Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kłosowski  16 kwietnia 2015

Czekoladowy orzeł i kiepskie przemówienia. Polityka historyczna Komorowskiego

Michał Kłosowski  16 kwietnia 2015
przeczytanie zajmie 9 min
Czekoladowy orzeł i kiepskie przemówienia. Polityka historyczna Komorowskiego prezydent.pl

Polityka pamięci to fikcja, pusty slogan, który Bronisław Komorowski wykorzystuje do budowy swojego wizerunku.

Na pewnym forum polityka historyczna jest tematem ponad dziesięciostronicowej dyskusji. Autorzy nielicznych merytorycznych głosów zwracają uwagę na nieostrość terminu, podkreślając, że wywodzi się z języka niemieckiego i ma pejoratywne konotacje. Inni twierdzą, że nikt nie wie, czym jest, a tym bardziej – jaka powinna być polityka historyczna. Większość tekstów, w tym naukowych, opiera się na dwóch założeniach: ostatnio jest to termin bardzo modny i na tyle nieostry, że zdarza się mylić go z propagandą.

Dla wielu „erupcja” zainteresowania polityką historyczną wiąże się z okresem, gdy w Polsce rządziło Prawo i Sprawiedliwość. W tych czasach nastąpił w końcu podział na Polaków postępowych (odrzucających zbędny balast historii) i Polaków ksenofobicznych, zwolenników polityki historycznej (uczestnictwa w niej i korzystania z jej profitów).

Lewicowi publicyści, jak Mariusz Janicki z „Polityki”, twierdzili nawet, że polityka historyczna nie jest niczym innym jak formą „pseudopatriotycznego szantażu”. Podobna narracja pojawia się w większości tekstów sprzed 2010 roku.

W sierpniu 2010 Bronisław Komorowski w wywiadzie udzielonym „Polityce” jednym z głównych wątków rozmowy uczynił jednak właśnie politykę historyczną. Na pytanie Czym pańska polityka historyczna będzie się różnić od polityki poprzednika?, prezydent długo i wymijająco odpowiada, że należy zastanowić się, czy w ogóle warto mówić o czymś takim jak „polityka historyczna”; czy nie należy znaleźć innego określenia na zjawisko styku tradycji, przeżyć historycznych, dumy narodowej i polityki. Natychmiast odwołuje się do prof. Nałęcza, wspomina o I RP, tradycjach wielokulturowej Rzeczpospolitej i Konstytucji 3 Maja (na tyle odległych, że politycznie neutralnych). Niedługo później wywołany prof. Nałęcz w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi Przegląd” kreśli główne założenia działań Pałacu na tym polu. Dziwić może fakt, że prezydent – w końcu z wykształcenia historyk – musi powoływać specjalnego doradcę do spraw polityki historycznej. A w zasadzie nie tyle polityki historycznej, co „polityki pamięci”, bo tak nazywa ją Nałęcz. Drobna różnica semantyczna? Zdecydowanie. Wpisując w Google pojęcie „polityka historyczna”, jednym z wyszukań alternatywnych jest właśnie „polityka pamięci”; podobnie, jeśli zapytamy Wikipedię albo Wielki Słownik Języka Polskiego. Jednak doradca prezydenta przekonuje, że różnica ta ma diametralne znaczenie. Jest to o tyle oczywiste, że atakowana z taką zaciekłością „polityka historyczna” jako pojęcie nie może być już dłużej używana. Publicystycznie zeszmacona, pełna negatywnych konotacji dzielących Polaków, nie pasuje do opisu działań prezydenta, budującego narodową zgodę. Należy zastąpić ją innym, choćby synonimicznym terminem. I tu pojawia się slogan „polityki pamięci”, od „polityki historycznej” różniącej się… niczym: w końcu historia jest formą pamięci. Przecież i tak nikt się nie zorientuje.

