Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  11 lipca 2015

Poddani reżimu niestabilności

Piotr Wójcik  11 lipca 2015
przeczytanie zajmie 11 min
Poddani reżimu niestabilności ozzip.pl

Poddawanie pracowników permanentnej niepewności stało się modne w większości krajów Zachodu. Elastyczne formy zatrudnienia stały się tak popularne, że dla wielu firm są obecnie głównym pomysłem na biznes. Przewaga zysków z kapitału nad dochodami z pracy była niegdyś słuszną premią za ryzyko ponoszone przez przedsiębiorcę. Obecnie ryzyko w dużej mierze udało się zrzucić na pracowników, tymczasem premia pozostała – notabene, wyższa niż kiedyś. Niestety również w Polsce to przykre zjawisko widać doskonale.

W sumie powinniśmy być zadowoleni. Zawsze przecież łykaliśmy nowinki z Zachodu niczym wygłodniałe pelikany, czując dumę przy każdej udanej implementacji trendu lub zwyczaju, który przybył do nas z centrum cywilizacji. Za wprowadzanie reżimu niestabilności, który od mniej więcej połowy lat 70. rozpoczął swą ekspansję w krajach rozwiniętych, zabraliśmy się więc z równą pieczołowitością i szybko okazaliśmy się w tym nadzwyczaj skuteczni. Gdyby nasi sportowcy trenowali równie efektywnie, jak nasi pracobiorcy wysyłani są na „pozakodeksowe formy zatrudnienia”, to na Igrzyskach pozycja medalowa Polski odpowiadałaby tej geograficznej – gdzieś między Rosją a Niemcami. Elastyczność szybko stała się jedną z immanentnych cech nowoczesności, a niechętne jej jednostki moherami rynku pracy – stetryczałymi hamulcowymi, którzy utrudniają nam dołączenie do uśmiechniętej Europy. Jak zawsze okazało się, że rzeczywistość jest trochę inna od teorii najbardziej zapalczywych reformatorów. Po pierwsze, Europa okazuje się wcale nie być tak bardzo elastyczna, jak nam wmówiono. Po drugie, sama elastyczność nie jest też taka całkiem bez wad, jak nas skutecznie przekonywano.

Liczne statystyki rynku pracy jasno przekonują, że reżim tymczasowości twardo trzyma za kark mieszkańców naszego kraju.

Wg OECD, 26,7 proc. wszystkich zatrudnionych w naszym kraju stanowią pracownicy terminowi, czyli zatrudnieni na umowach cywilnoprawnych lub o pracę na czas określony. Jest to zdecydowanie najwyższy wynik w UE – w kolejnej Hiszpanii wskaźnik ten wynosi 24,5 proc.

Jeszcze tylko w Portugalii wynosi on ponad 20 proc. – w pozostałych krajach jest poniżej tej granicy, a w wielu nawet jednocyfrowy.  Np. w Danii 8,7 proc., a w Austrii 9,4 proc. Podobnie jest w Czechach, gdzie pracownicy terminowi stanowią zaledwie 8,1 proc. zatrudnionych, na Słowacji (6,6 proc.), czy na Węgrzech (9,2 proc.). Jak widać niestabilne formy zatrudnienia wcale nie muszą być powszechne w krajach na dorobku – w państwach naszego regionu zjawisko to jest dużo mniej rozpowszechnione niż w Polsce. Najbardziej jednak uderzająca jest dynamika wzrostu liczby niestabilnych umów – w niej jesteśmy bezkonkurencyjni. W latach 1998-2012 odsetek umów terminowych w naszym kraju wzrósł aż o 22,2 punkty procentowe. Jeszcze w 1998 roku było ich ledwie 4,7 proc. Tempo iście sprinterskie, tym bardziej na tle reszty stawki – drugie miejsce ma Słowenia ze wzrostem 12,7 pkt. proc., a więc niemal 10 pkt. proc. za nami. Trzecia Holandia ma już wynik tylko jednocyfrowy – 6,5 proc. Jak widać uelastyczniamy się w tempie oszałamiającym. Jak tak dalej pójdzie, to za 10 lat nawet policjanci będą pracować w naszym kraju na umowach zlecenie. A za 20 lat naszego prezydenta wyślemy na samozatrudnienie.

