Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Wójcik  14 czerwca 2015

Tragiczna rywalizacja w Podziemiu

Bartosz Wójcik  14 czerwca 2015
przeczytanie zajmie 6 min
Tragiczna rywalizacja w Podziemiu flickr.com

Popkulturowa prostota odwołań do legendy Państwa Podziemnego i Armii Krajowej sugerowałaby wewnętrzną jednolitość ich struktur. Tymczasem historyczna rzeczywistość była zdecydowanie bardziej skomplikowana. Współtworzące je organizacje różniły się proweniencją ideową i pomysłami na powojenną Polskę. Do dziś nie wyjaśniona seria mordów oraz denuncjacji, których ofiarą padli oficerowie i współpracownicy Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, pokazuje, że wewnętrzne różnice mogły prowadzić do śmiertelnych konsekwencji.

W połowie czerwca 1944 roku podziemiem wstrząsnęła informacja o zabójstwach, których ofiarą padli inż. Jerzy Makowiecki z żoną Zofią oraz dr. Ludwik Widerszal. Obaj zajmowali wysokie stanowiska w odpowiadającym za propagandę i linię polityczną oddziale Komendy Głównej AK. Sprawa była o tyle szokująca, że od początku wszystko wskazywało na polską inspirację oraz wykonawstwo obu mordów. Nie był to jednak koniec ciosów. Miesiąc później, w wyniku denuncjacji, gestapo aresztowało prof. Marcelego Handelsmana oraz Halinę Krahelską. Czystki szczęśliwie uniknęli Tadeusz Manteuffel oraz Kazimierz Moczarski. Wszyscy oni byli reprezentantami lewicującej inteligencji skupionej w Stronnictwie Demokratycznym (SD) – choć niezbyt licznym, to cieszącym się dużymi wpływami, szczególnie w strukturach Biura Informacji i Propagandy (BIP) przy dowództwie AK.

Śledztwo podjęte przez akowski kontrwywiad oraz nieoficjalne dochodzenie prowadzone na własną rękę przez towarzyszy zamordowanych szybko ustaliły bezpośrednich sprawców.

Do oficerów BIP strzelali zmanipulowani, przekonani, że wykonują wyrok na zdrajcach, członkowie współpracującej z Delegaturą Rządu grupy „Sudeczki”, czyli Andrzeja Popławskiego. Nie przyniosło jednak odpowiedzi na pytanie zasadnicze – skąd wyszła inspiracja akcji.Podejrzenia niemal automatycznie padły na Narodowe Siły Zbrojne (NSZ), które od dawna szczególnie mocno atakowały środowisko BIP-u „przesiąkniętego – jak przekonywali narodowcy – komunistycznymi jaczejkami”.

BIP-owcy bynajmniej nie pozostawali dłużni co jakiś czas uderzając w NSZ na łamach cieszącej się wysokim autorytetem akowskiej prasy, utrudniając tym samym trwające pertraktacje scaleniowe. Prawdopodobieństwo podjętego tropu potwierdzał fakt, że z początkiem roku w podziemnej Warszawie zaczął krążyć pochodzący z kręgów NSZ elaborat Żydzi w ZWZ, demaskujący prawdziwe nazwiska licznych pracowników BIP. Także tych, którzy paść mieli ofiarą nadchodzącej czystki.

Przekonanie o NSZ-owskiej odpowiedzialności za powyższe morderstwa, choć nigdy nie potwierdzone, utrzymywało się przez lata. Z czasem jednak –  wersja przyjęta a priori w roku 1944 – zaczęła być podważana. Okazało się bowiem, że zaangażowana w sprawę była nieformalna, na swój sposób mafijna grupa działająca na styku kontrwywiadu AK oraz Delegatury Rządu na Kraj.

Ludzie ci – jak stwierdzał kurier emigracyjnego rządu, Tadeusz Chciuk, który miał okazję konferować z jej członkami niemal równolegle do tragicznych wydarzeń – oceniając stan ideowy podziemia wiosną 1944 roku jako katastrofalny, a działalność tak AK, jak i Delegatury, jako zbrodniczą, jedyny ratunek dla sprawy polskiej widzieć mieli w dokonaniu „wstrząsających przemian” uzdrawiających „nienormalne i niemoralne stosunki panujące w podziemiu”.