Nie dajmy się jednak zwariować i nie udawajmy, że coś takiego jak polityka historyczna nie istnieje. Prowadzi ją każde państwo, zdając sobie sprawę z jej niezbędności. W krajach zachodnich działania te ogniskują się w dużej mierze na włączaniu przybyszów z byłych kolonii do metropolii. Gdzie indziej, jak na Węgrzech, umiejętnie prowadzona służy do odbudowy poczucia wspólnotowości narodu. A w Polsce? Wykorzystuje się ją do budowania wizerunku rządzących. Zawsze przecież lepiej opowiedzieć i kreować własną historię niż biernie słuchać, co mają nam do zaoferowania inni – chociażby opozycja. W rozmowie, którą uznać możemy za najpełniejszy wyraz działań Pałacu w tej sferze, Nałęcz buduje koncepcję opartą o dwa filary: Pamięć Rodzin i Solidarność. O ile ostatniego nie trzeba tłumaczyć (dziwi jedynie brak jakichkolwiek odniesień do nauczania Jana Pawła II i roli, jaką odegrał w „S”), warto zaznaczyć, że pod dość enigmatycznym hasłem „Pamięci Rodzin” kryje się przekonanie, że jesteśmy jak Kargule i Pawlacy (tak, Nałęcz użył tego stwierdzenia). Każdy „pamięta inne fakty”, inaczej je interpretuje i co najważniejsze – ma do tego prawo.

Byle tylko „w rodzinie panowała zgoda”. Trzeba przyznać, że prezydent (a właściwie prof. Nałęcz) jest w tym postulacie niezwykle konsekwentny. I niby nie ma w nim nic złego; jak mantrę słyszymy go od pięciu lat. Problem w tym, że nic z niego nie wynika.

W początkowym okresie prezydentury nie może dziwić odniesienie do praktyk stosowanych przez poprzedniego prezydenta. Utyskiwaniom na jego politykę historyczną nie było końca – jakieś Muzeum Powstania Warszawskiego, parady wojskowe, Żołnierze Wyklęci – wszystko to było mocno krytykowane. Co ciekawe jednak, zarówno prof. Nałęcz, jak i sam prezydent Komorowski nie odżegnują się zupełnie od działań Kaczyńskiego; część z nich zostaje wykorzystana i wkomponowana w „politykę pamięci” – na przykład wspomniane parady czy Wyklęci. Komorowski i Nałęcz nie chcą jednak wykorzystywać polityki historycznej/pamięci jedynie do okładania po głowie politycznych przeciwników, co czynić miał były prezydent, lecz chcą budować zgodę. Część inicjatyw, zapoczątkowanych przez Kaczyńskiego, została więc podtrzymana. Na przykład projekt Narodowego Dnia Żołnierzy Wyklętych – Bronisław Komorowski podpisał stosowną ustawę 9 lutego 2011 roku. Co prawda wydarzyło się to dopiero po utworzeniu „Porozumienia na rzecz obchodów dnia i roku Żołnierzy Wyklętych”, w skład którego wchodziły środowiska kombatanckie i Fundacja „Polska się upomni”, a któremu poparcia udzieliło wiele autorytetów.

Pierwsze dni nowej prezydentury zajmowały jednak głównie wydarzenia wiążące się z katastrofą smoleńską i procedurami przejęcia władzy przez dotychczasowego Marszałka Sejmu. Jest to o tyle interesujące, że w pierwszych tygodniach świeżo zaprzysiężony prezydent znalazł jednak czas, by podpisać 64 ustawy (sic!), w tym nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, która m.in. zmieniła tryb wyboru prezesa IPN i, co ważniejsze, zmieniła dostęp do dokumentów SB i możliwość późniejszego wykorzystania zawartych w nich informacji. Spotkało się to z publiczną krytyką ze strony części polityków, współpracowników byłego prezydenta, części członków kolegium IPN oraz niektórych publicystów, głównie, choć nie tylko, z prawego skrzydła. Nowelizacja wprowadzała w końcu znaczne zmiany w funkcjonowaniu Instytutu. Mimo głosów mediów głównego nurtu, jakoby „wyjaśniała sytuację i poszerzała dostęp do akt”, chodziło nie tyle o sposób funkcjonowania IPN, lecz o ograniczenie kompetencji prezesa i poddaniu większej kontroli działania całej instytucji. Nowelizacja od samego początku wywoływała wiele emocji. Kancelaria poprzedniego prezydenta twierdziła, że zachodzi podejrzenie niekonstytucyjności ustawy, dlatego miała zostać odesłana do Trybunału Konstytucyjnego. Kiedy przyjrzymy się bliżej, widać, że słowo „niekonstytucyjność” przykrywało obawy o odebranie podmiotowości szefowi IPN, możliwość sprawowania nad nim większej kontroli i ograniczenie działań Instytutu w ogóle. Chodzi tu zarówno o sposób wyboru, jak i samą pracę prezesa. Dotychczasowe Kolegium, które pełniło funkcje doradcze, zamienione zostało na Radę, której członkowie wybierani są przez organy władzy politycznej (Sejm 5 członków, Senat 2, Prezydent po jednym z dwóch kandydatów KRS i KRP) oraz sprawują rolę opiniotwórczą i kontrolną nad działalnością Instytutu. Prezes zaś składać musi przed Radą raporty z działalności. Najważniejsza zmiana to jednak ta wprowadzająca nowy sposób udostępniania akt, w dodatku z naruszeniem prawa do ochrony prywatności. Przed nowelizacją byli pracownicy służb nie mieli dostępu do wytworzonych przez siebie raportów i informacji. Teraz już mają. Na dodatek informacje o osobach trzecich, których nazwiska nawet przypadkiem pojawiają się w teczkach SB – dotychczas utajnione – zostały odtajnione i udostępnione wszystkim, którzy ich potrzebują. W skrócie: byli członkowie służb dostali swoje materiały z powrotem do rąk.

