Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kołodziejczyk  27 kwietnia 2015

„Ustawa krajobrazowa”, czyli potrzebny krok… donikąd?

Piotr Kołodziejczyk  27 kwietnia 2015
przeczytanie zajmie 8 min
„Ustawa krajobrazowa”, czyli potrzebny krok... donikąd? flickr.com/ Oscar Anton

Jeden z ostatnich „produktów” naszego Sejmu czyli tzw. ustawa krajobrazowa nie wzbudza zbyt gwałtownych emocji. Kilku dziennikarzy i polityków odtrąbiło wielki sukces, ale wśród ludzi nieco bardziej interesujących się tematem nastroje są znacznie bardziej stonowane. Jeszcze ciepłe, 22 stronicowe „dzieło” naszych parlamentarzystów nie odpowiada bowiem na wyzwania, jakie stawia przed nami teraźniejszość i przyszłość ochrony krajobrazu. Ledwie zaspokaja postulaty głównie tych, którzy chcą walczyć z reklamami i szyldami. Choć i tu widać raczej chęć łatania dziur w miejskich kasach. 

Gdy w 2010 roku uchwałą krakowskiej Rady Miasta powoływano do życia Park Kulturowy Stare Miasto jedni protestowali a drudzy stukali się palcem w czoło (przepisy uchwały obowiązują od 7 grudnia 2011 r.). Nawet grono fachowców zajmujących się od lat badaniami i ochroną krajobrazu oraz dziedzictwa kulturowego nie było jednolite w swoich opiniach. Dziś nie ma już wątpliwości, że instrument ochrony krajobrazu kulturowego, jakim od kilkunastu lat jest w polskim prawie instytucja Parku Kulturowego (w całej Polsce powołano do życia juz kilkadziesiąt takich parków), jest potrzebny i spełnia swoje zadanie. Z ulic Starego Miasta w Krakowie zniknęły, w większości szpecące, reklamy i szyldy a Rynek Główny i okolice przestały być zabałaganionym bazarem, pełnym koszmarnych straganów i wzajemnie zagłuszających się „artystów”. Jako osoba, która przez 25 lat mieszkała w tym miejscu naprawdę doceniam te zmiany, choć muszę się też przyznać do pewnej wewnętrznej niespójności. „Tamten” Rynek i trakt królewski miały wiele mankamentów, ale miały także klimat, zapach i smak, którego dzisiaj próżno tu szukać. Nie da się bowiem pogodzić w sposób idealny ochrony krajobrazu i jednoczesnego zachowania wielu jego funkcji i odciskających się na nim zwyczajów. Krakowski Rynek, podobnie jak tysiące tego typu miejsc, powstał niegdyś jako plac o charakterze handlowym a nie miejski salon. Dlatego dziś trudno tu spotkać mieszkańców miasta (w tym rejonie zresztą niemal nikt już nie mieszka) a tętniąca niegdyś życiem agora zamieniła się w – trzeba przyznać uczciwie – estetyczny, lecz w zasadzie martwy plac, wykorzystywany do wielkich ceremonii (np. uroczystości pogrzebowe pary prezydenckiej w 2010 roku) lub wydarzeń masowych w typie imprez sylwestrowych, koncertów itd. Przykład ten pokazuje jak niejednoznaczne, kręte i usiane problemami są ścieżki prowadzące do, skąd inąd słusznego, celu, jakim jest dbałość o otoczenie i jego przyrodnicze oraz kulturowe walory.   

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na dwa ważne wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich miesiącach, pokazujące powagę sytuacji i różne perspektywy myślenia o niej.