O kim mowa? Historycy ustalili dotąd jedynie kilka nazwisk, spośród których figurą najważniejszą był Witold Bieńkowski „Kalski” – wywodzący się z katolickiego Frontu Odrodzenia Polski (FOP), wysoki funkcjonariusz Delegatury Rządu, a zarazem szef jej Referatu Żydowskiego. Wśród najbliższych współpracowników „Kalskiego” znaleźli się oficerowie kontrwywiadu AK: tajemniczy – ze względu na swoje powiązania z konspiracyjnym ruchem syndykalistycznym najmniej pasujący do układanki – Władysław Niedenthal, wywodzący się z ONR Władysław Jamontt oraz bracia Aleksander i Tadeusz Kelusowie. Co ciekawe, a zarazem jeszcze bardziej komplikujące sprawę, trzej ostatni – zarówno z racji swoich obowiązków, jak i własnych poglądów – pozostawali w bliskim kontakcie ze strukturami wywiadowczymi NSZ.

To oni, z inicjatywy „Kalskiego” mieli „nadać akcję” bezpośrednim wykonawcom. Wydaje się jednak mało prawdopodobne, by wspomniana nieformalna grupa nie miała nad sobą żadnego zwierzchnictwa. Bieńkowski był człowiekiem szerokich wpływów (wykorzystał je natychmiast, spychając – jak się okazało – śledztwo na boczny tor) i jeszcze większych ambicji, jednak wątpliwym jest, by z własnej inicjatywy podjął się akcji uderzającej w oficerów AK zajmujących tak istotne stanowiska. Makowiecki był szefem Wydziału Informacji, de facto drugą osobą w stanowiącym newralgiczną komórkę Komendy Głównej AK BIP-ie!

Za przekonaniem, że „Kalski” nie figurował na szczycie rzeczonej układanki zdaje się przemawiać jeszcze jeden tajemniczy element całej sprawy. W lipcu w niejasnych okolicznościach za sprawą akowskiego wywiadu zlikwidowany został dowódca oddziału, który strzelał do Widerszala i Makowieckiego. Jego śmierć istotnie ograniczyła możliwość pełnego rozwikłania sprawy, co wzmacnia przypuszczenie, że nad grupą „Kalskiego” stać mógł ktoś o szczególnych wpływach. Ciągle jednak pozostajemy w sferze domysłów.

To nie koniec znaków zapytania związanych z najgłośniejszym mordem bratobójczym w łonie Podziemnego Państwa. Do dziś nie znamy też rzeczywistego motywu, który ściągnął śmierć na oficerów AK. Przez lata pojawiały się tu różne tropy. Powodów czystki doszukiwano się w radykalizmie społecznym ofiar, nieakceptowalnym dla skrajnej prawicy. W świetle innej, bardzo popularnej wersji, odpowiedzią na pytanie – dlaczego? – miało być rzekomo żydowskie pochodzenie zgładzonych. O ile trop ten mógł uchodzić za prawdopodobny przy przyjmowanej przez lata powszechnie odpowiedzialności NSZ, o tyle wydaje się dość ryzykowny, gdy weźmiemy pod uwagę istotną w „przedsięwzięciu” rolę „Kalskiego”. Jego zasługi dla ratowania Żydów są bowiem niezaprzeczalne.

Według innych interpretacji w grę wchodzić miały wolnomularskie powiązania pracowników BIP-u. Taki też kierunek wskazywało jedno z pism NSZ, które całą sprawę przedstawiło – demaskując przy okazji żyjących jeszcze wówczas, znajdujących się w rękach Niemców Handelsmana i Krahelską, a zarazem zaprzeczając własnej odpowiedzialności – jako usunięcie „masońskich sprężyn” z łona AK.

Wszystkie te motywy łączone były z oskarżeniami o rzekomą „robotę prosowiecką”. Ani życiorys Makowieckiego – oficera wywiadu w czasie wojny polsko-bolszewickiej, konsekwentnie zwalczającego wpływy komunistyczne w rodzącym się na przestrzeni ostatnich lat międzywojnia SD, ani Widerszala – młodego, zafascynowanego Anglią, z racji zainteresowań naukowych związanego z antysowieckim Ruchem Prometejskim, historyka, nie potwierdzają rzeczonych zarzutów. Podobnie zresztą, jak ślady ich działalności w BIP.

