Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kłosowski  8 maja 2015

Gdy skończą się roztopy. „Trzecia wojna światowa. Bitwa o Ukrainę”

Michał Kłosowski  8 maja 2015
przeczytanie zajmie 5 min
Gdy skończą się roztopy. „Trzecia wojna światowa. Bitwa o Ukrainę” flickr.com

Kiedyś to były Dzikie Pola – abstrakcyjny obszar, niemalże niemożliwy do ogarnięcia wzrokiem i wyobraźnią; miejsce, po którym raz po raz przetaczały się armie, z Zachodu na Wschód i z powrotem. Śledząc ostatnie wydarzenia, można odnieść wrażenie, że zmieniło się niewiele.

Rok 2000. Jurij Felsztinski pisze głośną książkę „Wysadzić Rosję”, której współautor Aleksander Litwinienko ginie kilka lat później, otruty w Londynie. Cały świat zastanawia się, co tak naprawdę wydarzyło się z państwem, które w ciągu kilku lat zeszło z drogi gospodarczych reform i zaczęło mordować własnych obywateli. Na dodatek za granicą, w spokojnej wydawać by się mogło Europie, gdzie historia dawno się skończyła.

Tymczasem Felsztiński twierdzi, że przewidział rozwój wypadków i drastyczną zmianę kursu rosyjskiej polityki. Kilka lat później pisze kolejną książkę „Korporacja zabójców. Rosja, KGB i prezydent Putin.

Tym razem nikt nie ginie, choć tezy w niej zawarte nie są wcale mniej rewolucyjne od tych, na których bazowało pierwsze dzieło. Felsztinski jak mantrę powtarza, że śmierć Litwinienki, wojny czeczeńskie i przejęcie w Rosji władzy przez ludzi służb to nie pojedyncze, odizolowane od siebie wydarzenia, lecz część zakrojonej na szeroką skalę akcji, która ma zdruzgotać europejski ład.

Przecież nie zabija się ludzi za publikacje; nie wywołuje wojen bez przyczyny.

Najnowsza jego książka pt. „Trzecia wojna światowa. Bitwa o Ukrainę” jest w zasadzie zwieńczeniem tez, które zawarł w poprzednich pracach. Ukraińskie rewolucje, wojna w Gruzji, Majdan, zagarnięcie przez Rosję Krymu i wywołanie „ludowych powstań” na wschodzie kraju w narracji ukraińskiego historyka składają się w niezwykle sugestywny obraz przygotowań do kolejnej Wielkiej Wojny. Zwłaszcza, gdy opisuje to historyk tak utalentowany jak Felsztinski. Wszystko składa się w całość, a przywoływane w kluczowych momentach obrazy sprzed II wojny światowej – ugody z Hitlerem, papierowe sojusze i strach przed rozlewem krwi – porównywane do wydarzeń ostatnich miesięcy doskonale dopełniają tę wizję.

Felsztinski lansuje tezę, że projekt polityczny „Rosja” w wydaniu putinowskim jest próbą powrotu do rosyjskiego imperializmu bazującego na nieposkromionym terytorialiźmie. Imperium kontratakuje na wszystkich frontach, wszędzie, gdzie sięga tzw. russkij mir. Wykorzystując kwestie mniejszości i języka rosyjskiego (o co po II wojnie zadbał Stalin, rozsiedlając narody wedle uznania i gdzie bądź wciskając rosyjskie osiedla) Putin, wedle Felsztinskiego i Stanczewa, w swoich działaniach odwołuje się do rosyjskiego nacjonalizmu. Analiza zadziwiająco zbieżna jest z tym, co w swojej książce proponuje Paweł Rojek – państwo Putina jako oficjalną ideologię ma przyjąć swoiście pojmowany nacjonalizm. Ciekawe tylko, że obaj autorzy doszli do przeciwnych wniosków: Rojek twierdzi, że Rosja się cofa; Felsztinski, że przygotowuje się do wielkiego skoku. Według autora „Przekleństwa imperium”fakt, że dotychczasowe działania zbrojne nie wychodzą poza granice istnienia rosyjskich osiedli i języka, świadczyć ma właśnie o braku (przynajmniej na razie) dalszych planów ekspansji. Świadczyć ma o tym także sposób, w jaki sami Rosjanie argumentują te wydarzenia oraz brak, jak twierdzi Rojek, ciągłości między historycznym rosyjskim imperializmem – rozumianym jako plan ponadnarodowy, łączący kultury i religie – a stanem obecnym. Koniec Związku Radzieckiego miał być końcem rosyjskiego imperializmu. Co ważniejsze zaś, zdaniem Rojka nacjonalizm wyklucza imperializm – trudno się z tym nie zgodzić. Przynajmniej w sferze idei.

Odwrotnie Felsztinski. Po pierwsze, na poparcie swojej tezy podaje mnóstwo różnych informacji: od zamykania się rosyjskiego rynku na produkty z zewnątrz, co w wypadku wojny pomóc ma rosyjskiej gospodarce przestawić się na wewnętrzną produkcję; przez zamykanie zagranicznych biznesów przez rosyjskich oligarchów i skupowanie złota przez Rosjan; po działania Gazpromu, unikającego sprzedawania gazu na kredyt. I tak dalej.

