Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Urbanowski: Literatura według nacjonalistów

przeczytanie zajmie 8 min
Urbanowski: Literatura według nacjonalistów Jon Westra/Flickr.com

Jaka była literatura przedwojennych narodowców? Początkowo katastroficzna, detektywistyczna i romansowa. W latach 30. doszło do „katolickiego renesansu”, a wraz z nim pojawiło się zainteresowanie takimi autorami jak Bierdiajew i Chesterton. O Polsce, Polakach i polskości w nacjonalistycznej prozie opowiada historyk literatury polskiej oraz krytyk literacki Maciej Urbanowski.

Czy możemy w ogóle mówić o czymś takim jak polska proza nacjonalistyczna?

Myślę, że tak, choć oczywiście kluczowe tu będzie zdefiniowanie nacjonalizmu. Nie ma jednego nacjonalizmu, są raczej jego rozmaite odmiany i tym samym definicje. Jeżeli przyjmiemy definicje bardzo szeroką, powiedzmy anglosaską, wedle której nacjonalizm oznaczałby po prostu myślenie o narodzie, to w ramach polskiej prozy nacjonalistycznej mieściłyby się teksty opisujące narodową przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, podejmujące refleksję o narodzie, w tym o relacjach łączących jednostkę z narodem, a więc np. Trans-Atlantyk Gombrowicza, albo międzywojenne powieści Zofii Nałkowskiej, jak uczynili wydanego w tym roku autorzy tomu Estetyka dyskursu nacjonalistycznego w Polsce (1926-1939).

Gdy z kolei zdefiniujemy nacjonalizm jako synonim patriotyzmu, czyli takiego myślenia, które czyni z narodu wartość szczególnie cenną, to oczywiście powieść Gombrowicza z tego zbioru wypada, ale mieszczą się w nim na pewno Nadberezyńcy Czarnyszewicza, Koń na wzgórzu Małaczewskiego, Reytan Rymkiewicza czy wydany niedawno Notatnik smoleński Przemysława Dakowicza. A wreszcie kiedy nacjonalizm utożsamimy z tą jego wersją, którą stworzyli ideologowie Narodowej Demokracji, a więc – mówiąc w znacznym uproszczeniu – absolutyzującą naród, i gdy czytać będziemy pisarzy związanych ideowo bądź instytucjonalnie z tą formację, to będziemy mieli zbiór jeszcze inny i węższy, choć przecież jakoś nakładający się na wcześniejsze. Tu widziałbym powieści o różnej zresztą wartości, na przykład Władysława Jana Grabskiego, Jana Dobraczyńskiego, Stanisława Piaseckiego, czy Józefa Weyssenhoffa, ale też Jędrzeja Giertycha czy Romana Dmowskiego.

Zaproponowana przez Pana kategoria polskiej prozy nacjonalistycznej pozwalałaby zresztą w ten zbiór, o którym tu mówię, włączać krytykę, eseistykę, felietonistykę, a wreszcie publicystykę polskich nacjonalistów. To oczywiście Dmowski, Popławski czy Balicki, ale też Zygmunt Wasilewski, Karol Ludwik Koniński, Adolf Nowaczyński, Karol Zbyszewski, Włodzimierz Pietrzak, Adam Doboszyński czy Wojciech Wasiutyński. Zbyszewski był zresztą autorem znakomitego pamfletu historycznego, jakim jest Niemcewicz od przodu i od tyłu, wielokrotnie w ostatnich dekadach wznawianego. Nota bene wymieniam tu nazwiska pisarzy z pierwszej połowy XX wieku, z czego wynikałoby, że mówimy o zjawisku raczej dawnym.

Kiedy polscy pisarze nurtu nacjonalistycznego piszą o narodzie, lub kierują swe dzieła do narodu polskiego, to co mają właściwie na myśli? Na ile odwołuję się oni do bytu społecznego już istniejącego, a na ile swoją twórczością starają się go kreować, wymyślać na nowo?

Myślę, że robią obie te rzeczy naraz, to znaczy dają opis pewnego faktycznego społeczeństwa, modelując je zarazem na wzór pewnego pożądanego, postulowanego ideału. Wymyślanie narodu jest tu często jego odkrywaniem, a więc wskazywaniem na jednostki ucieleśniające te wartości, które winny cechować naród.