Bo też masowe samozatrudnienie jest właśnie kolejnym przejawem wdrażania reżimu niestabilności. W tej dziedzinie także znajdujemy się w czołówce, choć już nie w samym czubie, a wokół nas znów są głównie kraje z grupy PIGS, a więc te przeżywające obecnie największe problemy w UE. Liderem samozatrudnienia w UE jest Grecja – tam aż 36,8 proc. zatrudnionych pracuje w ten sposób. Kolejne Włochy to odsetek 25,1 proc. Na trzecim miejscu jesteśmy już my (22,4 proc.), a za nami Portugalia. W krajach prężnych gospodarek ten odsetek jest zwykle jednocyfrowy – nawet w USA, które przecież uchodzą za zagłębie przedsiębiorczości, wynosi on 6,8 proc. Kraje naszego regionu również mają ten wskaźnik dużo niższy – np. Węgry 11,7 proc. Oczywiście zaraz ktoś może zakrzyknąć, że przecież samozatrudnieni to prężni przedsiębiorcy biorący sprawy w swoje ręce. Nie do końca – przymusowe wysyłanie pracowników na samozatrudnienie to jeden z bardziej popularnych sposobów uelastyczniania struktury zatrudnienia w firmie, dzięki pozbawianiu pracowników kodeksowych uprawnień, czy przerzucaniu na nich ryzyka do tej pory ponoszonego przez pracodawcę. A także obciążanie ich całą masą dodatkowych obowiązków takich jak rozliczanie się z fiskusem czy z ZUS. Najlepszym dowodem na to, że polski samozatrudniony to często uelastyczniony pracownik, a nie przedsiębiorca, jest raport Global Enterpreneurship Monitor. Okazuje się, że pod względem odsetka przedsiębiorców, którzy zostali zmuszeni do założenia firmy (sytuacją na rynku pracy lub wprost poleceniem pracodawcy), Polska jest trzecia na świecie z wynikiem 47 proc. Inaczej mówiąc, prawie połowa polskich przedsiębiorców wcale nie chciało prowadzić swojej firmy. Najciekawsze jednak jest otoczenie, w jakim znaleźliśmy się wśród liderów przymuszania do samozatrudnienia. Przedstawię pierwszą szóstkę, by się każdy mógł napawać widokiem: Macedonia (61 proc.), Bośnia (59 proc.), Polska (47 proc.), Filipiny (44 proc.), Malawi (44 proc.), Jamajka (41 proc.).

W Polsce upowszechniana jest teoria, że umowa cywilno-prawna to znakomity wstęp do dalszej kariery. Nawet jeśli gdzieś na świecie ta teza się potwierdza, to na pewno nie w Polsce. Wśród państw OECD jesteśmy na drugim miejscu za Hiszpanią, pod względem liczby pracowników pracujących na umowie terminowej ponad trzy lata. Stanowią oni u nas 17,4 proc. wszystkich zatrudnionych. Wg OECD tylko 35 proc. zatrudnionych w Polsce na umowach terminowych ma szanse na stabilne zatrudnienie w przeciągu trzech lat. Potwierdzają to polskie badania POLPAN, które sprawdziły jak się rozwijały kariery osób pracujących w 2008 roku na umowach cywilnoprawnych. Okazuje się, że po pięciu latach, czyli w 2013 roku, 58 proc. z nich wciąż pracowało na umowie śmieciowej lub wcale, 5 proc. z nich przeszło na samozatrudnienie, a etat w ciągu 5 lat zdobyło jedynie 37 proc. W środowisku badaczy rynku pracy krąży już opinia, że łatwiej o etat będąc bezrobotnym, niż pracując na umowie cywilno-prawnej.

Polskie społeczeństwo jest poddane reżimowi niepewności także dlatego, że jest pozbawione elementarnego zabezpieczenia socjalnego.