Niedawno odbyło się 18-te zgromadzenie, obchodzącej w 2015 roku swoje 50-cio lecie, Międzynarodowej Rady Ochrony Zabytków i Miejsc Historycznych (ICOMOS). Ta ekspercka organizacja zajmująca się monitorowaniem stanu ochrony dziedzictwa kulturowego, kreowaniem doktryn jego ochrony i popularyzacją idei dbałości o wartości kulturowe, poświęciła to wydarzenie w znacznej mierze krajobrazowi.  Co ciekawe, wśród licznych referatów i dyskusji poświęconych krajobrazowi, problemom jego badań, ochrony, oceny czy przekształceń w nim zachodzących, rzadko pojawiały się głosy skrajne, nawołujące do całkowitych zakazów czy ograniczeń. Zwracano oczywiście uwagę na niepokojące zjawiska czy zmiany zachodzące w krajobrazach świata, lecz nie demonizowano i nie stawiano „rejtanowskich” barier. Eksperci ICOMOSu wiedzą, że krajobrazy kulturowe, w których wszyscy funkcjonujemy na co dzień są żywe, nieustannie się zmieniają i podlegają procesom, których zatrzymywanie nie ma często sensu. Ochrona unikalnych elementów krajobrazu posunięta do granic absurdu uśmierca krajobraz, petryfikuje go i pozbawia kluczowego markera – ludzkiej obecności. Najtrudniejsze chyba pytanie o to czy zmieniać przeznaczenie przestrzeni by ją chronić czy raczej zachować lub nawet rozwijać jej dotychczasową funkcję dostosowując metody ochrony do potrzeb ludzi, nabiera dziś coraz silniej na znaczeniu. Jeden z ważniejszych dokumentów powstałych w ostatnich 25 latach, tzw. Deklaracja z Nara (podpisana w 1994 roku, przez 45 ekspertów ICOMOS, jako efekt dyskusji na temat definicji i ochrony autentyczności.), zwracała uwagę na potrzebę respektowania odrębności kulturowej także w zakresie postrzegania roli miejsca i terenu, przestrzegała przez „mechanicznym” produkowaniem zasad i procedur, pozbawiających miejsce jego, autentycznego wymiaru, nie będącego li tylko związkiem czasu i przestrzeni, ale także a może przede wszystkim, wielowymiarowym związkiem czynników materialnych i niematerialnych, pamięci i postrzegania, historii, więzi społecznych i kulturowych. Jak pisali autorzy deklaracji: szacunek do wszystkich kultur wymaga, aby charakterystyczne cechy ich dziedzictwa były rozpatrywane i oceniane w ramach kontekstów kulturowych, do których należą. Ten interesujący kierunek myślenia widać doskonale w bardzo ważnym, choć często niedocenianym, dokumencie powstałym w 2000 roku, jako efekt konferencji konserwatorskiej odbywającej się wówczas w Krakowie – Karcie Krakowskiej 2000 (uchwalona w październiku 2000 roku podczas Międzynarodowej Konferencji Konserwatorskiej „Kraków 2000”, często przywoływana przez gremia eksperckie i autorów programów badawczych jako manifestacja pryncypiów współczesnej ochrony dziedzictwa kulturowego). Jej autorzy podkreślają rolę kapitału społecznego – wiedzy i wzajemnego zaufania, dążenia do wspólnych celów w ochronie wartości kulturowych. Zwracają celnie uwagę na fakt, iż „pluralizm społeczeństwa polega na różnorodności koncepcji dziedzictwa podejmowanych przez całą wspólnotę„, i dlatego ich zdaniem „narzędzia i metody stworzone dla właściwej jego ochrony powinny być przystosowane do ewolucyjnego procesu ciągłych zmian, któremu to dziedzictwo podlega„.

Czy zatem kolejne ważne wydarzenie ostatnich dni – uchwalona pod koniec marca br. przez Sejm RP ustawa, której celem było kompleksowe uregulowanie kwestii ochrony krajobrazu (z dziwnie szczególnym uwzględnieniem nośników reklamowych; Ustawa z dnia 20 marca 2015 r. o zmianie niektórych ustaw w związku ze wzmocnieniem narzędzi ochrony krajobrazu) jest posunięciem dobrym, w sposób istotny poprawiającym sytuację kulturowo-krajobrazowego dziedzictwa i potencjału naszego kraju?  Mam wrażenie, że nie do końca.