Jest tu więc zawsze mniej lub bardziej wyraźny element swego rodzaju pedagogiki. Uderzyło mnie na przykład, że w tej prozie często pozytywnym wzorem jest młody, nowoczesny Polak, który przybywa do kraju z Zachodu i z takiej perspektywy widzi niedostatki i wady swoich rodaków. Ten bohater to Polska wyobrażona – silna, młoda, energiczna, odważna, nowoczesna, zachodnia, a zarazem świadoma swoich korzeni.

W swoim eseju poświęconym prozie Władysława Grabskiego pisze Pan, że powieść nacjonalistyczną możemy określić jako katastroficzną, detektywistyczną i romansową. Skąd właśnie taka triada? Co mogłoby nam to powiedzieć o polskim nacjonalizmie?

Katastroficzną, bo w przypadku powieści Grabskiego, ale też np. Dmowskiego, Weyssenhoffa czy Giertycha uderzyło mnie to, że ukazują oni zazwyczaj Polskę jako kraj i naród w stanie jakiegoś śmiertelnego dla ich istnienia zagrożenia, nadciągającej katastrofy, z której mało kto zdaje sobie sprawę. Albo bowiem Polacy są na to zbyt słabi, bierni, leniwi, rozbici etc. albo też to zagrożenie, a zwłaszcza jego przyczyny, jest jakoś ukryte. Jest to katastrofizm, który można za Małgorzatą Szpakowską określić mianem hipotetycznego, to znaczy nacjonaliści kreśląc taką wizję dziejów nie są tak skrajnymi pesymistami jak np. Witkacy, raczej chcąc w ten sposób zmobilizować swoich czytelników do jakiegoś oporu wobec nadciągającej zagłady. Warto zresztą w rym kontekście sięgnąć do rozprawy Zygmunta Wasilewskiego O życiu i katastrofach cywilizacji narodowej, której fragmenty przypomniał akurat „Kronos” w antologii Katastrofizm okresu międzywojennego.

Detektywistyczną, bo wraca tam stale motyw samotnego zwykle bohatera, który prowadzi śledztwo, które ma wykryć sprawcę lub sprawców owego zagrożenia i tym samym zapobiec owej narodowej katastrofie.

Romansowej, bo w nacjonalistycznych fabułach bohater kocha Polskę i Polkę, obie te miłości są ze sobą mocno splecione, szczęście prywatne jest niemożliwe bez szczęścia narodowej zbiorowości. I oczywiście odwrotnie. Mówię bohater, bo chodzi zwykle o mężczyznę, ale nie zapominajmy o istnieniu w nacjonalizmie polskim silnego nurtu kobiecego. Arcyciekawie zrekonstruowała to niedawno Monika Bednarczuk w książce Kobiety w kręgu prawicy międzywojennej, przypominając także prozaiczki związane z nacjonalizmem, Wandę Miłaszewską czy Izabellę Lutosławską.

Co to mówi o polskim nacjonalizmie? Może to, że był (jest?) zaskakująco często pesymistyczny, że charakterystyczny jest dlań krytycyzm, czasem nawet paradoksalny rodzaj nieufności wobec narodu tu i teraz, jego siły, mocy przetrwania.

Ale ta nieufność wynika też chyba mocno z nacjonalistycznego zakochania się w Polsce i polskości, które każe je traktować jako szczególnie cenne, piękne, wartościowe niczym niezwykły skarb i o ten skarb nieustannie drżeć w obawie przed rzeczywistymi lub potencjalnymi złodziejami, niszczycielami, piratami, którzy tę polską wyspę skarbów chcą okupować.

A że chcą, o tym proza nacjonalistyczna wciąż swoich czytelników przekonuje, bo też jest podszyta przekonaniem, iż istotą dziejów jest walka narodów i że walka ta toczy się często metodami pirackimi. Z drugiej strony jest tu jakiś rys defensywny.

Na ile zwrot w kierunku chrześcijaństwa w polskiej prozie nacjonalistycznej był współbieżny ze zwrotem w kierunku katastrofizmu?