Przeciętny Duńczyk ma co prawda umowę o pracę dosyć elastyczną, ale zabezpieczenie na wypadek bezrobocia ma na niewyobrażalnym dla Polaka poziomie.

A gdy się już na nim znajdzie, to odpowiednie instytucje publiczne wręcz rzucą się, by mu możliwie szybko znaleźć pracę. Tymczasem w Polsce urzędy pracy służą głównie do rejestracji bezrobotnych. Osobiście nie znam nikogo, komu polski urząd pracy znalazł zatrudnienie. Nie znam nawet nikogo, kto zna kogoś takiego. Podobnie słabo wygląda poziom zabezpieczenia społecznego – aż 86 proc. bezrobotnych w Polsce nie ma prawa do zasiłku. I jest to właśnie wynik m.in. uelastycznienia zatrudnienia. Żeby dostać zasiłek trzeba przepracować w ciągu 18 miesięcy przynajmniej 365 dni, opłacając składki od co najmniej równowartości pensji minimalnej. W takiej sytuacji wiele osób pracujących na umowach cywilno-prawnych, na których nawet jeśli opłacają jakieś składki, to z reguły niewystarczające (np. od najniższej umowy zlecenia), o zasiłku mogą jedynie pomarzyć. Tak więc przeciętny Polak, tracąc zatrudnienie, momentalnie traci też grunt pod nogami. Nawet jeśli jakimś cudem dostanie zasiłek, to jego wysokość jest śmiesznie niska. Przeciętnie wynosi on w Polsce 19 proc. ostatniej pensji i pod tym względem jesteśmy na szarym końcu wśród państw OECD. W Czechach zasiłek wynosi 32,5 proc. ostatniej pensji, a na Węgrzech 33,7 proc. Nie wspominając już o Finlandii (79 proc.) czy Niemczech (62,7 proc.).

No tak, ale mógłby ktoś zapytać, co jest złego w poddaniu się reżimowi niestabilności? Otóż bardzo wiele. Reżim tymczasowości niesie ze sobą mnóstwo negatywnych skutków zarówno społecznych, jak i ekonomicznych.

Ludzie pozbawieni elementarnej stabilności nie są w stanie planować swojego życia, odkładają na święte nigdy założenie rodziny, a także zaniedbują działalność obywatelską, na którą nie mają siły psychicznej, ochoty i czasu, który w związku z niestabilnym zatrudnieniem jest poszatkowany i trudno mieć nad nim kontrolę. 

Cierpią na tym więc zarówno demografia, jak i demokracja. Nie są w stanie także planować swojego rozwoju zawodowego, gdyż nigdy nie wiedzą jakie umiejętności będą im potrzebne, dajmy na to za rok. Na tym cierpi więc krajowy kapitał ludzki. Poszerzanie swych kompetencji jest w takiej sytuacji obarczone sporym ryzykiem – może się okazać tylko stratą czasu, który lepiej wykorzystać na poszukiwanie nowych zleceń lub branie dodatkowych ponad normę, na wypadek przestoju w przyszłości. Żyjący pod sporym napięciem tracą także ochotę na obcowanie z kulturą wysoką oraz rozwijanie bliskich relacji ze swymi przyjaciółmi. To zaś może prowadzić do spadku społecznego kapitału kulturowego oraz anomii społecznej. Wiele z tych symptomów doskonale można dostrzec w Polsce. Problemy demograficzne, a także brak zaufania społecznego są właśnie wynikiem m.in. panującego w naszym kraju reżimu niepewności. Kolejnym przykładem może być fakt, że aż 60 proc. Polaków w wieku 18-34 mieszka z rodzicami. Unijna średnia wynosi 48 proc. Przeciętny Europejczyk wyprowadza się z domu rodziców w wieku 26 lat – w Polsce w wieku 28 lat, czyli bez porównania później niż w Szwecji (19,6 lat) czy Finlandii (22 lata). Odkładanie usamodzielnienia się na później także jest niewątpliwie wynikiem niestabilnego zatrudnienia.

