Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski, Maciej Gdula  16 maja 2015

Gdula: ’89 nie był najważniejszy. Polskie problemy z modernizacją

Bartosz Brzyski, Maciej Gdula  16 maja 2015
przeczytanie zajmie 10 min
Gdula: '89 nie był najważniejszy. Polskie problemy z modernizacją Vinoth Chandar/Flickr.com

Dzisiejszy charakter polskiej rzeczywistości w dużej mierze wyznacza sojusz klasy wyższej i średniej. Kluczowe pytanie jakie należy teraz postawić brzmi: czy możliwe jest zaistnienie procesu w wyniku którego dojdzie do stworzenia nowego bloku historycznego? Klasa średnia i niższa mogą zjednoczyć się na froncie walki o szeroki dostęp do usług publicznych wysokiej jakości bez względu na zasobność portfela oraz w walce o przyzwoite płace pracowników zarówno w sektorze publicznym, jak i na rynku. A intelektualiści? Nie mogą zamykać się w „złotej klatce”, ale poza zakładaniem partii politycznej istnieją dla nich jeszcze inne możliwości oddziaływania na zmiany społeczne. Bartosz Brzyski rozmawia z dr Maciejem Gdulą.

„Krytyka Polityczna” to jedno z największych środowisk intelektualnych w Polsce. Czy  to właśnie z tego powodu wchodząc na Dziennik Opinii lub czytając kwartalnik tak trudno jednoznacznie zidentyfikować Waszą agendę?

W historii naszego środowiska możemy wyróżnić trzy zasadnicze etapy. Pierwszy odnosi się do samych początków, kiedy Krytyka startowała jako pluralistyczny kwartalnik, którego ambicją było stworzenie przestrzeni dla konfrontacji różnorodnych opinii. W naszym przekonaniu w okolicach 2001 r. polska debata publiczna była jednokierunkowo sformatowana. Ton dyskusji wyznaczał mainstream: z jednej strony Gazeta Wyborcza, z drugiej Rzeczpospolita. Do tego telewizje działające na „oprogramowaniu” tych dzienników oraz ich publicystów. W tak zaprojektowanej przestrzeni medialnej nie było miejsca na faktyczną krytykę kształtu naszej transformacji ustrojowej, modernizacji czy kwestii światopoglądowych. Krytyka Polityczna stawiała sobie ambitny cel przynajmniej częściowej zmiany tego negatywnego stanu rzeczy. Etap drugi nastąpił po „aferze Rywina”, kiedy debata publiczna została już trochę „odblokowana”. Wówczas nasze środowisko postawiło sobie za cel zapełnienie bolesnej luki, jaką był brak realnej lewicowej narracji o polskiej rzeczywistości politycznej, społecznej czy ekonomicznej. W naszym przekonaniu lewica w naszym kraju potrzebowała nowego języka w diagnozowaniu problemów i wyzwań jakie stały przed Polską. Etap trzeci, który można datować od 2010 r. to powrót do bardziej pluralistycznego oblicza środowiska. Wciąż jednak istnieje wspólny mianownik: krytyka modernizacji forsowanej jako bezrefleksyjna imitacja „zachodnich” wzorów; pewien rodzaj euroentuzjazmu, ale nie pozbawiony krytyki instytucji unijnych; kwestie światopoglądowe, jak domaganie się równości kobiet czy rozwiązań politycznych dotyczących cielesności. Ważnym nurtem jest refleksja nad tym, jak urządzać polityki publiczne, jak kształtować wspólnotowe rozwiązania związane z usługami publicznymi. Ten ostatni wątek jest mi  szczególnie bliski, ze względu na moje zainteresowania naukowe dotyczące klasy średniej, która w Polsce bardzo mocna związana jest z sektorem publicznym.

Skupmy się przede wszystkim na modernizacji. Jak Wasze środowisko ją diagnozuje i jakie jej aspekty poddaje krytyce?

Moim zdaniem to, co stanowi dla nas wyzwanie, ale też w ogóle wyzwanie dla wszystkich środowisk intelektualnych, to przemyślenie polskiej historii po 1945 roku na nowo. Zrozumienie współczesności możliwe będzie, kiedy wyzwolimy się z pewnych ram pojęciowych, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Zwłaszcza do ‘89 roku jako punktu granicznego- istotnego jako momentu przyspieszenia urynkowienia i procesu deindustrializacji oraz symbolicznego przejścia z systemu realnego socjalizmu, gdzie adresatem roszczeń społeczeństwa było państwo, do modelu samodzielnego zaspokajania własnych potrzeb. Istotnego, ale nie kluczowego i przełomowego, bo stanowiącego tylko pewien punkt dłuższego procesu zmian.  

