Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Pawlik  12 marca 2015

Disco Polo wchodzi do mainstreamu

Marcin Pawlik  12 marca 2015
przeczytanie zajmie 3 min
Disco Polo wchodzi do mainstreamu zasoby własne

We włosy wtarty żel, lakierki napastowane na mszę o ósmej – tak, by zdążyć na Disco Relax na Polsacie. Tak pewnie wyglądały poranki w wielu polskich domach lat 90. Minęło trochę czasu i dzieci tych ludzi, studiujące na Uniwersytecie Jagiellońskim, szykują na piątek najlepsze ciuchy i biegną na koncert zespołu Weekend.

Z hip-hopem mainstream miał łatwiej: można opowiadać o buncie młodych ludzi, ich pogardzie dla obowiązujących trendów. O wiele prościej jest przyjąć rapową brać jako zjawisko kulturowe i przy okazji ogrzać się w blasku świeżości, pomimo tego, że nic a nic się nie rozumie. Część raperów można nawet uznać za twórców kultury i zaprosić do jakiegoś programu. Jest to o wiele bardziej zjadliwe, bo można zgodzić się, że niesie jakieś wartości, czemuś służy, coś proponuje, o czymś mówi. Prościej z hip-hopem było, nawet jeśli wokół niego także narosło mnóstwo półprawd i mitów.

Przy disco polo jest trudniej. Można jeszcze wytłumaczyć jego popularność w latach przemian – wiejski motłoch bawił się, bo był wiejski. I tyle. Bardzo trudno sobie jednak wytłumaczyć to, dlaczego pracownicy korporacji, studenci i w ogóle polskie społeczeństwo kocha Zenków Martyniuków. Można odnieść wrażenie, że początkowo współczesne disco polo zaczęło funkcjonować w sposób ironiczny, z czasem jednak atmosfera prześmiewczości zaczęła ustępować miejsca zwykłej relacji artysta-odbiorca. Można odnieść wrażenie, że jeszcze kilka lat temu nie było w dobrym tonie przyznawanie się do słuchania tej muzyki. Dało się usłyszeć, że owszem, wybieram się na koncert, ale tak tylko zobaczyć – pośmiać się. Dzisiaj wolno już z pełną powagą powiedzieć, że się słucha. No bo co z tego?

Niedawno w kinach mieliśmy okazję zobaczyć film pochylający się nad całą sprawą, czyli „Disco Polo”, który wcale tak do końca o disco polo nie jest. Pokazuje raczej zbiorowe halucynacje społeczeństwa lat 90. ubiegłego wieku. Ludzi wychowanych na nieśmiertelnym Rambo i innych Brusach Willisach, którzy też tak chcieli.

Chłopcom ze wsi wydawało się, że jak sprzedadzą motorynkę i komunijny zegarek, w zamian kupując keybord japońskiej marki, staną się kimś w rodzaju Bad Boys Blue albo Modern Talking. Nie udało się, ale ludzie i tak to pokochali, nie zwracając uwagi na śmieciową wartość – i podobnie kinowe „Disco Polo”.

Twórcom wydawało się, że jeśli wykorzystają kilka zabaw formą i cytatów filmowych, to stworzą sobie dzieło na wzór filmów Wesa Andersona. Okazało się, że do Ameryki daleko, ale spora grupa krytyków podskakuje, bo filmowcy pomogli im zracjonalizować mechanizm działania disco polo.

Oto smutna prawda, którą możemy usłyszeć od samych twórców tej muzyki – tak w jednym z wywiadów mówił lider zespołu Weekend: W latach 90. wydawało nam się, że muzyka disco polo zostanie zdetronizowana na rzecz polskiego, profesjonalnego popu. Okazało się, że prochu tam nie odkryto. Być może to jest rozwiązanie zagadki. Ostatnimi czasy w telewizjach śniadaniowych zaczynają bywać ludzie związani z disco polo: a to Tomasz Niecik wykona nowy hit, a to Bayer Full opowie o odrodzeniu medialnym grup takich jak oni. Kinga Rusin i Bartosz Węglarczyk bez cienia ironii zadadzą im poważne pytania o kondycję polskiej muzyki, o nasze gusta i przywary.

Są takie mierniki tego, kiedy dana rzecz – nawet najgłupsza – jest dopuszczona do użytku mainstreamowego:

– wizyta w Dzień Dobry TVN. Jest.

– artykuły w „Nesweeku”, publikacje naTemat. Są.

– Brak oburzenia ze strony „najmądrzejszych autorytetów elegancji”. Nie ma.

– Wzięcie udziału w show, gdzie są gwiazdy z innych dziedzin. Spełnione.

Powyższa wyliczanka jasno pokazuje, że doszliśmy do zrehabilitowania disco polo.

Pozostaje tylko czekać, aż okaże się, że zespół Boys ma średnie IQ w wysokości 167 (Doda 150), a zespół Akcent będzie pisał narodowe dyktando obok ministra.

Zespół Ametyst albo Szecherezada zagra zaś na konwencji Magdy Ogórek – tak jak kiedyś Top One dla Aleksandra Kwaśniewskiego. Szczerze się przyznam, że do dzisiaj nucę „Ole, Olek wygrana. Ole, Olek na prezydenta tylko ty…”.

I wreszcie, tak sobie czytając te świadectwa słuchaczy disco polo, natrafiam na jedno bardzo interesujące: …od razu zaznacza, że słucha też Chopina, Vivaldiego i Wagnera, jak również Grechuty, Turnaua i Starego Dobrego Małżeństwa. Średnio dwa razy w miesiącu chodzi z narzeczoną do teatru. Patrzcie państwo, jaki inteligent, pewnie nawet kapelusz nosi. Kłopot w tym, że gdy kłamiemy przez sześć dni w tygodniu, a siódmego mówimy prawdę, to wciąż jesteśmy kłamcami. Kurtyna.