W jednej z analiz opracowanych ponad rok przed tragicznymi wydarzeniami, a sygnowanej pseudonimami obu ofiar, stwierdzano: „Należy się liczyć z dalszym montowaniem w Rosji jakichś zalążków »radzieckiej Polski« jako stałego narzędzia szantażu i wzmożeniem akcji »k« [komunistycznej – red.] w kraju, która może przybierać charakter coraz bardziej dywersyjny w stosunku do polskich ośrodków dyspozycyjnych”. Dalej radzono zintensyfikowanie propagandy antysowieckiej, poprzez wykorzystanie doniesień o zbrodni katyńskiej. Równolegle nadmieniano jednak o konieczności wypracowania realistycznego wobec Sowietów stanowiska.

Właśnie ten ostatni element, w którym zarówno Makowiecki, jak i Widerszal, brali pod uwagę ewentualne ustępstwa terytorialne na Wschodzie jako cenę za zachowanie niepodległości, budził największe kontrowersje. Warto przytoczyć tu kluczowy fragment głośnego artykułu z wiosny 1944 roku, którego autorem był zamordowany szef Wydziału Informacji BIP. Dostrzegając zaborczość polityki sowieckiej, zwracał on uwagę na zagrożenia związane z dysproporcją między argumentami Moskwy oraz Rządu RP. „Niestety – stwierdzenie słuszności naszego stanowiska i oczywistości naszych praw nie przysporzy Anglosasom ani jednej dywizji pancernej! Przed nami […] dylemat: kompromis graniczny, niepozbawiony niebezpieczeństw czy ryzyko całkowitej utraty niepodległości […]. Lecz jak daleko mógłby pójść ten kompromis, to może rozstrzygnąć tylko rząd polski. Nie my w Kraju, ale oni w Londynie znają rzeczywisty układ sił. Cokolwiek uczynią – winniśmy udzielić im całkowitego poparcia. Sądzić będzie historia” – pisał.

Faktem jest, że wspomniane stanowisko wiosną 1944 roku na politycznej mapie podziemia wiernego Rządowi RP było jeszcze ewenementem. Artykuł wywołał szereg negatywnych komentarzy, wydatnie zagęszczając atmosferę wokół BIP-u, i – jak wiele wskazuje – znacząco przyczyniając się do serii późniejszych tragedii. Nie pomogło podpisanie przez SD głośnej odezwy Do Narodu Polskiego demaskującej Polską Partię Robotniczą (PPR), jako płatną agenturę działającą w interesie Moskwy.

W kontekście oskarżenia BIP-owców o rzekomą prosowieckość, warto pamiętać, że rok później w tym samym kierunku, próbując za wszelką cenę ratować niepodległość, poszło kierownictwo Polskiego Państwa Podziemnego, które w odezwie z 22 lutego 1945 roku „przyjęło” postanowienia jałtańskie. Niestety, jak pokazać miał najbliższy czas, nie tylko nieustępliwa koncepcja „romantyczna”, ale także ugodowa – „realistyczna” – nie miały w tragicznych okolicznościach tamtych dni szans realizacji.

Dziś wiemy, że w środowisku demokratów rzeczywiście ulokowani zostali agenci pracujący na rzecz Kremla. Przez dokonaną latem 1944 roku czystkę, mającą „wstrząsnąć podziemiem”, przeszli oni jednak suchą stopą. W przeciwieństwie do zamordowanych, nie wychylając się w poszukiwaniu dróg wyjścia z patowej sytuacji, pozostawali niewidoczni dla rodzimych fanatyków.

Na ironię losu zakrawa fakt, że Witold Bieńkowski, przynajmniej częściowo odpowiedzialny za samowolną próbę przewartościowania podziemia, dość szybko odnalazł się w powojennej rzeczywistości. Już w 1945 r. został redaktorem naczelnym tygodnika „Dziś i Jutro” wydawanego przez niegdysiejszego lidera głośnej „Falangi”, Bolesława Piaseckiego, a ledwie dwa lata później – posłem na Sejm Ustawodawczy. Inaczej potoczyły się losy przyjaciela zamordowanych, również związanego z SD i BIP-em Kazimierza Moczarskiego, który w tamtych dniach także otarł się o śmierć, a w nową rzeczywistość wchodził już w strukturach antykomunistycznej Delegatury Sił Zbrojnych. Aresztowany w sierpniu 1945 roku, przesiedział w stalinowskich więzieniach 11 lat, z czego część w jednej celi z dowódcą akcji pacyfikacyjnej warszawskiego getta – Jurgenem Stroopem. Efektem tragicznych doświadczeń Moczarskiego było powstanie głośnych Rozmów z katem – pozycji stanowiącej uniwersalne studium politycznego fanatyzmu i bezwzględności, których nie zabrakło niestety w kontekście przypomnianej wyżej sprawy