Sądzę, że zwrot ku chrześcijaństwu, wyraźny w młodym pokoleniu nacjonalistycznym lat 30., które Wasiutyński nazywał mianem generacji konwertytów był odpowiedzią na katastrofizm, którego wczesną i charakterystyczną manifestacją była wspomniana już przeze mnie książka Wasilewskiego, wydana bodajże w roku 1921. W latach 30. o nadciągającej katastrofie mówiono w kategoriach narodowych ale i cywilizacyjnych, przy czym i tu i tam zagrożony był fundament, czyli właśnie chrześcijaństwo. Z drugiej strony w chrześcijaństwie szukano owego twardego, niepodatnego na zagrożenia, cywilizacyjnego i duchowego „gruntu”. Wreszcie mówiono o kryzysie świata zbudowanego w renesansie, kryzysie demokracji, liberalizmu, komunizmu, opartych na antropocentrycznej wizji rzeczywistości. Oczekiwano więc czasem, iż z katastrofy świata „starego” wyłoni się jakieś „nowe średniowiecze”. Mówiono o „renesansie katolicyzmu”. W tym sensie nacjonaliści katastrofy się bali i na nią czekali. Na ten ambiwalentny związek katastrofizmu i nacjonalizmu wskazywał zresztą już wtedy w ciekawym szkicu Aleksander Hertz. Stąd popularność w latach 30. na nacjonalistycznej prawicy Bierdiajewa, Bernanosa i Chestertona, stąd temat katolicki w powieściach Andrzejewskiego albo Dobraczyńskiego.

Jaka historiozofia wyłania się z prozy o której rozmawiamy? Jako jeden z celów ruchu narodowego możemy w końcu wskazać pracę nad polską duszą – podniesienie Polaków na wyższy poziom kultury duchowej, ale przede wszystkim imperatyw sprostania szalejącej wokół historii. Jak to napięcie historiozoficzne objawiało się w literaturze? Na ile jakąś wskazówką mogą tu być takie powieści jak np. Mocarz Dobraczyńskiego?

Historia jest, jak mówiłem, walką narodów czy też odmiennych ras i cywilizacji. Jest zagrożeniem, ale i wyzwaniem dla jednostki, sprawdzianem jej moralnej siły. Pisząc o Mocarzu, powieści o św. Andrzeju Boboli, którą Dobraczyński pisał w czasie okupacji niemieckiej, wydał zaś w roku 1947, użyłem sformułowania „historiozofia świętości”. Chodzi tu o taką wizję dziejów, których istotą jest świętość, dążenie do świętości jednostek, ale i narodów. Z jednej strony – w porządku, powiedzmy, horyzontalnym – historia jawi się jako walka narodów i cywilizacji, ale zarazem w porządku wertykalnym jest ona walką o świętość, duchową doskonałość, drogą do Boga. Łączą się te dwa porządki w tym chyba, że z perspektywy takiej historiozofii świętość zdobywa się w narodzie, działając dla jego dobra.

Jakie ten problem, problem świętości, czy szerzej, napięcie duchowego sprowokowanego przez chrześcijaństwo, ma w polskiej prozie nacjonalistycznej? Jaka jest historyczna czy też polityczna doniosłość pytania o świętość?

Ten problem pojawia się wyraźnie w końcu lat 30. za sprawą m. in. powieści Grabskiego i Andrzejewskiego, a także dyskusji, jakie toczą się na temat modnego wówczas Mauriaca. Stanisław Piasecki z aprobatą cytuje słowa kardynała Hlonda, że święty to rewolucjonista Boży wśród przyziemnego tłumu, co interpretuje jako nakaz świętości czynnej, zaangażowanej w życie społeczne, nawet polityczne.

Stąd krytyka letniego katolicyzmu współczesnych, żądanie aktywizmu katolików, opór wobec tej wizji świętości, jaka wyłania się z prozy Mauriaca, dramatycznej, ale zupełnie odciętej od materii społecznej, narodowej, czy historycznej.

Inna rzecz, że taki „niedobry katolicyzm” pokazywał Andrzejewski w Ładzie serca, publikowanym w „Prosto z mostu”. W czasie okupacji dramatycznie to napięcie przeżywał Trzebiński, widać to w jego Pamiętniku.