Rozszerzając perspektywę z ostatnich 25 lat na okres PRL, powinniśmy bardzo mocno zwrócić uwagę na rok 1970. Był to bowiem moment, kiedy doszło do porzucenia dotychczasowego paradygmatu organizacji społeczeństwa. Ostatecznie odeszliśmy wówczas od modelu budowania społeczeństwa równych pod kątem materialnym obywateli. Nastąpiło również przejście od modelu kolektywnego do położenia nacisku na indywidualizację. Zarówno władza, jak i opozycja zaczęły mówić nowym językiem; pojawiły się hasła o aktywnych jednostkach i aktywnym społeczeństwie. Nieprzypadkowo oglądając dziś serial Czterdziestolatek nie mamy problemu ze zrozumieniem czy utożsamieniem się z problemami inżyniera Karwowskiego i jego rodziny. W tym kontekście okres rządów Gierka to preludium to czasów nam współczesnych. Na pewno do roku 1988 system działał hybrydowo, oczywiście z dominacją własności państwowej, ale jednocześnie w coraz większym stopniu umożliwiano rozwój prywatnego biznesu. I nie chodzi tutaj wyłącznie o badylarzy, lecz o rosnącą liczbę drobnych przedsiębiorstw. W roku 1976 w życie wchodzi ustawa dopuszczająca zatrudnianie przez drobnych przedsiębiorców siły roboczej, która nie należy do ich rodziny- ten akt prawny przyniósł de facto kres doktrynie o uspołecznieniu środków produkcji. Zwieńczeniem tego procesu były oczywiście przemiany gospodarcze przygotowane przez PZPR, a po roku 1989 wprowadzane już przez Leszka Balcerowicza.

Niezwykle niedocenianą datą jest również rok 1997. Tymczasem słynne reformy rządu Jerzego Buzka doprowadziły do rozbicia fordowskiego modelu instytucji sektora publicznego. Istotą tych zmian było porzucenie stabilności i długiej perspektywy trwania na rzecz zmienności, elastyczności oraz skrócenia perspektywy uczestnictwa w konkretnych instytucjach. Wymowny przykład to reforma edukacji i zmiana modelu 8+4 na 6+3+3. Przedłużeniem reform Buzka była także reforma rynku pracy z roku 2002, uelastyczniająca stosunki pracy. Konsekwencje tych zmian były może trudno dostrzegalne na pierwszy rzut oka, ale zasadnicze. Zmieniły one bowiem nasze myślenie i postrzeganie instytucji jako części naszego życia. Zostaliśmy zachęceni do potraktowania swojego życia jako serii nieustannych wyborów, ciągłej zmiany otoczenia, w którym funkcjonujemy. W ten sposób zamiast pewnej pośredniej zachęty do budowy i reformy istniejących instytucji otrzymujemy sugestię, że jak nie podoba nam się miejsce pracy to należy je szybko zmienić; wizja stabilnej pracy została zastąpiona przez kolekcjonowanie kolejnych wpisów do CV. Rewersem tych zmian było postępujące ujednostkowienie społeczeństwa. Jednocześnie mieliśmy do czynienia z urynkowieniem kolejnych obszarów naszego życia. Dzisiejszym echem tego procesu jest wciąż podnoszona kwestia deregulacji zawodów czy postępująca komercjalizacja służby zdrowia.

Innym wymiarem modernizacji jest kwestia wejścia Polski do UE i związana z tym dynamika procesu europeizacji. Ma ona dwa wymiary. Pierwszy, najbardziej widoczny, odnosi się do zmian infrastrukturalnych: płatne autostrady, budynki filharmonii czy uniwersyteckie kampusy. Z ich powstania korzysta przede wszystkim klasa wyższa i średnia. Natomiast na samym procesie ich tworzenia skorzystali już pracownicy fizyczni- i to jest drugi z wymiarów europeizacji. Dzięki tym inwestycjom infrastrukturalnym nastąpił wzrost realnych płac, które od 1997 r. stały praktycznie w miejscu. Tak rozumiany proces europeizacji pozwolił więc podnieść poziom życia nie tylko tym, który kilkanaście lat wcześniej wygrali na transformacji ustrojowej- wykształconym, znającym języki, pracującym w powstających masowo zagranicznych korporacjach. Na poziomie makro europeizacja pozwoliła odwrócić trend obecny w krajach Zachodu. W Polsce doszło bowiem do spowolnienia rosnących nierówności społecznych, a według niektórych badań te nierówności maleją. Ostatnia kwestia to związane z obsługą środków europejskich wzmocnienie administracji publicznej, a tym samym wzmocnienie polskiej klasy średniej.  