W gospodarce poddanej reżimowi niepewności spada wydajność i jakość pracy. Raz, że pracownicy nie mają motywacji, by poszerzać swoje kompetencje w danym miejscu zatrudnienia, skoro za trzy miesiące mogą być już gdzie indziej. Dwa, niestabilna struktura zatrudnienia może być przeszkodą dla rozwinięcia się w kraju bardziej skomplikowanej działalności nastawionej chociażby na produkcję wysokiej techniki czy innowacje. Do tego celu niezbędne jest nie tylko planowanie w dłuższym terminie, ale też wieloletnie budowanie zespołu zdolnego do podejmowania wymagających wyzwań. Tymczasem reżim elastyczności skłania raczej do zarabiania na ograniczaniu liczby ludzi na zmianie, niż do poszukiwania nowych produktów. Nasza wybitnie nieinnowacyjna gospodarka jest tego doskonałym przykładem. Pod względem liczby patentów europejskich udzielonych przez EPO nasz wynik jest wręcz powodem do wstydu. W roku 2013 Polska była autorem… 95 patentów. W rankingu państw jesteśmy między Barbadosem (100) a Wyspami Dziewiczymi (84). Na tle takich państw jak Niemcy (13425 patentów), Francja (4910) czy Włochy (2353), wynik Polski wygląda niczym pomyłka drukarska.

Zdrową gospodarkę są w stanie stworzyć tylko obywatele, którzy mogą oprzeć swój codzienny przyziemny byt o coś stabilnego.

Jeśli uznaliśmy, że elastyczność zatrudnienia jest niezbędna, by móc skutecznie konkurować na globalnym rynku, to za zapewnienie stabilności musi zabrać się państwo – a to oznacza potrzebę wzmocnienia naszej wyjątkowo wątłej sieci zabezpieczenia społecznego. Prawdziwa elastyczność wymaga bezpieczeństwa socjalnego – bez niego jest jedynie zginaniem karku przed reżimem niestabilności. Należałoby więc złagodzić wymagania dotyczące przyznawania zasiłków dla bezrobotnych, tak by objąć nim ok. 80 proc. osób tracących pracę, co by się przekładało na 40 procent wszystkich zarejestrowanych w urzędach pracy (niemal 50 proc. z nich to osoby bezrobotne ponad 12 miesięcy, do których jest lub powinno być skierowane wsparcie innego rodzaju). Jego wysokość powinna wzrosnąć do wysokości płacy minimalnej, która obecnie wynosi 1750 zł brutto, co oznaczałoby jego ponad dwukrotny wzrost. Zamiast sześć miesięcy, byłby on wypłacany przez rok, jednak tylko w sytuacji, gdy bezrobotny spełnia wszystkie obowiązki nakładane na niego przez PUP (uczestnictwo w szkoleniach, staże w sektorze publicznym oraz wybranych prywatnych firmach, podejmowanie proponowanego zatrudnienia, jeśli jest ono godne kwalifikacji bezrobotnego). Inaczej mówiąc, instytucje rynku pracy  miałyby obowiązek zadbać o to, by okres pozostawania bez zatrudnienia nie był czasem „nic nierobienia”, lecz był okresem równie aktywnym co czas zatrudnienia. To oczywiście wymagałoby od urzędów pracy stworzenia bogatej oferty szkoleniowo-stażowej dla bezrobotnych oraz przekształcenia się w agencje pośrednictwa pracy z prawdziwego zdarzenia.  Trudno uznać taki poziom zabezpieczenia przed bezrobociem (1750 zł brutto) za jakiś szczególnie szczodry, szczególnie na tle innych państw Europy, jednak dopiero taki jego poziom spełni swoje zadanie i da choćby namiastkę stabilności pracownikowi.

