie, że wstępując do Unii Europejskiej nasze drogi mieściły się zaledwie w unijnej kategorii dróg polnych. Dlatego potrzebne były gigantyczne nakłady finansowe, aby zrealizować żądania szybkich efektów.

Konsekwencją tego była nieudolna polityka modernizacyjna na kolei, a następnie próba przeniesienia przez min. Bieńkowską środków wyznaczonych przez UE na kolej na rzecz dróg.

Chcieliśmy przecież mknąć w pięknych autach przez równe jak stół drogi. Wpatrzeni na Zachód pragnęlismy w Polsce mieć symbole tamtego życia.

Jednak w ostatnim czasie doszło do gwałtownego załamania tego sposobu uprawiania polityki. Okazało się, że chociaż mamy autostrady, to nie działają one tak jak w państwach Zachodu. Chociaż kupiliśmy Pendolino, to nie jeździ on tak jak francuskie TGV. Wreszcie, chociaż dostaliśmy to wszystko, to nie podążył za tym wzrost jakości życia. Nasze zarobki nie podniosły się znacząco, a zaczęły obciążać budżet państwa i ten nasz – domowy. Zadowoleni z przybierającej taki kształt modernizacji są tylko ci, którzy zarabiają przynajmniej mityczną „średnią krajową” lub więcej.

Kosztem naszej potrzeby szybkiej przebudowy infrastrukturalnej jest nie tylko napchana kiesa p. Kulczyka, który przez kilkanaście lat będzie zarządzał częścią odcinków polskich autostrad. Jest nim przede wszystkim zmarnowana szansa. Środki unijne były postrzegane głównie w kategoriach sponsorowania Polsce zakupów. Minister Bieńkowska chwaliła się ile środków wykorzystała, analogicznie do logiki polskich samorządów. Opinia publiczna najpierw przyklaskiwała bezkrytycznie, dopiero później nieśmiało zadając pytania o sens ich wydania.

A większość wydawała na budynki infrastrukturalne, piękne ośrodki wypoczynkowe, stadiony, nowe skwery i parki. To się dobrze sprzedaje na billboardach i przy przecinaniu wstęg. Polacy widzą, że rzeczywistość wczoraj szara, dzisiaj nabiera kolorów. Tylko, że nie jest to rozwój a dodatkowy koszt.

Polskie PKB zyskuje mniej niż zakładano, ponieważ budujemy pięknie i efektownie, ale z reguły bez sensu.

Prof. Marek Kozak jest w swojej ocenie wykorzystania środków unijnych bezwzględnyNie ma naukowych dowodów na wpływ infrastruktury na rozwój, są natomiast liczne przykłady, że można budować w nieskończoność bez efektów. W oficjalnych polskich dokumentach mówi się o „infrastrukturze służącej rozwojowi”, ale to zaklinanie rzeczywistości.

Wskutek czego środki europejskie w tej perspektywie spowodowały wzrost PKB jedynie o 0,4%. Zaprzepaszcza się więc gigantyczną szansę, która już się nie powtórzy.

Stoi jednak przed nami inna szansa. W ostatnich miesiącach tworzy się coraz mocniejszy klimat społeczny do przewartościowania priorytetów w polityce. Zdając sobie powoli sprawę, że państwo ładnie wyglądające na spotach, nie przystaje do sprawności jego urzędów, zaczynamy kłaść nacisk na politykę prorodzinną, demografię, sprawność sądów, prawo podatkowe, a także kolej. Symbolem zmiany paradygmatu jest Paweł Kukiz, ale jego postulaty zaczynają przechwytywać inne partie. Dzieje się tak, ponieważ to nie PO się zmieniła, ale wyborcy. To nie Platforma wyznaczała priorytety, gdyż sama nie miała własnych postulatów. Była jedynie wyrazicielką potrzeb dużej części elektoratu. Żeby więc zmienić kierunek i sposób rządzenia, musimy sami zrozumieć, co jest w polityce państwa najistotniejsze i dawać temu wyraz.