Niezwykle istotnym wymiarem społecznej modernizacji jest tzw. polityka opieki. Obejmuje ona m.in. kwestie związane ze żłobkami, przedszkolami, edukacją, opieką nad ludźmi starszymi oraz związane z tym obszary służby zdrowia. Polityka opieki stara się odpowiadać na wyzwania wynikające ze zmieniającego się modelu życia społecznego. Z jednej strony odchodzimy od klasycznego modelu rodziny wielopokoleniowej czy sytuacji, w której matka decyduje się poświęcić swoją karierę zawodową na rzecz gospodarowania domem i opieki nad dziećmi. Z drugiej, wyjściem nie może być też pełne urynkowienie usług związanych z edukacją przedszkolną czy opieką nad ludźmi starszymi. W konsekwencji otrzymujemy rodzinę, której nie stać na prywatne żłobki i domy starców; która ma dzieci a ich posiadanie stanowi istotną część ich pomysłu na życie; i która jednocześnie chce rozwijać się zawodowo oraz korzystać z wolnego czasu. Tak zdefiniowane problemy stanowią jedno z kluczowych wyzwań przed jakim stoi dziś polskie państwo.   

No właśnie, państwo. Dyskutując o nim, prawica najczęściej łączona jest z pojęciem narodu i patriotyzmu, lewica ma zwracać uwagę na interesy klasowe, jako element spajający społeczeństwo.

W tradycji doktryn politycznych napięcie między perspektywami nacjonalistycznymi i klasowymi polegało na tym, że nacjonalizm stwierdzał, że istnieje pewna wspólnota polityczna zorganizowana wokół materialnych oraz symbolicznych żywotnych interesów poszczególnych grup. Natomiast perspektywa klasowa pokazywała, że nie ma czegoś takiego jak jedność tych grup a ich interesy pozostają zawsze w sprzeczności. W ten sposób perspektywa klasowa przenosiła konflikty z poziomu międzynarodowego, co było charakterystyczne dla wizji rywalizujących ze sobą państw i narodów w perspektywie nacjonalistycznej, na poziom wewnątrzpaństwowy.

Myślę, że przyjęcie perspektywy klasowej nie wyklucza się z optyką narodową, ale w bardziej złożony sposób. Oznacza to, że w danym momencie mamy do czynienia z pewną hegemonią, na przykład z układem sił klasowych. W Polsce jest to sojusz między klasą wyższą, czyli kapitalistami a klasą średnią. Przejawia się on na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze na poziomie stylu życia, do którego aspiruje klasa średnia, po drugie na poziomie identyfikacji z interesami klasy wyższej w takich obszarach jak obniżanie podatków, komercjalizacja sektora publicznego czy zmniejszanie roli państwa. W ten sposób otrzymujemy pewien blok historyczny, który teraz dominuje i który wyznacza w znacznej mierze charakter polskiej rzeczywistości. Natomiast czy ma pełny wpływ na to jak ona jest kształtowana? Jak już wspomniałem, istnieją również procesy europeizacji, których wpływu nie wolno pomijać. W przypadku klasy niższej mamy do czynienia z dwoma istotnymi czynnikami, warunkującymi jej specyfikę i kształt. Po pierwsze jest ona silnie zglobalizowana. Możliwość świadczenia pracy za granicą wpływa na zarobki części pracowników fizycznych, poprawiając ich poziom życia, choć trzeba też zaznaczyć, że wiążą się z tym inne koszty takie jak rosnąca liczba „rodzin na odległość” czy rozbicie wspólnot lokalnych. Druga kwestia to zmiany jakie pociągnęła za sobą deindustrializacja naszego kraju. W konsekwencji klasa robotnicza w dużej części przeniosła się z miast do wsi, a rozdrobnienie przemysłu wpłynęło na to, że nie stanowi już jednolitego aktora na scenie polityczno-społecznej jak miało to miejsce kiedyś.