Kolejnym krokiem powinno być jak największe zbliżenie do siebie umów o pracę i cywilno-prawnych, by pracodawcy mieli większa motywację do podpisywania tych pierwszych. Umowy cywilnoprawne muszą znów spełniać swoją podstawową rolę umowy regulującej pracę dorywczą czy nieregularną, a przestać być dużo tańszym i dużo łatwiejszym substytutem zatrudniania regularnych pracowników. Należałoby więc w pierwszej kolejności oskładkować pełną kwotę z każdej umowy zlecenie i o dzieło, nie licząc studentów. Od przyszłego roku oskładkowane będą wszystkie umowy podpisane przez konkretnego pracownika, lecz tylko do wysokości płacy minimalnej. Tymczasem składki powinny być płacone od całego wynagrodzenia zawartego w umowie i nie ma żadnego powodu, żeby w przypadku umów cywilnoprawnych było inaczej. Z drugiej strony należałoby zmniejszyć składki płacone przez pracodawcę przy umowach o pracę (w przypadku tych umów pracodawca płaci dodatkowe składki na rzecz pracownika, które nie są „widoczne” w kwocie brutto wynagrodzenia). Obecnie wynagrodzenie 3000 zł brutto oznacza całkowity koszt dla pracodawcy wysokości 3618 zł. Należałoby zlikwidować składkę rentową (tylko tę po stronie pracodawcy) oraz na Fundusz Pracy i FGŚP. W ten sposób całkowity koszt takiej umowy spadłby o 271,50 zł do 3346,50 zł, a więc byłby tylko o 346,50 wyższy niż przy umowie zlecenie (a nie o 618 zł). Należałoby także uelastycznić umowy o pracę w zakresie jej rozwiązania, szczególnie w najmniejszych firmach (do 9 pracowników), tak by mali pracodawcy nie mieli oporów przed zatrudnianiem nowych pracowników na etat na czas nieokreślony. W tym celu w najmniejszych przedsiębiorstwach można by skrócić okres wypowiedzenia z 3 miesięcy do 6 tygodni, a w przypadku pracowników pracujących krócej niż 3 lata wynosiłby on 3 tygodnie. Natomiast w pozostałych firmach zostałby zmniejszony tylko 3-miesięczny okres wypowiedzenia – do dwóch miesięcy. Na umowach o pracę na czas określony pozostałby 2-tygodniowy okres wypowiedzenia we wszystkich przypadkach. Należałoby też uprościć procedurę rozwiązania umowy o pracę np. poprzez rezygnację z wymogu podawania przyczyny zwolnienia. Oczywiście te rozwiązania należałoby wprowadzić tylko w połączeniu ze wzmocnieniem sieci bezpieczeństwa, tak by generalne bezpieczeństwo pracowników etatowych nie zmalało pomimo pewnego zmniejszenia stabilności ich zatrudnienia.

Inne postulaty, które dopełniłyby powyższy model to:

I. Zwiększenie skuteczności urzędów pracy (obecnie trafia do nich ledwie 10-20 proc. wszystkich ofert pracy), poprzez m.in. bardziej motywacyjne rozliczanie inspektorów z efektów ich pracy w długim terminie, dzięki czemu łatwiej zwalniani pracownicy dostawaliby realne wsparcie w szybkim znalezieniu pracy;

II. Zwiększenie uprawnień PIP, tak by inspektorzy pracy sami mogli stwierdzać stosunek pracy (czyli „zamieniać” umowy c-p na umowy o pracę), a do sądów pracy trafiałyby odwołania, co ograniczyłoby używanie umów c-p niezgodnie z prawem;

III. Zmniejszenie wymogów formalnych dotyczących dokumentacji przy umowach o pracę, co jest szczególnie dotkliwe w małych firmach, dzięki czemu mali pracodawcy odczuwaliby mniejszą niechęć do etatów;

IV. Upowszechnienie organizacji pracowniczych (w tym rad pracowniczych, które obecnie działają tylko w ponad 500 firmach z… ponad 30 tys., w których wg dyrektywy UE powinny działać), tak by objęły także pracowników najmniejszych firm (do 9 zatrudnionych) , co wzmocniłoby pozycję pracowników w negocjacjach dot. warunków zatrudnienia;