Idąc tropem Europejskiej Konwencji Krajobrazowej z 2000 roku (tzw. Konwencja Florencka, przyjęta w ramach Rady Europy 20 października 2000 roku, ratyfikowana przez Polskę w roku 2004. Jej celem jest promowanie działań na rzecz krajobrazu, jego ochrona, zarządzanie i planowanie oraz organizowanie europejskiej współpracy w tym zakresie.) uznajemy, że krajobraz jest podstawowym elementem europejskiego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego, przyczyniając się do dobrobytu ludzi i konsolidacji europejskiej tożsamości. Autorzy dokumentu dostrzegli tempo zmian i wpływ rozwoju cywilizacyjnego na przekształcenia dziedzictwa krajobrazowego. Zwrócili także uwagę na potrzebę zachowania równowagi pomiędzy ochroną krajobrazu a koniecznością rozwoju, uznając kluczową rolę planowania przestrzennego w zachowaniu status quo. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że takie do sprawy podejście, mające na uwadze krajobraz, jako element kluczowy dla naszego funkcjonowania, jest zjawiskiem stosunkowo młodym. Jak pisze Krzysztof Kowalski (O istocie dziedzictwa europejskiego – rozważania) jeszcze w latach 60-tych XX wieku za dziedzictwo uważano jedynie wyrwane z kontekstu zabytki i elementy naszego otoczenia, dopiero w latach 70-tych zwrócono słusznie uwagę na ich kontekst, także krajobrazowy. Prawdziwy zaś zwrot i rozwój tego typu myślenia nastąpił dopiero w latach 90-tych XX wieku! Nie ma się co dziwić, że nasze rodzime rozwiązania pozostawiają w tej kwestii sporo do życzenia.

Marcowa ustawa jest w zasadzie jedynie zbiorem zmian wprowadzonych do szeregu innych aktów prawnych, precyzujących kwestie ochrony krajobrazu.

Szkoda, że nie pokuszono się o odrębną regulację, dedykowaną li tylko krajobrazowi, stawiającą sobie za cel chociażby realizację postulatów i koncepcji zawartych w szeregu dokumentów międzynarodowych w tym w Konwencji Florenckiej. Nie położono (podobnie jak w wielu innych sprawach w naszym kraju) żadnego nacisku na edukację i partycypację społeczną, w jej prawdziwym, szerokim i otwartym znaczeniu. Zapomniano o kluczowej roli „zgody” w budowaniu koncepcji zagospodarowania danego terenu, nie pomyślano o tym by finalny efekt był także wsparty wypracowaną i wyrażoną klarownie (np. poprzez udział w ankietach, konsultacjach społecznych czy korespondencyjnych głosowaniach) wolą użytkowników terenu, ich potrzebami, wspólnotowymi i indywidualnymi. Wolą mającą swoje źródło w świadomości i poczuciu odpowiedzialności za nasze otoczenie, wolą której odmawia się nam jakże często argumentując, że jeszcze nie dorośliśmy, że jeszcze nie okrzepliśmy w demokracji…

Rolę zaś ekspertów sprowadzono do generowania opinii, audytów i wytycznych, z których znaczna cześć (mamy w tej metodzie jako kraj znaczące „osiągnięcia”) pewnie nigdy nie zostanie zrealizowana. Nikt nie wpadł na to by wykorzystać fachowców do procesu edukacji, podnoszenia świadomości, pokazywania dobrych wzorców, by wysłać ich na front jako sprzymierzeńców społeczności lokalnych a nie tych, którzy jak zwykle stoją po drugiej stronie barykady. Nikt nie zadał sobie trudu zintegrowania wysiłków organizacji eksperckich i wykorzystania ich potencjału. Zamiast tego otrzymaliśmy kilka niejasnych przepisów i definicji. Bo jak inaczej potraktować ogólnikowe zalecenie stosowania „miejscowych materiałów” czy „tradycyjnej architektury”? Jak inaczej nazwać definicję „krajobrazów priorytetowych”, tak samo nic nieznaczącą jak wiele innych, „miałkich” przepisów, funkcjonujących w naszym systemie prawnym? I wcale nie brak mi w tej ustawie zakazów i nakazów – akurat tego jest tam całkiem sporo – lecz prawdziwego pola do wspólnej, społecznej dyskusji i pracy. Ustawodawca po raz kolejny traktuje nas jak dzieci, które chronić należy przed nimi samymi. Daje władzom lokalnym narzędzie do blokowania pojawiania się reklam i szyldów, ale nie pozwala na uregulowanie powstawania elektrowni wiatrowych czy linii energetycznych. Niczego nas nie uczy, niczego nie pozwala nam zrobić wspólnie i w niczym nie pozwala zaistnieć lokalnym społecznościom. Być może zniknie nieco brzydkich tablic reklamowych (większość komentatorów pisząc o wpływie postanowień ustawy na krajobraz zwraca uwagę tylko na ten jej aspekt) a kasa kilku miejscowości wzbogaci się o kary naliczane niesfornym przedsiębiorcom. Nie zmieni to jednak faktu, że obowiązek implementacji do polskiego prawa postanowień Konwencji Florenckiej potraktowano bez należytej staranności a co gorsza bez jej zrozumienia. Bo choć nie jest to także dzieło idealne to jednak zawiera pewną wizję działań, które wspólnie powinniśmy podejmować, kładzie nacisk na edukację i podnoszenie świadomości, zaleca konsultacje społeczne, wprowadza szereg ważnych definicji i prowadzi w kierunku czegoś, czego próżno szukać w wielu polskich aktach prawnych – zrozumienia roli krajobrazu, znaczenia dziedzictwa przyrodniczo-kulturowego i otwarcia nam oczu na myślenie perspektywiczne, wielopokoleniowe. A to przecież właśnie wielopłaszczyznowe postrzeganie przestrzeni krajobrazowej powoduje, że dostrzegamy jej wpływ na nasze funkcjonowanie widoczny w wielu różnych zjawiskach.