Kluczowe pytanie jakie należy teraz postawić brzmi: czy możliwe jest zaistnienie procesu w wyniku którego dojdzie do stworzenia nowego bloku historycznego? Na przykład sojuszu klasy średniej i niższej przeciwko kapitalistom. Sam uważam, że jest to możliwe, a narzędziem budowania takiego bloku mogłaby być polityka opieki. W ten sposób klasa średnia i niższa zjednoczyłyby się na froncie walki o szeroki dostęp do usług publicznych wysokiej jakości bez względu na zasobność portfela oraz w walce o przyzwoite płace pracowników zarówno w sektorze publicznym, jak i na rynku. Wracając więc na koniec do państwa narodowego – taki blok historyczny ma zdolność kształtowania polityki w państwie narodowym i w tym sensie stwierdzenie Marksa, że „państwo zawsze jest komitetem wykonawczym kapitalistów” jest zbyt dogmatyczne. Przy pewnym układzie stosunków klasowych państwo może bowiem służyć interesom innych klas niż klasa kapitalistyczna i klasy, która pozostają z nią w sojuszu. Widzę taką możliwość, że przy zmianie linii konfliktu klasowego w Polsce państwo narodowe może służyć bardziej „dołowi” niż „górze”.

Wydaje się, że kluczową rolę do odegrania w tym procesie ma klasa średnia. Dlatego chciałem zapytać się o spojrzenie Krytyki Politycznej na miasto- miejsce, gdzie przede wszystkim należy szukać przedstawicieli klasy średniej. Odnoszę wrażenie, że dyskutując o mieście zbyt mocno skupiacie się na kwestiach komfortu życia, natomiast brakuje w Waszym spojrzeniu szerszej perspektywy państwowej oraz umieszczenia miasta w kontekście wyzwań metropolitalnych, gospodarczych  czy ustrojowych.

Sprowadzenie naszego spojrzenia na miasto do kwestii stylu życia jest niesprawiedliwe. Spoglądając na ruchy miejskie analizuje je przez pryzmat krytyki polskiej modernizacji. Rzeczywiście na pierwszym etapie, który mamy już za sobą, koncentrowano się na kwestiach estetycznych i ułatwieniach dla klasy średniej: ławki, parki, kwestia dostępności trawników miejskich do wypoczynku. Dzisiejsze ruchy miejskie odeszły jednak od tej jednostronnej perspektywy. W przeciwieństwie do lat 90., kiedy wszelkie sygnalizowanie potrzeb materialnych, zwiększania standardu życia, były dezawuowane jako wstydliwe roszczenia, dzisiaj nie ma już zgody na ciągłe zaciskanie pasa, bez perspektywy jego końca. I ruchy miejskie są właśnie wyrazicielami tego sprzeciwu. Zamiast skupiania się na kwestiach estetycznych czy ograniczania postulatów do klasy średniej, mamy do czynienia ze zmianą myślenia. Ruchy miejskie sprzeciwiają się usuwaniu z centrów miast lokatorów mieszkań komunalnych, bo ich obecność psuje estetykę i elegancję tych obszarów. Nie interesuje nas wizja miasta – widokówki, skrojonego pod potrzeby turystów. Zamiast tego skupiamy się na takich sprawach jak dostęp do przedszkoli i żłobków; jesteśmy za małym biznesem  przeciwko sieciom handlowym; za rzemieślnikami przeciwko centrom handlowym. Pragniemy, żeby miasta były zróżnicowane, nie chcemy ich podporządkowywać logice akumulacji. Mam wrażenie, że to jest nowy nurt krytyki modernizacji, która łączy się choćby z zarysowaną wcześniej polityką opieki.

Dzisiejsze elity polityczne w Polsce nie są zainteresowane inspiracją i wsparciem ze strony środowisk intelektualnych. Czy w tych okolicznościach nie należy szukać płaszczyzn porozumienia między organizacjami o różnych profilach ideowych w celu wspólnego wywierania presji na politykach? Klub Jagielloński jest postrzegany jako środowisko konserwatywne, Krytyka Polityczna jako środowisko lewicowe. Dostrzega Pan obszary, gdzie moglibyśmy podać sobie dłonie?

Wydaje mi się, że tak. Ja zresztą czuję się coraz bardziej konserwatystą a nie oświeceniowym liberałem. Nie w tym sensie, że myślę o ochrzczeniu się i nadaję na falach „Bóg, honor, ojczyzna”. To jest konserwatyzm polegający na uwzględnianiu oporu rzeczywistości oraz lokalnej specyfiki w kształtowaniu świata społecznego. Nie tyle przyłączam się do konserwatystów, ale staram się raczej ten konserwatyzm „zlewicować”.