Na ile szerokie było wśród myślicieli i pisarzy nacjonalistycznych zainteresowanie myślą Stanisława Brzozowskiego? Na podstawie zebranych przez Pana Profesora w zbiorze „Jest Bóg, żyje Prawda” tekstów poświęconych sylwetce Brzozowskiego, możemy wyróżnić kilka płaszczyzn wzajemnych inspiracji między Brzozowskim a nacjonalistami. Po pierwsze, aktywizm w obliczu chaosu świata. Po drugie, krytycyzm wobec tradycji szlacheckiej, a zwłaszcza jej oderwania od doczesności, jej „zdziecinnienia”. Po trzecie, prymat konkretu, rzeczywistości nad abstrakcją, ideałami. Z tego też zdaje się wynikać tak doniosła rola konkretnej, dziejowej wspólnoty historycznej, jaką jest naród w twórczości Brzozowskiego. Po czwarte, ciążenie ku chrześcijaństwu. Zwłaszcza ku chrześcijaństwu jako pewnej rzeczywistości historycznej, czy też fenomenowi społecznemu. Czy zgodziłby się Pan z takim postawieniem sprawy?

Tak, myślę, że bardzo dobrze Pan to wypunktował. Dodałbym tu może podobnie krytyczny stosunek wobec politycznego romantyzmu.

Jak wiadomo Brzozowski był bardzo ostrym krytykiem endecji, zwłaszcza w okolicach roku 1905, świadczy o tym tytuł jednego z jego ówczesnych artykułów – Trąd wszechpolski, potem to stanowisko łagodził nieco w Legendzie, gdzie doceniał „realność” programu politycznego endecji. Ta ostatnia też z nim ostro, bezpardonowo walczyła, aby piórem Zygmunta Wasilewskiego uznać, że „późny” Brzozowski dochodził właściwie do tego, co wcześniej napisał Dmowski. Ale po 1918 roku, zwłaszcza w latach 30., Brzozowski wśród nacjonalistów budzi duże zainteresowanie. Można tu wymienić Pietrzaka czy – w przypadku II wojny – Trzebińskiego. W mojej antologii nie zmieścił się krótki felieton Wasiutyńskiego, który zestawiał Brzozowskiego z Henri de Manem, współczesnym socjalistą, odwołującym się do haseł narodowych. Wasiutyńskiemu to się podobało i twierdził, że Brzozowski był pierwszy. Brzozowski wraca też w przedwojennej krytyce literackiej Andrzejewskiego, który aktualizował ataki autora Legendy… na inteligencję, na jej bezdziejowość, jak wtedy pisano.

Wśród współczesnych pisarzy polskich chyba najmocniej afirmuje wartość narodu Jarosław Marek Rymkiewicz. Czy widzi Pan jakąkolwiek wspólnotę myśli między nim, a międzywojennymi pisarzami nurtu nacjonalistycznego? Do jakiego przesunięcia akcentów mogło tu dojść?

Wspólnota zasadza się tu chyba na bardzo ogólnie rozumianej afirmacji polskości, naszej tradycji, choć tu zaznaczają się od razu chyba różnice, bo Rymkiewiczowi znacznie bliższa jest tradycja szlachecka, zwłaszcza tradycja I Rzeczpospolitej. Z drugiej strony gdy czytamy wspomnianą wyżej powieść Zbyszewskiego o Niemcewiczu i na przykład Wieszanie, to w obu książkach mamy podobny gniew na zdrajców i podobnie gorący żar rewolucjonizmu. Rymkiewicz jest autorem poruszającego wiersza o Andrzeju Trzebińskim, jakiś czas temu w jednym z wywiadów z aprobatą mówił o imperializmie środowiska „Sztuki i Narodu”. Ale generalnie jest to nacjonalizm – jeżeli w ogóle można tu użyć tego słowa – romantyczny, mający, jak sądzę, za patrona bardziej Piłsudskiego niż Dmowskiego. Poza tym u autora Reytana znacznie mniej dla mnie wyraziste są odwołania do chrześcijaństwa. Wreszcie o ile w latach 30. XX wieku nacjonalizm chciał być nowoczesny, Rymkiewicz jest zasadniczo wrogiem nowoczesność, jest pisarzem anty-nowoczesnym.

Rozmawiał Jan Maciejewski

Wywiad pochodzi z 38. teki Pressji pt. „Prześniony nacjonalizm”.

Zachęcamy również do wyboru jednej z trzech opcji prenumeraty pisma.