Wszystko to ma świadczyć o tym, że przygotowują się oni na kolejną Wielką Wojnę. Choć może nie o samych Rosjan tu chodzi, a o oligarchiczno-kagebowskie klany, które mają krajem rządzić.

„Zwykli” Rosjanie u Felsztinskiego nie istnieją. A jeśli już, są tylko i wyłącznie bezwolnym narzędziem w rękach polittechnologów. Ukraiński historyk zapomina przy okazji o poparciu, jakim cieszy się Putin właśnie wśród „przeciętnych” Rosjan (jeśli takowi w ogóle istnieją, co podważa w analizie Marek Migalski, słusznie chyba zauważając, że obecni mieszkańcy Moskwy czy Petersburga bardziej podobni są „ludziom radzieckim” niż kulturalnym i światłym Rosjanom, których tak ceni Adam Michnik, i daleko im nawet do „pijackiego intelektualizmu” Jerofiejewa). Co najważniejsze zaś, ukraiński historyk stawia znak równości między Związkiem Radzieckim a obecną Rosją, twierdząc, że m.in. dzięki osobie Putina i ogromnej roli służb w rządzeniu państwem zapewniona została między nimi ciągłość. Swoisty rewizjonizm i postradziecki kompleks Putina (autorzy przypominają słowa rosyjskiego prezydenta, który stwierdził, że Upadek ZSRR był katastrofą) ma być kolejnym argumentem za nieuchronnością nadchodzącego globalnego konfliktu.

Zdaniem autorów „Bitwy o Ukrainę (…)” droga wiodąca do III wojny nie jest wcale długa. Prowadzi poprzez liczne konflikty graniczne, zniszczenie wolnych mediów w Rosji, rozwój i wszechwładzę ukraińskich oligarchów, słabość Zachodu – wprost na Krym i Donbas. Czemu tam? Te dwa miejsca są na tyle bliskie Europie, że atakując je, Putin mówi Zachodowi „sprawdzam”. Przekonany o słabości Unii i USA, zagarniając Półwysep bez jednego wystrzału, kieruje ostrze przeciw państwu, które miało gwarancję nienaruszalności granic wyrażoną przez globalne mocarstwa w memorandum budapesztańskim. Pokazuje, ile znaczą podobne zapewnienia.

Jednocześnie nie podaje Felsztinski żadnego prawie rozsądnego wytłumaczenia. Czemu miałaby służyć ta wojna? Kto na niej zyska i co? W końcu granice ruskiego mira gdzieś się kończą (nieważne, czy na granicach wymyślonych przez Surkowa lub Dugina, głównych ideologów Kremla, przez Putina czy kogoś innego; na Dnieprze, Bugu czy Odrze), co pokazywał w swojej książce Rojek. Na to pytanie, najważniejsze chyba w całej układance, nie znajdujemy odpowiedzi; prawdopodobnie nie zna jej nawet rosyjski prezydent. Autorzy „Bitwy o Ukrainę” zdają sobie z tego sprawę.

Twierdzą więc, że przyczyną wojny ma być sam Putin: socjopata o skłonnościach zabójcy, wzmocnionych przez KGBowską karierę.

Pewnie mają w tym trochę racji: w końcu wojna już trwa i w najbardziej niespodziewanym momencie może wylać się poza obecne granice. Na wschodzie Ukrainy, na Bliskim Wschodzie, na terenach, którymi Rosja była od zawsze zainteresowana, wciąż giną ludzie.

W jednym z artykułów w „Tygodniku Powszechnym” Wojciech Pieciak, zanim stało się to modne, napisał, że Putinowi nie chodzi o całą Ukrainę; chce ją maksymalnie zdestabilizować, bo tylko wtedy będzie zdolny ją kontrolować. Podobnie z pozostałymi regionami świata. Im większe wstrząsy na Bliskim Wschodzie, im trudniej eksportować ropę znad Zatoki, tym lepiej dla Rosji. I gorzej dla UE oraz USA. Mimo, że autorzy „Bitwy o Ukrainę”kilkakrotnie wpadają na ten trop, zaznaczają, że Rosja uzależniona od wymiany gospodarczej z Zachodem nie ma szans na zwycięstwo. Mimo tego podtrzymują tezę o nadchodzącej Wojnie.

Nikt nie wie, jak naprawdę jest z Rosją; jak liczną ma armię, jak silną gospodarkę. Jednak analizując dzieje tej części świata, warto mieć z tyłu głowy słowa Bismarcka: Rosja nigdy nie jest ani tak silna, ani tak słaba, jak na to wygląda. We wstępie Felsztinski ze Stanczewem napisali, że wojna wybuchnie w maju lub wrześniu. Jest początek maja, drogi na Wschodzie wkrótce staną się przejezdne.

 

Pierwsza książkowa publikacją na temat zbrojnego konfliktu między Rosją i Ukrainą, który – zdaniem autorów – musi się przerodzić w starcie na skalę światową. Przytaczają na to liczne dowody, sięgają do analogii historycznych, czerpią ze źródeł mało znanych lub zgoła nieznanych. Mimo że Felsztinski i Stanczew całą winą za wybuch tej wojny obarczają Władimira Putina i jego kagebowskie otoczenie, dostrzegają też poważne błędy elit politycznych Ukrainy, które przez ćwierćwiecze niepodległości tego państwa stworzyły warunki sprzyjające rosyjskiej inwazji.