Pozoranctwo działań Komorowskiego widać zwłaszcza przy porównaniu „polityki orderowej” obu prezydentów. Przyznać trzeba, że ich działania uzupełniają się w tej kwestii jak Jing i Jang. Jeśli Kaczyński odznaczał głównie antysystemowych działaczy (jednymi z pierwszych uhonorowanych Orderem Orła Białego byli Anna Walentynowicz i Andrzej Gwiazda), to Komorowski na odwrót. Wśród pierwszych kawalerów znalazły się osoby, które współtworzyły III RP: Jan Krzysztof Bielecki, Aleksander Hall, Adam Michnik, bp Alojzy Orszulik; twarze „bezkrwawej rewolucji”, ludzie, którzy niewiele jednak mają wspólnego z postawą wyważoną i zrównoważoną, którą tak ceni i promuje prezydent. Z drugiej strony, jeszcze przed zwycięstwem w wyborach 2010 roku, jako Marszałek uhonorował Komorowski Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski ofiary katastrofy smoleńskiej piastujące najwyższe funkcje państwowe. Choć z jednej strony spośród 96 uczestników feralnego lotu ośmioro otrzymało to odznaczenie, to z drugiej jednym z pierwszych odznaczonych (bynajmniej nie pośmiertnie) był Krzysztof Kozłowski, twórca i pierwszy szef UOP. Pamiętacie filmy z Bogusławem Lindą? Właśnie.

Przyznać trzeba jednak, że uczynił też Komorowski rzecz niezwykłą. Już w 2010 roku prezydent postanowił doceniać ludzi kultury, co zdecydowanie trzeba zapisać na plus. Do panteonu bohaterów narodowych, kawalerów Orderu Orła Białego, dopuścił również takie postaci jak Henryka Samsonowicza, Stefana Stuligrosza, Jana Ekiera, Henryka Mikołaja Góreckiego, Wisławę Szymborską, a nawet Zbigniewa Hołdysa (którego umilanie podróży warszawiakom w trakcie kręcenia teledysku jakoś nie chce mi wyjść z pamięci).

Ludzie kultury – wśród nich założyciel chóru „Poznańskie słowiki”, wydawca dzieł Fryderyka Chopina, jeden z najbardziej znanych współczesnych twórców muzyki poważnej, noblistka – dzięki działaniom prezydenta zostali docenieni. A i wśród pozostałych osób wybranych przez Komorowskiego do odznaczeń, poetów, pisarzy i muzyków ważnych dla narodowej kultury nie brakuje. Pewnie gdyby nie one, przynajmniej o części z nich mało kto, poza wąskim kręgiem zainteresowanych, by pamiętał.

