Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  7 lipca 2015

Za ile sprzedamy polską kulturę? Likwidacja Państwowego Instytutu Wydawniczego

Bartosz Brzyski  7 lipca 2015
przeczytanie zajmie 3 min
Za ile sprzedamy polską kulturę? Likwidacja Państwowego Instytutu Wydawniczego Magdalena Hrdina/flickr.com

Walka o Państwowy Instytut Wydawniczy trwała od lutego 2012 roku, kiedy minister skarbu Aleksander Grad postawił wydawnictwo w stan likwidacji. Wczoraj, na dwa miesiące przed wyborami, Instytut został przejęty przez likwidatora z ramienia Ministerstwa, który ma proces zakończyć. Dlaczego jest to sprawa bulwersująca? Ponieważ zlikwidowanie PIW, w którego obronie petycję podpisał nawet Donald Tusk, nikomu się nie opłaca.  

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że przeciąganie sprawy przez trzy lata było próbą wymęczenia przeciwnika. Zważmy, że od 2012 roku kolejni ministrowie przedstawiali odmienne scenariusze dla Instytutu i unikali debaty z osobami, które wskazywały negatywne konsekwencje decyzji. Nie jest to jednak nic nowego w polskim życiu publicznym. Brak dialogu ze strony rządowej i poczucia obowiązku informowania o planowanych działaniach, chociażby na temat własności należącej do Skarbu Państwa, jest normą, a nie wyjątkiem. 

Zacznijmy jednak od nakreślenia sytuacji, w jakiej znalazł się PIW. W 2012 roku jego dług wynosił blisko 8 milionów złotych. Od tego czasu został on spłacony w 80%; zakończył się także spór o kamienicę przy ulicy Foksal 17 w Warszawie, w której znajduje się siedziba, a jej wartość wynosi ponad 13 mln zł. Cały czas wydawano książki: w samym 2014 roku było to 65 tytułów. Zeszły rok wydawnictwo zamknęło z zyskiem wynoszącym 100 tys. zł. Aby spłacić resztę długów, zamierzano sprzedać niezajmowane dwa piętra kamienicy. Najwyraźniej nie było to istotne dla decyzji o likwidacji.

Instytut zaczął mieć kłopoty w czasie rządów AWS-UW, kiedy dla wszystkich instytucji publicznych nadrzędnym celem stało się zarabianie na siebie. O zmianie paradygmatu myślenia na neoliberalny, co nastąpiło w 1997 roku, i jego implementacji mówił m.in. Maciej Gdula, jako o konieczności urynkowienia instytucji publicznych. Od tamtego momentu placówka miała lepsze i gorsze momenty, a w 2012 roku de facto wydano na nią wyrok. Ministerstwo Skarbu wymyśliło, że przekaże zarówno majątek, jak i kamienicę w ręce Instytutu Książki.

Teoretycznie jest to przekazanie majątku jednej państwowej instytucji innej.

Ale w rzeczywistości prawa zostaną sprzedane wydawnictwom prywatnym. Instytut Książki miałby jedynie zarządzać publikacjami prywatnych podmiotów.

Prawdopodobnie musiałby je też częściowo współfinansować, ponieważ często są to pozycje inteligenckie, które sprzedają się w znikomym nakładzie. Po co więc likwidować Instytut, który właśnie wychodzi na prostą i wydaje istotne, niekomercyjne dzieła literackie? Tym bardziej, że coraz większa liczba autorów nie godzi się na przeniesienie swoich praw autorskich z PIW na Instytut Książki. Możliwe, że Ministerstwo ma argumenty wspierające taką decyzję, ale milczy. Czytelnicy podpisują petycje niczym Donald Tusk w 2011 roku, pojedynczy zaangażowani protestują pod siedzibą na Foksal 17, a my nadal nie wiemy, co się stanie, bowiem dla żadnego ministra najwyraźniej nie jest to sprawa istotna.  

Walka o PIW, czyli walka z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego o to, aby się nim zainteresowało, to dla obywateli ciąg klęsk. Już w 2008 roku minister skarbu Hubert Łaszkiewicz zapowiedział prywatyzację do końca 2011 roku szeregu spółek zajmujących się kulturą. Część z nich wykazywała zyski, część straty, jednak dla decyzji Ministerstwa nie miało to znaczenia. Polskiego Wydawnictwa Muzycznego, Studia Filmów Rysunkowych z Bielska-Białej, Studia Miniatur Filmowych z Warszawy oraz Studia Filmowego Polska Kronika Filmowa z Warszawy nie udało się sprywatyzować, ponieważ zwyczajnie nie było chętnych. Dlatego w styczniu bieżącego roku na mocy ustawy przekształcono je w instytucje kultury. Przeszły pod zarząd Ministerstwa Kultury, są niedochodowe, ale posiadają istotne prawa autorskie stanowiące o ich wartości. Uchowały się, ponieważ nie znalazł się kupiec.

Niestety znalazł się nabywca na Polskie Nagrania, które posiadały prawa do 40 tys. nagrań – sprzedano je za dokładnie 8 mln 100 tys. zł. Warner Music Poland. Sprzedano wszystko: prawa autorskie, siedzibę, markę.

Ile jest warta polska kultura? Kilka, może kilkanaście milionów? To bardzo smutne, że obywatele muszą walczyć z ministrem kultury i dziedzictwa narodowego nie tyle o zmianę decyzji, ale o zainteresowanie się tematem i ustosunkowanie do sprawy. To bardzo smutne, że za plecami tych ministrów i polityków pojawiają się osobistości kultury, promując ich decyzje swoim autorytetem. To wreszcie bardzo smutne, że od 2008 roku PIW walczył z już napisanym epitafium.