Czy naprawdę za nierealne marzenie uznać należy przepisy wspomagające nasze wspólne myślenie o krajobrazie? Czy nie można do polskiego systemu prawnego wprowadzić zasad podejmowania decyzji krajobrazowych w oparciu o analizy fachowców, plany miejskich włodarzy i potrzeby mieszkańców?

Można przecież wyobrazić sobie sytuację, w której władze lokalne myślą o „środowisku” rozumianym holistycznie, jako układ powiązanych ze sobą elementów ożywionych i nieożywionych, które są zarówno dziełem przyrody jak i człowieka. Rozumieją potrzebę połączenia działań na rzecz ochrony przyrody i dziedzictwa kulturowego – dziedzin często dziś rozdzielanych a więc i nieefektywnych. Być może nawet można wyobrazić sobie, że nasi lokalni i ponadregionalni przedstawiciele myślą o nas! Szukają metod połączenia dbałości o krajobraz z naszymi potrzebami, budują ścieżki tam gdzie ich potrzebujemy, parkingi tam gdzie jeździmy naszymi samochodami a parki tam gdzie chcemy spacerować z dziećmi. Może nawet potrafimy wyobrazić sobie, reklamy i szyldy jako potencjał i walor służący ludziom, tak jak już dawno wyobrazili to sobie mieszkańcy Londynu (np. Piccadilly Circus) czy Nowego Jorku (np. Times Square). Wizjonerskie i utylitarne, a jednocześnie chroniące zasoby krajobrazu kulturowego projekty, mogą powstawać także u nas a nie tylko w Danii, Austrii, Wielkiej Brytanii czy Australii.

Zaskakujące wydają mi się zatem opinie niektórych komentatorów, uznających uchwalenie ustawy za wręcz rewolucyjny sukces. W kraju takim jak nasz, pozostającym ciągle na etapie uzupełniania zaszłości minionej epoki musimy uważać by szybkie tempo ich nadrabiania nie kusiło nas drogami na skróty, a chęć jak najszybszego dogonienia wzorców znanych nam z krajów wyżej rozwiniętych nie zabijała w nas potrzeby wspólnego działania i „dogadywania się”. Trzeba pamiętać, że każda zmiana, jeśli ma stać się trwałym elementem i osiągnięciem kultury musi być wypracowana i zaakceptowana przez wszystkich jej uczestników. I musi być uświadomiona i zrozumiana. To właśnie analiza otaczającego nas krajobrazu daje nam niepowtarzalną okazję do śledzenia zmian środowiskowych oraz kulturowych i przybliża nas do zrozumienia drogi, jaką przebył człowiek na przestrzeni tysięcy lat swojego funkcjonowania na powierzchni Ziemi. W krajobrazie zawsze bowiem widoczna jest jego kulturowa „wielowarstwowość”, która czyni z niego rodzaj palimpsestu. Ten ponadczasowy przekaz zawarty w krajobrazie to coś znacznie więcej niż przydrożne reklamy czy stragany. To żywa, niewrażliwa na marne ustawy tkanka, przesiąknięta pamięcią i energią minionych a także obecnych pokoleń.