Wracając do wątków nakreślonych przez Nałęcza jako filary „polityki pamięci”, powiedzieć trzeba, że przynajmniej plan minimum został wykonany. Weźmy pod uwagę, że trudno zakładać, by historia była przestrzenią zgody. Jednak przez długi czas prezydentowi i jego doradcom udawało się utrzymać pozory, zwłaszcza na mniej komentowanych polach. W pamięci społecznej zachowała się nie tyle treść ważnych przemówień prezydenta, co bardzo medialne wpadki, które popełnił. Wielką reakcję wywołała zwłaszcza akcja „Orzeł może”, którą porównać jestem w stanie tylko do niczego, co znane mi jest z kontynentu europejskiego. Wyobrażacie sobie, że Francuzi noszą po ulicach Paryża dmuchaną lalę z podpisem „współczesna, fajna Francja”? O ile sympatyczny, wesoły patriotyzm jest czymś, czego pilnie potrzebujemy, to czekoladowy Orzeł i akcja na „metkę Polski” była wyrzuceniem pieniędzy w błoto (czekoladę/kakao?) i antagonizowaniem społeczeństwa, a nie żadnym budowaniem zgody. Podobnie z „Marszem dla Niepodległej”, będącym kolejną inicjatywą nastawioną na przemodelowanie wzorców patriotyzmu ze stricte martyrologicznych na pozytywne, różowo-pastelowe. Ale akcje te i ich społeczny odbiór pokazały chyba, że nie tędy droga.

Oczywiście, występował też prezydent przy różnych okazjach rocznicowych. Teksty przez niego wygłaszane były bardzo stonowane, według wielu wręcz płaskie i nieniosące konkretnej treści. Podobnie z konferencjami i wydarzeniami, którym patronował. Od Berlina, Lipska i Warszawy po Birmę i Toronto, znaleźć można było prezydenckie logo. Podobnie z wydarzeniami w Polsce: szczodrze rozdawane patronaty, zwłaszcza na 25-lecie wolności, jak wstęgą opasywały cały kraj. Wśród nich zaś były dni „Nie ma wolności bez przedsiębiorczości” czy, na wniosek Stowarzyszenia AgroBiznesKlub, ogólnopolska kampania promocyjno-wolnościowa 25 Lat Wolności Rynkowej „Dobry Produkt – Silne Państwo”, pod którą podpisać by się mógł i sam Korwin-Mikke. Był też „Rowerowy Rajd Wolności” w Podkowie Leśnej czy „Dęby Wolności” w Grybowie, czyli coś dla bardziej ekologicznie nastawionych.

Wszystko to wpisuje się w nakreśloną przez prof. Nałęcza strategię, którą streścić możemy słowami: poczekajmy, tradycja (przecież nie historia) osądzi. Choć zdawać by się mogło, że jest mądra i rozsądna (w końcu – element wizerunku), była tylko zasłoną dymną: to nie tyle słowa prezydenta, co profesora Nałęcza tworzyły prawdziwe ramy polityki historycznej, wyręczając w tym głowę państwa i pozwalając mu robić dobrą minę do złej gry. W końcu od czego są doradcy. Brylując w mediach, oceniając (często bardzo surowo i nieobiektywnie) postawy ludzi z pierwszych stron gazet, profesor wyręczał prezydenta w trudnych momentach. A ten mógł dalej grać starszego pana z wąsem, który lubi spokój, chorągwie i stare książki. Do słów Dominika Kulpy o konieczności dwojakiej oceny prezydenckiej aktywności dodać można jeszcze pytanie, czemu ma służyć ta eklektyczna polityka. Zapewne jest to kolejna zagrywka PR-owa – w końcu Polacy dość mają wiecznych wojen, ciągłych konfliktów na szczytach władzy. Aby pretendować do miana Prezydenta Zgody, trzeba przypodobać się wszystkim.

W powszechnym mniemaniu przecież demokracja to ma być spokój i błogość, a prezydent Komorowski, starszy Pan z Wąsem (zgolonym dopiero wtedy, gdy przerysowanie roli osiągnęło już wartość krytyczną), idealnie wpisuje się w tę potrzebę.

Tymczasem polityki historycznej z prawdziwego zdarzenia, takiej, jakiej dziś potrzeba w obliczu propagandowych zagrywek Kremla, nadal nie widać. I nie zmieni tego fakt, że na 25-lecie wolności prawie każde wydarzenie, czy to konferencja, czy panel dyskusyjny, firmowane było prezydenckimi wąsami. Polityka historyczna ma coś wspólnego z marketingiem – trzeba umieć nie tylko sprzedać, ale i stworzyć własną wiarygodną historię. Podobnie jak tam, tak i tu nie tyle ilość, co jakość się liczy. A tej prezydenckim działaniom zabrakło.