V. Podwyższenie maksymalnych mandatów za łamanie kodeksu pracy z 2 do 20 tysięcy złotych (np. we Francji wynoszą one nawet 45 tysięcy euro), by uporczywe łamanie kodeksu pracy stało się mniej opłacalne;

VI. Wprowadzenie godzinowej płacy minimalnej przy wszystkich rodzajach umów, w których jest wyrażona godzinowa wysokość wynagrodzenia albo wskazana jest liczba godzin lub inna jednostka czasu, która jest wymagana do przepracowania by otrzymać wynagrodzenie, dzięki czemu umowy c-p przestaną być łatwym sposobem omijania płacy minimalnej, co ograniczyłoby motywację do ich stosowania;

VII. Zobligowanie wszystkich instytucji publicznych do wymagania w przetargach od oferentów zatrudniania na etacie we wszystkich przypadkach, gdy charakter zadania do tego obliguje (dość powiedzieć, że obecnie nie robi tego nawet…Państwowa Inspekcja Pracy), by zatrudnianie na umowach c-p nie było formą zdobywania przewagi kosztowej nad konkurencją przy zamówieniach publicznych.

Pozostaje pytanie, skąd wziąć na to pieniądze. Obciążenie budżetu generowałyby głównie dwa rozwiązania – zmniejszenie oskładkowania umów o pracę po stronie pracodawcy oraz zwiększenie wsparcia w postaci zasiłków dla bezrobotnych. Pierwszy krok wygenerowałby maksymalnie 4,5 mld zł straty dla budżetu. Likwidacja składki rentowej i na FP oraz FGŚP po stronie pracodawcy przy przeciętnym polskim wynagrodzeniu wg GUS (ok.4100 zł) zmniejszyłaby składkę o 371 zł. Przy ok. 12 mln Polakach zatrudnionych na umowach o pracę dałoby to właśnie 4,5 mld zł, lecz trzeba pamiętać, że średnia krajowa jest mocno zawyżona (nie uwzględnia chociażby płac w najmniejszych firmach), więc realny koszt byłby wyraźnie mniejszy. Poza tym w pewnej części byłby on zrekompensowany przez zwiększenie wpływów z oskładkowania wszystkich umów cywilnoprawnych. Koszt wyższych, dłuższych i powszechniejszych zasiłków wyniósłby ok. 12 mld zł. Jeśli objętych byłoby nim 40 proc. zarejestrowanych bezrobotnych, to otrzymywałoby go ok. 712 tysięcy Polaków. Pomnożone przez 1750 zł i 12 miesięcy dałoby to niecałe 15 mld zł, od których należałoby odjąć 3 mld zł, które już teraz wydajemy na zasiłki. Tak więc można bezpiecznie założyć, że cały dodatkowy ciężar dla budżetu z tytułu przeprowadzenia wyżej opisanej reformy wyniósłby około 15 mld zł, czyli 0,9 procenta PKB. Jeślibyśmy zwiększyli o ten niecały procent generalne wpływy sektora finansów publicznych, to wynosiłyby one w Polsce 39,5 proc. PKB, czyli wciąż bylibyśmy grubo poniżej średniej UE (45,2 proc. PKB), krajów naszego regionu takich jak Czechy (40,1 proc.) czy Węgry (47,6 proc.), a nawet raju podatkowego jakim jest Cypr (tamtejsze dochody finansów publicznych to 40,3 proc. PKB). Skąd dokładnie należałoby wziąć ten 1 procent PKB, to już temat dotyczący polskiego niesprawiedliwego i nieefektywnego systemu podatkowego. W każdym razie mówiąc krótko, przez nasz dziurawy jak sito system uciekają nieporównanie większe kwoty. Oczywiście 15 mld zł to, delikatnie mówiąc, całkiem sporo, jednak za stworzenie w końcu w Polsce zrębów w miarę cywilizowanej sieci bezpieczeństwa i uporządkowanie tej stajni Augiasza, zwanej szumnie rynkiem pracy, wydaje się to ceną niewygórowaną.