Myślę, że możemy zidentyfikować trzy pola porozumienia i współpracy. Pierwsze z nich dotyczy sprzeciwu wobec pewnych tendencji modernizacyjnych, które polegają na wzmacnianiu indywidualizacji i które tak naprawdę atomizują społeczeństwo, osłabiając jej pozycję wobec rynku. Tymczasem same podmioty rynkowe- korporacje i stowarzyszenia przedsiębiorców ani myślą o „indywidualizacji” swojego działania. W konsekwencji otrzymujemy model, w którym wielkie firmy stają naprzeciwko pojedynczych pracowników, co zdecydowanie ułatwia im dyktowanie wygodnych dla nich warunków pracy.

Drugi obszar to krytyka takiego modelu radykalnej modernizacji, która zakłada demontaż dotychczasowych instytucji i projektowanie w zamian nowego człowieka i nowego społeczeństwa. Za przykład może posłużyć taki model zorganizowania uniwersytetów, aby stworzyć w Polsce kilka wiodących ośrodków akademickich, rywalizujących o jak najwyższe miejsce w rankingu szanghajskim. Fundujemy sobie w ten sposób uczelnie oderwane od lokalnych problemów, a coraz bardziej związane z międzynarodowym obiegiem wydawniczym i artykułowym. To znaczy, że będą one traktowały lokalność, na przykład polskość, właśnie jako zasób, jako pole badawcze a nie jako pewne zobowiązanie.

Trzeci obszar to troska o stan debaty publicznej; sprzeciw wobec modelu, w którym wystarczy przeczytać krótki komentarz w gazecie, aby wyrobić sobie zdanie o świecie. Tymczasem nawet uniwersytety coraz mocniej przekształcają się w fabryki grantów, gdzie kluczowy nie jest wysiłek zrozumienia i interpretacji otaczającej nas rzeczywistości, ale przystosowanie się do logiki produkcji kolejnych referatów i artykułów publikowanych w wysoko punktowanych czasopismach naukowych. Pytanie tylko co z tych publikacji realnie wynika?

Uniwersytet kapituluje z roli kształtującego debatę publiczną a jego miejsce zajmują środowiska intelektualne, działające poza jego obszarem. Pytanie tylko czy sama dyskusja jest działaniem wystarczającym. Ryzyko zamknięcia się w „złotej klatce” jest poważne jeśli naszych pomysłów nie próbujemy przekuwać w konkretne inicjatywy społeczne czy polityczne.

Wysuwanie tego typu roszczeń wobec świata intelektualistów wydaje mi się zasadne i potrzebne, ale jednocześnie obawiam się, że przekraczają one jego możliwości. Sam pomysł, nawet najlepszy, nie wystarczy. Po pierwsze trzeba zespołów specjalistów, którzy przekują idee na konkretne projekty legislacyjne, po drugie potrzeba umiejętności wpływu, aby te projekty zamienić następnie na obowiązujące prawo. Tymczasem przykład obywatelskich inicjatyw ustawodawczych pokazuje, że jest to mało prawdopodobne.   

Jednocześnie nie sprowadzałbym intelektualistów wyłącznie do roli pięknoduchów, oderwanych od rzeczywistości. Dyskusje nie kończą się zawsze w kawiarni; wpływ kwartalników, pism intelektualnych, portali internetowych, sensownych publikacji naukowych, chociaż pośredni, to wciąż jest realnym wpływem na kształt debaty politycznej. To często właśnie intelektualiści wykuwają podstawowe argumenty, które politycy wykorzystują później w swoich sporach.

Z jednej strony sprzeciwiam się antypolitycznym nastrojom wśród intelektualistów i zamykaniu się przez nich w swoim własnym, hermetycznym, nieraz wręcz sekciarskim świecie. Z drugiej nie oczekuje, że nagle intelektualiści zaczną zakładać partie polityczne. To co wydaje mi się istotne, to gotowość intelektualistów do porzucenia swojej ideologicznej czystości na rzecz wejścia w kontakt czy współpracę z innymi grupami czy podmiotami życia społecznego. Chodzi tutaj zarówno o partie polityczne, jak i związki zawodowe związane z sektorem publicznym, które wciąż stanowią dużą siłę, mobilizują tysiące ludzi do wyjścia na ulicę i dzięki temu mogą wywierać skuteczną presję na rząd, polityków oraz kształt debaty publicznej. Drugą kwestią jest działalność społeczna. Przykład ruchów miejskich pokazuje, że co jakiś czas w ludziach kumuluje się energia, która może realnie wpływać na zmianę otaczającej nasz rzeczywistości. Poza zakładaniem partii politycznej istnieje więc szerokie pole do zmiany rzeczywistości, które może zostać zagospodarowane przez intelektualistów.

Rozmawiał Bartosz Brzyski